Arkadij i Borys Strugaccy. Pora DeszczŐw --------------------------------------------------------------- © Copyright áŇËÁÄÉĘ É âĎŇÉÓ óÔŇŐÇÁĂËÉĹ © Copyright Przełożyła: Irena Lewandowska WWW: http://rusf.ru/abs/ Origin: http://www.scan-dal.prv.pl ˇ http://www.scan-dal.prv.pl --------------------------------------------------------------- Pora DeszczŐw Przełożyła: Irena Lewandowska Kiedy Irma wyszła, chuda, długonoga, uśmiechajNoc siË po dorosłemu szerokimi i jaskrawoczerwonymi jak u matki ustami, długo zamykajNoc za sobNo drzwi, Wiktor zajNoł siË starannym zapalaniem papierosa. To wcale nie jest dziecko, myślał oszołomiony, dzieci nie rozmawiajNo w ten sposŐb. To nawet nie brutalnośÖ, to okrucieÓstwo i nawet nie okrucieÓstwo - po prostu jest jej wszystko jedno. Jakby nam udowodniła twierdzenie matematyczne - wszystko obliczyła, przeanalizowała, rzeczowo zakomunikowała wynik i oddaliła siË potrzNosajNoc warkoczykami, absolutnie spokojna. PrzezwyciËżajNoc zażenowanie Wiktor spojrzał na LolË. Na twarzy miała czerwone plamy, wargi jej drżały, jakby chciała siË rozpłakaÖ, ale oczywiście płakaÖ nie zamierzała, była rozwścieczona do ostateczności. - Widzisz? - zapytała Wysokim głosem. - Taka smarkata... GŐwniara! Nie ma dla niej nic świËtego, każde słowo - zniewaga, jakbym nie była jej matkNo, tylko szmatNo do podłogi, o ktŐrNo można wytrzeÖ buty. Wstyd mi przed sNosiadami! Paskudztwo, chamka... Tak, pomyślał Wiktor, i ja z tNo kobietNo żyłem. Chodziłem z niNo w gŐry, czytałem jej Baudelairea, drżałem od jej dotkniËcia, pamiËtam jej zapach., jzdaje siË, że nawet biłem siË o niNo. Do dzisiaj nie rozumiem, o czym ona myślała, kiedy czytałem jej Baudelairea? Nie, to doprawdy zdumiewajNoce, że udało mi siË od niej uciec. Po prostu niepojËte, jak to siË stało, że mnie wypuściła? Zapewne też nie byłem bukiecikiem fiołkŐw. Pewnie i teraz nie jestem, ale wtedy piłem jeszcze wiËcej niż obecnie, a do tego uważałem siË za wielkiego poetË. - Ty, oczywiście, nie masz do tego głowy, gdzie tam - mŐwiła Lola - życie w stolicy, rŐżne tam primabaleriny, artystki... Wiem wszystko. Nie wyobrażaj sobie, że my o niczym nie wiemy. I ta twoja ogromna forsa, i kochanki, i nie koÓczNoce siË skandale... Jeśli chcesz wiedzieÖ, mnie to jest doskonale obojËtne, nie przeszkadzałam ci, robiłeś co chciałeś... W ogŐle gubi jNo to, że bardzo dużo mŐwi. Jako panna była cicha, milczNoca i tajemnicza. SNo takie panienki, ktŐre od urodzenia wiedzNo, jak siË zachowaÖ. Ona wiedziała. ZresztNo i teraz właściwie nieńle wyglNoda, kiedy na przykład siedzi milczNoc na kanapie z papierosem i pokazuje kolana... albo nagle splecie dłonie na karku i siË przeciNognie... Na prowincjonalnego adwokata to powinno nadzwyczajnie działaÖ... Wiktor wyobraził sobie sympatyczny wieczŐr - ten stolik przysuniËty tak do kanapy, butelka, szampan pieni siË w kielichach, przewiNozana wstNożeczkNo bombonierka czekolady i sam adwokat - wykrochmalony, muszka pod szyjNo. Wszystko jak u ludzi i nagle wchodzi Irma... Koszmar, pomyślał Wiktor, nieszczËsna kobieta. - Sam powinieneś zrozumieÖ - mŐwiła Lola - że nie chodzi o pieniNodze, nie pieniNodze teraz o wszystkim decydujNo. - Już siË uspokoiła, czerwone plamy znikły. - Wiem, że na swŐj sposŐb jesteś uczciwym człowiekiem, kapryśnym, rozpuszczonym, ale przecież nie złym. Zawsze nam pomagałeś i jeżeli o to chodzi, nie mam do ciebie żadnych pretensji. Ale nie taka pomoc jest mi teraz potrzebna. Nie mogË powiedzieÖ, że jestem szczËśliwa, ale unieszczËśliwiÖ mnie rŐwnież ci siË nie udało. Masz swoje życie, a ja mam swoje. Nawiasem mŐwiNoc, jeszcze nie jestem stara i niejedno jeszcze przede mnNo... Dziecko trzeba bËdzie zabraÖ, pomyślał Wiktor. Jak widaÖ, Lola już o wszystkim zadecydowała. Jeżeli IrmË tu zostawiÖ, w domu zacznie siË piekło. Dobrze, ale gdzie ja jNo podziejË? SprŐbuj byÖ uczciwy, zaproponował sam sobie, po prostu uczciwy. Tu trzeba uczciwie, to nie zabawka... Bardzo uczciwie przypomniał sobie swoje życie w stolicy. - Niedobrze, pomyślał. Można oczywiście najNoÖ gosposiË. To znaczy wynajNoÖ na stale mieszkanie... ZresztNo nie o to chodzi - Irma powinna byÖ ze mnNo, a nie z gosposiNo. .. Podobno dzieci wychowywane przez ojcŐw - to najlepsze dzieci. Poza tym ona mi siË podoba, chociaż to bardzo - dziwne dziecko. A w ogŐle to mŐj obowiNozek. ObowiNozek uczciwego człowieka i ojca. I w tym wszystkim jest wiele mojej winy. Ale to wszystko literatura. A gdyby tak uczciwie? Jeśli uczciwie - to siË bojË. Dlatego, że ona bËdzie stała przede mnNo uśmiechajNoc siË szerokimi ustami, a co ja jej potrafiË powiedzieÖ? Czytaj, czytaj codziennie, czytaj, jak możesz najwiËcej, nie musisz robiÖ nic innego, tylko czytaj. Ona to wie i beze mnie, a nic wiËcej nie mam jej do powiedzenia. Dlatego właśnie siË bojË... Ale to jeszcze nie wszystko, jeśli zupełnie uczciwie. Ja nie chcË, i o to właśnie chodzi. Przyzwyczaiłem siË do samotności. I lubiË samotnośÖ. Nie chcË, żeby było inaczej... I tak to właśnie wyglNoda, jeśli zupełnie uczciwie. Obrzydliwie wyglNoda, jak zresztNo każda prawda. Cynicznie wyglNoda, egoistycznie, wstrËtnie. Uczciwie. - Dlaczego milczysz? - zapytała Lola. - Masz zamiar tak milczeÖ bez koÓca? - Nie, nie, słucham ciË - pośpiesznie powiedział Wiktor. - NaprawdË słuchasz? Od pŐł godziny czekam, żebyś był łaskaw zareagowaÖ. Ostatecznie to nie tylko mŐj e dziecko... A z niNo też trzeba uczciwie? - pomyślał Wiktor. Z niNo to już zupełnie nie mam ochoty - uczciwie. Ona zdaje siË, wyobraziła sobie, że taki problem można rozwiNozaÖ w ciNogu paru sekund, nie ruszajNoc siË z miejsca, miËdzy jednym papierosem a drugim. - Zrozum - powiedziała Lola - przecież nie proponujË, żebyś siË sam niNo zajmował. Przecież wiem, że jej nie weńmiesz i dziËki Bogu, że nie weńmiesz, zupełnie siË do tego nie nadajesz. Ale przecież masz znajomości, kontakty, pomimo wszystko jesteś dośÖ znanym człowiekiem - pomŐż mi jNo jakoś urzNodziÖ! SNo u nas przecież jakieś szkoły dla uprzywilejowanych, pensje, specjalne gimnazja. Irma jest zdolnym, muzykalnym dzieckiem, ma zdolności matematyczne i do jËzykŐw. - Pensja - powiedział Wiktor. - Tak, oczywiście... pensja... Sierociniec... Nie, nie, żartujË. Warto nad tym pomyśleÖ. - O czym tu myśleÖ? Każdy by siË cieszył, gdyby mŐgł umieściÖ swoje dziecko na dobrej pensji albo w specjalnym gimnazjum. Żona naszego dyrektora... - Słuchaj Lolu - powiedział Wiktor. - To jest dobry pomysł i postaram siË coś załatwiÖ. Ale to nie takie proste, i na to potrzebny jest czas. Oczywiście napiszË. - NapiszË! To cały ty. Nie trzeba pisaÖ, tylko jechaÖ, osobiście prosiÖ, kłaniaÖ siË! Tak czy inaczej nic tu nie robisz! Tylko pijesz i włŐczysz siË z dziwkami! Czy naprawdË tak trudno, dla rodzonej cŐrki... O do diabła, pomyślał Wiktor, jak tu jej wszystko wytłumaczyÖ? Znowu zapalił papierosa, wstał i przespacerował siË po pokoju. Za oknem zmierzchało siË i po dawnemu lał deszcz, obfity, ciËżki, niespieszny - deszcz, ktŐrego było bardzo dużo i ktŐry wyrańnie donikNod siË nie spieszył. - Ach, jak ty mi obrzydłeś! - powiedziała Lola z nieoczekiwanNo złościNo - gdybyś wiedział, jak mi obrzydłeś... Czas iśÖ, pomyślał Wiktor. Zaczyna siË świËty macierzyÓski gniew, wściekłośÖ porzuconej kobiety i temu podobne. Tak czy inaczej, dzisiaj nic jej nie odpowiem. I niczego nie bËdË obiecywał... W niczym nie można na ciebie liczyÖ - mŐwiła dalej Lola. - Nieudany mNoż, ojciec do niczego.... modny pisarz, widzicie go! Rodzonej cŐrki nie potrafił wychowaÖ... Pierwszy lepszy kmiot zna siË na ludziach lepiej niż ty! No i co ja mam teraz robiÖ? Z ciebie przecież nie ma żadnego pożytku. Sama goniË resztkNo sił i nic z tego nie wynika. Nic dla niej nie znaczË, pierwszy lepszy mokrzak jest dla niej sto razy ważniejszy niż ja. No, nic, jeszcze zobaczysz! Ty jej niczego nie uczysz, doczekasz siË, że tamci jNo nauczNo! Doczekasz siË, że napluje ci w mordË tak jak mnie... - PrzestaÓ, Lolu - powiedział Wiktor krzywiNoc siË. - Chyba jednak trochË przesadzasz. Jestem jej ojcem, to prawda, ale ty jesteś jej matkNo... Twoim zdaniem wszyscy sNo winni oprŐcz ciebie... - Wynoś siË! - powiedziała Lola. - Wiesz, co ci powiem? - powiedział Wiktor. - Nie mam zamiaru siË z tobNo kłŐciÖ. BËdË myśleÖ. A ty... Stała teraz wyprostowana i nieomalI dygotała, przewidujNoc oskarżenie, gotowa z rozkoszNo rzuciÖ siË w kłŐtniË. - A ty - spokojnie powiedział Wiktor - postaraj siË nie denerwowaÖ. Coś wymyślimy. ZadzwoniË do ciebie. Wszedł do przedpokoju i włożył płaszcz. Płaszcz był jeszcze mokry. Wiktor zajrzał do pokoju Irmy, żeby siË pożegnaÖ, ale Irmy nie było. Okno było otwarte na oścież, deszcz chlustał na parapet. ŚcianË zdobił transparent - wielkie, śliczne litery żNodały ProszË nigdy nie zamykaÖ okna. Transparent był pomiËty, złachmaniony i pokryty ciemnymi plamami, jakby go wielokrotnie zrywano i deptano nogami. Wiktor zamknNoł drzwi. - Do widzenia Lolu - powiedział. Lola nie odpowiedziała. Na ulicy było już zupełnie ciemno. Deszcz zastukał po ramionach, po kapturze. Wiktor przygarbił siË wepchnNoł rËce głËbiej do kieszeni. O, na tym skwerze po raz pierwszy pocałowaliśmy siË, pomyślał. A tego domu wtedy jeszcze nie było, był pusty plac, a za placem - wysypisko śmieci, tam strzelaliśmy z procy do kotŐw. W mieście było diabelnie dużo kotŐw, a teraz nie widziałem ani jednego... Nie czytaliśmy tedy w ogŐle, a Irma miała pełen pokŐj ksiNożek. Jakie były w moich czasach dwunastoletnie dziewczynki? Piegowate, rozchichotane stworzenia, kokardy, lalki, obrazki z zajNoczkami i krŐlewnNo ŚnieżkNo, zawsze we dwie, we trzy, szepczNoce sobie na ucho, torebki ciNogutek, zepsute zËby. Czyścioszki, skarżypyty, a najlepsze z nich były takie same jak my - podrapane kolana, oczy dzikie jak u rysia, skłonnośÖ do odstawiania nogi... Wreszcie nastNopiły nowe czasy, czy co? Nie, pomyślał. To nie czasy. To znaczy czasy oczywiście rŐwnież... A może mam cŐrkË wunderkinda? Przecież zdarzajNo siË wunderkindy. Jestem ojcem wunderkinda. To bardzo zaszczytne, ale kłopotliwe, i nie tyle zaszczytne, ile kłopotliwe, zresztNo koniec koÓcŐw wcale nie zaszczytne... A tË uliczkË zawsze lubiłem, dlatego że jest najwËższa ze wszystkich. Tak, a oto i bijatyka. Słusznie, u nas po prostu inaczej nie można. Tak było u nas od zarania dziejŐw. A w dodatku dwŐch na jednego... Na rogu stała latarnia. Na granicy oświetlonej przestrzeni mŐkł samochŐd z brezentowNo budNo, a obok samochodu dwŐch w błyszczNocych płaszczach przyginało do jezdni trzeciego - w czymś czarnym i mokrym. Wszyscy troje z wysiłkiem niezgrabnie dreptali po kocich łbach. Wiktor zatrzymał siË, a nastËpnie podszedł bliżej. Trudno było pojNoÖ, co tu siË właściwie dzieje. Do bŐjki niepodobne - nikt nikogo nie bije. Na zapasy dla wyładowania młodzieÓczych sił tym bardziej nie wyglNodało - nie słychaÖ zawadiackich okrzykŐw, ani dziarskiego rechotu... Trzeci - ten w czerni - nagle wyrwał siË, upadł na plecy, a dwaj w płaszczach zwalili siË natychmiast na niego. I wtedy Wiktor zauważył, że drzwi samochodu były szeroko otwarte i pomyślał, że czarnego albo właśnie wyciNogniËto stamtNod, albo prŐbujNo go tam wepchnNoÖ. Podszedł bardzo blisko i zaryczał: - WrŐÖ! Dwaj w płaszczach odwrŐcili siË jednocześnie i przez kilka sekund patrzyli na Wiktora spod nasuniËtych na oczy kapturŐw. Wiktor zauważył tylko, że obaj sNo młodzi, że usta majNo otwarte z wysiłku, a nastËpnie obaj z niebywałNo szybkościNo dali nura do samochodu, silnik zawył, drzwi trzasnËły i samochŐd zniknNoł w ciemnościach. Człowiek w czerni powoli wstał i przyjrzawszy mu siË Wiktor odstNopił do tyłu. Był to chory z leprozorium - "mokrzak" albo "okularnik" jak ich nazywano z powodu żŐłtych krËgŐw wokŐł oczu - w opasce z gËstego grubego materiału zasłaniajNocej dolnNo czËśÖ twarzy. Oddychał ciËżko, z trudem unoszNoc resztki brwi. Po łysej głowie spływała wŐda. - Co siË stało? - zapytał Wiktor. Okularnik patrzył nie na niego, tylko w bok, oczy wyszły mu na wierzch. Wiktor chciał siË odwrŐciÖ, i wtedy coś go z chrzËstem rNobnËło w kark, a kiedy oprzytomniał, stwierdził, że leży twarzNo do gŐry pod chlustajNocNo rynnNo. Woda wpadała mu do ust, była ciepława, o posmaku rdzy. PlujNoc i kaszlNoc odsunNoł siË i usiadł, opierajNoc plecy o ceglany mur. Woda, ktŐra nagromadziła siË w kapturze popłynËła teraz za kołnierz, moczNoc plecy. W głowie huczały dzwony, trNobiły trNoby i biły bËbny. Przez tË orkiestrË Wiktor wypatrzył przed sobNo chudNo ciemnNo twarz. ZnajomNo. Gdzieś już go widział. Jeszcze przed tym zanim usłyszał szczËk własnych zËbŐw... Pomacał jËzykiem, ruszył szczËkNo. ZËby były w porzNodku. Chłopiec nabrał pod rynnNo wody w dłonie i chlusnNoł mu w oczy. - Miły mŐj - powiedział Wiktor. - Wystarczy. - Wydawało mi siË, że pan jeszcze nie oprzytomniał - powiedział chłopiec z powagNo. Wiktor ostrożnie wsunNoł dłoÓ pod kaptur i pomacał kark. Tam był guz - nic strasznego, żadnych pogruchotanych kości, nawet krwi nie było. - Kto to mnie tak? - zapytał z zadumNo. - Nie ty, mam nadziejË? - BËdzie pan mŐgł iśÖ sam, panie Baniew? - zapytał chłopiec. - A może kogoś zawołaÖ? Widzi pan, jest pan dla mnie za ciËżki. Wiktor przypomniał sobie, kto to jest. - Znam ciË - powiedział. - Ty jesteś Bol-Kunac, kolega mojej cŐrki. - Tak - powiedział chłopiec. - No i bardzo dobrze. Nie trzeba nikogo wołaÖ i nikomu o niczym mŐwiÖ. Może tylko posiedńmy jeszcze chwilË i oprzytomnijmy. Teraz zauważył, że z Bol-Kunacem też nie wszystko jest w porzNodku. Na jego policzku ciemniał świeży siniak, a gŐrna warga była spuchniËta i krwawiła. - Może jednak kogoś zawołam - powiedział Bol-Kunac. - A czy warto? - Widzi pan, panie Baniew, nie podoba mi siË sposŐb w jaki drga paÓski policzek. - NaprawdË? - Wiktor obmacał twarz. PoliczË k nie drgał. - To ci siË tylko wy daj e... Tak. Teraz sprŐbujemy wstaÖ. Co należy zrobiÖ w tym celu? W tym celu trzeba podciNognNoÖ nogi pod siebie... - podciNognNoł nogi pod siebie i nogi wydały mu siË niezupełnie własne. - NastËpnie lekko odpychajNoc siË od ściany przenieśÖ środek ciËżkości w taki sposŐb... - nijak nie udawało mu siË przenieśÖ środka ciËżkości, coś przeszkadzało. Czym oni mnie tak urzNodzili, pomyślał. I to jak sprytnie... - Pan sobie przydeptał płaszcz - zawiadomił go chłopiec, ale Wiktor już sam uporzNodkował Swoje rËce i nogi, swŐj płaszcz i swojNo orkiestrË pod czaszkNo. Wstał. PoczNotkowo trzeba było trzymaÖ siË trochË ściany, ale potem poszło lepiej. - Aha - powiedział. - To znaczy, że ciNognNołeś mnie stamtNod do tej rynny. DziËkujË. Latarnia była na miejscu, ale nie było ani samochodu, ani okularnika. Nikogo nie było. Tylko maleÓki Bol-Kunac ostrożnie gładził swŐj siniak mokrNo dłoniNo. - Gdzie siË oni wszyscy podzieli? - zapytał Wiktor. Chłopiec nie odpowiedział. - Sam tu leżałem? - zapytał Wiktor. - Nikogo wiËcej nie było? - Chodńmy, odprowadzË, pana - powiedział Bol-Kunac. - DokNod pan woli iśÖ? Do domu? - Poczekaj - powiedział Wiktor. - Widziałeś, jak oni chcieli złapaÖ okularnika? - Widziałem jak on pana uderzył - odpowiedział Bol-Kunac. - Kto? - Nie poznałem. Stał tyłem. - A ty gdzie byłeś? - Widzi pan, ja leżałem tu, za rogiem... - Nic nie rozumiem - powiedział Wiktor. - Może z mojNo głowNo jest coś nie w porzNodku... Dlaczego właściwie leżałeś za rogiem? Mieszkasz tam? - Widzi pan, leżałem ponieważ mnie ogłuszono wcześniej. Nie ten, ktŐry pana uderzył, ten drugi. - Okularnik? Szli powoli, starajNoc trzymaÖ siË jezdni, żeby nie kapało z dachŐw. - N - nie - odpowiedział Bol-Kunac po chwili namysłu. - Moim zdaniem żaden nie miał okularŐw. - O Boże - powiedział Wiktor. WsunNoł rËkË pod kaptur i pomacał guza. - MŐwiË o tym trËdowatym, nazywajNo ich okularnikami. No wiesz, ci z leprozorium... Mokrzaki... - Nie wiem - powściNogliwie odezwał siË Bol-Kunac. - Moim zdaniem oni Wszyscy byli zupełnie zdrowi. - No - no - powiedział Wiktor. Odczuł pewien niepokŐj i nawet przystanNoł. - Ty co, chcesz mi wmŐwiÖ, że tam nie było trËdowatego? Z czarnNo opaskNo, cały na czarno... - On wcale nie jest trËdowaty! - nieoczekiwanie zapalczywie powiedział Bol-Kunac. - Jest zdrowszy od pana... Po raz pierwszy w tym chłopcu pojawiło siË coś chłopiËcego i natychmiast znikło. - Nie jest dla mnie zupełnie jasne, dokNod idziemy - powiedział po chwili milczenia poprzednim beznamiËtnym i poważnym głosem. - Najpierw wydało mi siË, że zmierza pan w kierunku domu, ale teraz widzË, że idziemy w przeciwnNo stronË. Wiktor wciNoż stał patrzNoc na niego z gŐry na dŐł. Jedno warte drugiego, pomyślał. Wszystko obliczył, przeanalizował i spokojnie postanowił nie informowaÖ mnie o rezultacie. I nie zamierza mi opowiedzieÖ, co tu siË stało. Ciekawe dlaczego? Bandyci? Nie wyglNoda na to. A może jednak bandyci? Wiesz, czasy siË zmieniajNo... Głupie gadanie, znam dzisiejszych bandytŐw... - Wszystko siË zgadza - powiedział i ruszył dalej. - Idziemy do hotelu, ja tam mieszkam. Chłopiec, wyprostowany, mokry i surowy szedł obok. PrzełamujNoc niejakNo niezrËcznośÖ Wiktor położył mu rËkË na ramieniu. Nic szczegŐlnego nie zaszło - chłopiec jakoś to ścierpiał. ZresztNo bardzo możliwe, że po prostu uznał, iż jego ramiË okazało siË przydatne w celach ściśle utylitarnych, jako oparcie dla poszkodowanego. - MuszË ci powiedzieÖ - niezwykle poufnym tonem oznajmił Wiktor - że ty i Irma macie dziwny sposŐb prowadzenia rozmowy. My w dzieciÓstwie rozmawialiśmy inaczej. - Doprawdy? - uprzejmie zapytał Bol-Kunac. - To znaczy jak? - No, na przykład twoje pytanie brzmiałoby tak - chyba zasuwasz? Bol-Kunac wzruszył ramionami. - Chce pan powiedzieÖ, że tak byłoby lepiej? - Na Boga, nie! ChcË tylko powiedzieÖ, że byłoby naturalniej. - Właśnie to co najnaturalniejsze - zauważył Bol-Kunac - najmniej przystoi człowiekowi. Wiktor poczuł jakiś wewnËtrzny chłŐd. I niepokŐj. Może nawet strach. Jakby kot parsknNoł mu śmiechem prosto w twarz. - To co naturalne, zawsze jest prymitywne - ciNognNoł tymczasem dalej Bol-Kunac. - A człowiek jest istotNo skomplikowanNo, naturalnośÖ do niego nie pasuje. Pan mnie rozumie, panie Baniew? - Tak - powiedział Wiktor. - Oczywiście. Było coś zdumiewajNoco fałszywego w tym, jak po ojcowsku trzymał rËkË na ramieniu tego dzieciaka, ktŐry nie był dzieckiem. Aż mu łokieÖ zdrËtwiał. Ostrożnie cofnNoł rËkË i wsadził jNo do kieszeni. - Ile masz lat? - zapytał. - Czternaście - odpowiedział z roztargnieniem Bol-Kunac. - A - a... Każdy chłopiec na miejscu Bol-Kunaca zainteresowałby siË tym irytujNoco niejasnym a - a, ale Bol-Kunac nie był każdym chłopcem, był nie każdym. Nie interesowały go intrygujNoce monosylaby. Bol-Kunac rozmyślał nad relacjami miËdzy naturalnym i prymitywnym w naturze i w społeczeÓstwie. Żałował, że trafił mu siË tak nieinteligentny rozmŐwca i do tego jeszcze rNobniËty w głowË. Wyszli teraz na AlejË Prezydenta. Tu było już bardzo dużo latarni i nawet trafiali siË przechodnie, pośpieszni, przygarbieni wielodniowym deszczem mËżczyńni i kobiety. Były tu oświetlone wystawy sklepowe i rozjarzone neonowym blaskiem wejście do kina, gdzie pod daszkiem tłoczyli siË bardzo jednakowi młodzi ludzie nieokreślonej płci w błyszczNocych płaszczach do kostek. A nad tym wszystkim poprzez deszcz błyskały złote i niebieskie zaklËcia Prezydent jest ojcem narodu, Legionista Wolności, to wierny syn prezydenta, Armia - nasza nieustraszona sława... SiłNo inercji wciNoż jeszcze szli jezdniNo i przejeżdżajNocy samochŐd zatrNobiwszy gniewnie przepËdził ich na chodnik i obryzgał brudnNo wodNo. - A ja myślałem, że masz co najmniej osiemdziesiNot lat - powiedział Wiktor. - Chyba pan zasuwa - wstrËtnym głosem zapytał Bol-Kunac i Wiktor roześmiał siË z ulgNo. Jednak był to zwyczajny chłopiec, zwyczajny normalny wunderkind, co to siË naczytał Heibora, Zurzmansona, Fromfha i byÖ może nawet przebrnNoł przez Spenglera. - Miałem w dzieciÓstwie kolegË - powiedział Wiktor - ktŐry postanowił przeczytaÖ Hegla w oryginale i nawet w koÓcu przeczytał, tyle że stał siË schizofrenikiem. Ty, w twoim wieku, niewNotpliwie wiesz, co to takiego schizofrenik. - Tak, wiem - powiedział Bol-Kunac. - I nie boisz siË? - Nie. Podeszli do hotelu i Wiktor zaproponował: - Może zajdziesz do mnie, żeby siË wysuszyÖ? - DziËkujË. Właśnie zamierzałem prosiÖ o pozwolenie odwiedzenia pana. Po pierwsze, chcË panu coś jeszcze powiedzieÖ, a po drugie, chciałbym zadzwoniÖ. Pozwoli pan? Wiktor pozwolił. Weszli przez obrotowe drzwi, mijajNoc portiera, ktŐry na widok Wiktora zdjNoł czapkË.. Wiktor poczuj dobrze sobie znane wzburzenie, przedsmak nadchodzNocego wieczoru, kiedy można bËdzie piÖ, gadaÖ co ślina na jËzyk przyniesie i odsunNoÖ łokciem na jutro to, co tak irytujNoco atakowało dzisiaj; przedsmak Jula Golema i doktora R. Kwadrygi, byÖ może poznam jeszcze kogoś, niewykluczone że coś siË wydarzy - jakaś awantura, albo narodzi siË fabuła - i zamŐwiË sobie dzisiaj minogi, niech bËdzie miło i przyjemnie, - a ostatnim autobusem pojadË do Diany. Kiedy Wiktor odbierał klucze w recepcji, za jego plecami odbywała siË rozmowa. Bol-Kunac rozmawiał ze szwajcarem. "Po co siË tu pchasz?" - syczał portier. - "Przyszedłem porozmawiaÖ z panem Baniewem." "Ja ci pokażË rozmowy z panem Baniewem - syczał portier. - WłŐczysz siË po restauracjach. .." "Przyszedłem porozmawiaÖ z panem Baniewem - powtarzał Bol-Kunac. - Restauracje mnie nie interesujNo". "Tego brakowało żeby takiego szczeniaka interesowały restauracje... A ja ciË zaraz stNod wyrzucË..." Wiktor wziNoł klucz i odwrŐcił siË. - E... - powiedział. Znowu zapomniał nazwiska portiera. - Chłopak jest ze mnNo, wszystko w porzNodku. Portier nic nie odpowiedział, minË miał niezadowolonNo. Wiktor i Bol-Kunac weszli na gŐrË. W pokoju Wiktor z rozkoszNo zrzucił płaszcz i pochylił siË, żeby rozsznurowaÖ buty. Krew uderzyła mu do głowy i poczuł powolne bolesne pulsowanie w tym miejscu, gdzie znajdował siË guz, ciËżki i okrNogły jak ołowiana kula. Natychmiast wyprostował siË, oparł o futrynË i zaczai zdejmowaÖ but przytrzymujNoc piËtË czubkiem drugiego. Bol-Kunac stał obok, kapała z niego woda. - Rozbieraj siË - powiedział Wiktor. - Powieś wszystko na kaloryferze, zaraz dam ci rËcznik. - Chciałbym zadzwoniÖ, jeżeli pan pozwoli - odparł Bol-Kunac nie ruszajNoc siË z miejsca. - Bardzo proszË - Wiktor ściNognNoł drugi but i w mokrych skarpetkach poszedł do łazienki. RozbierajNoc siË, słyszał jak chłopiec cicho rozmawia, spokojnie i niewyrańnie. Tylko raz jasno i dobitnie powiedział "Nie wiem". Wiktor wytarł siË rËcznikiem, narzucił szlafrok, wyj Noł czyste prześcieradło kNopielowe i wszedł do pokoju. - Masz - rzekł i od razu zorientował siË, że wszystko na nic. Bol-Kunac nadal stał pod drzwiami i nadal z niego kapało. . - DziËkujË - powiedział. - Widzi pan, muszË już iśÖ. Chciałbym jeszcze tylko... - PrzeziËbisz siË - rzekł Wiktor. - Nie, proszË siË nie niepokoiÖ, dziËkujË panu. Ja siË nie przeziËbiË. Chciałbym tylko jeszcze omŐwiÖ z panem pewien problem. Czy Irma nic nie mŐwiła? Wiktor rzucił prześcieradło na kanapË, przykucnNoł przed barkiem, wyjNoł butelkË i szklankË. - Irma mŐwiła mi mnŐstwo rzeczy - odparł dosyÖ ponuro. Nalał do szklanki dżinu na wysokośÖ palca i dolał trochË wody. - Nie przekazała panu naszego zaproszenia? - Nie, żadnych zaproszeÓ mi nie przekazywała. Masz, wypij. - DziËkujË panu, nie trzeba. Jeśli Irma nie przekazała, to ja przekażË. Chcielibyśmy siË z panem spotkaÖ, jeśli można. - Jacy - my? - Gimnazjaliści. Widzi pan, czytaliśmy paÓskie ksiNożki chcielibyśmy zadaÖ panu kilka pytaÓ. - Hm - powiedział Wiktor z powNotpiewaniem. - Jesteś pewien, że to bËdzie dla wszystkich interesujNoce? - MyślË, że tak. - Ale ja nie piszË dla gimnazjalistŐw - przypomniał Wiktor. - To nieważne - powiedział Bol-Kunac z łagodnym uporem. - Czy pan by siË zgodził? Wiktor z zadumNo pobełtał w szklance przejrzysty płyn. - A może jednak siË napijesz? - zapytał. - Najlepsze lekarstwo na przeziËbienie. Nie? W takim razie sam to wypijË. - Wychylił szklankË. - Dobrze, zgadzam siË. Tylko bez żadnych afiszŐw, ogłoszeÓ i tak dalej. W najwËższym krËgu. Wy i ja... Kiedy? - Kiedy panu bËdzie wygodnie. Nieńle byłoby w tym tygodniu. Rano. - Powiedzmy za dwa - trzy dni. Tylko niezbyt wcześnie. Powiedzmy w piNotek o jedenastej. Dobrze bËdzie? - Tak. W piNotek o jedenastej. W gimnazjum. PrzypomnieÖ panu? - ObowiNozkowo - powiedział Wiktor. - O rautach, soirees i bankietach, jak rŐwnież o wiecach, spotkaniach i naradach zawsze staram siË zapomnieÖ. - Dobrze, przypomnË panu - rzekł Bol-Kunac. - A teraz jeżeli pan pozwoli, to już pŐjdË. Do widzenia, panie Baniew. - Poczekaj, odprowadzË ciË - powiedział Wiktor. - Bo jeszcze ten... portier coś ci zrobi. Dzisiaj jest w wyjNotkowo złym humorze, a sam wiesz jacy sNo portierzy... - DziËkujË panu, ale proszË siË nie niepokoiÖ - powiedział Bol-Kunac. - To mŐj ojciec. I wyszedł. Wiktor nalał sobie jeszcze raz na palec dżinu i padł na fotel. Tak, pomyślał. Biedny portier. Jak on siË nazywa? Głupio, że zapomniałem, bNodń co bNodń jesteśmy towarzyszami w nieszczËściu, kolegami. Trzeba bËdzie z nim porozmawiaÖ, wymieniÖ doświadczenia. Na pewno ma dłuższy staż... CŐż za zdumiewajNoca koncentracja wunderkindŐw w moim zatËchłym ojczystym miasteczku. Może to skutek podwyższonej wilgotności?... Odrzucił głowË do tyłu i skrzywił siË z bŐlu. A to draÓ, czym on mnie tak? Pomacał guz. Najpewniej gumowNo pałkNo. ZresztNo skNod mam właściwie wiedzieÖ, jak skutkuje gumowa pałka. Jak działa modernistyczne krzesło w "Pieczonym Pegazie" - to wiem. Jak kolba automatu albo na przykład rËkojeśÖ pistoletu - też wiem. Butelka po szampanie i butelka z szampanem... Trzeba bËdzie zapytaÖ Golema... W ogŐle, to jakaś dziwna historia, dobrze byłoby siË w niej zorientowaÖ... I zaczNoł orientowaÖ siË w tej historii, żeby dogoniÖ wypływajNocNo na drugim planie myśl o Irmie, o konieczności zrezygnowania z czegoś, ograniczenia siË w czymś tam, albo pisania do kogoś, proszenia o coś... "Daruj stary, że zawracam ci głowË, ale nagle objawiła siË moja cŐrka, mniej wiËcej dwunastoletnia, bardzo sympatyczne stworzenie, ale ma matkË idiotkË i głupiego ojca a wiËc trzeba jNo umieściÖ gdzieś możliwie daleko od głupich ludzi..." Nie chcË dzisiaj o tym myśleÖ, pomyślË o tym jutro. Spojrzał na zegarek. W ogŐle dosyÖ tego myślenia. Starczy. Wstał i zaczNoł ubieraÖ siË przed lustrem. Brzuch mi rośnie, co u diabła, skNod u mnie nagle brzuch? Taki zawsze byłem chudy i żylasty... Właściwie nawet nie brzuch - szlachetny wypracowany kałdun, skutek uregulowanego trybu życia i dobrego jedzenia - tylko brzuszek jakiś parszywiutki, opozycyjny brzuszek. Pan prezydent na pewno nie ma czegoś podobnego. Pan prezydent niezawodnie posiada szlachetny, opiËty czymś czarnym i błyszczNocym sterowiec... ZawiNozujNoc krawat przysunNoł twarz do lustra i nagle pomyślał - jak też wyglNodała ta pewna siebie, mocna twarz, tak uwielbiana przez kobiety określonej konduity, nieładna, lecz mËżna twarz wojownika o kwadratowym podbrŐdku, jak wyglNodał a ta twarz pod koniec historycznego spotkania. Twarz pana prezydenta, rŐwnież nie pozbawiona mËskości z elementami kNotŐw prostych pod koniec historycznego spotkania przypominała mŐwiNoc otwarcie tylko miËdzy nami, świÓski ryj. Pan prezydent raczył podekscytowaÖ siË do najwyższego stopnia, z zËbatej paszczy leciały bryzgi, a ja wyjNołem chusteczkË i demonstracyjnie wytarłem policzek i to był z pewnościNo najodważniejszy postËpek w moim życiu, jeśli nie liczyÖ tamtego wypadku, kiedy walczyłem z trzema czołgami jednocześnie. - Ale jak walczyłem z czołgami - nie pamiËtam, wiem tylko z opowiadaÓ świadkŐw, chusteczkË za to wyjNołem świadomie i dobrze wiedziałem na co siË odważam... W gazetach o tym nie pisano. Gazety uczciwie i po mËsku, z surowNo prostotNo poinformowały, że "beletrysta W. Baniew szczerze podziËkował panu prezydentowi za wszystkie uwagi i wyjaśnienia jakie padły w trakcie rozmowy". Dziwne, jak dokładnie to wszystko pamiËtam. Stwierdził, że zbielał mu koniec nosa i policzki. Tak właśnie wtedy wyglNodałem, a nie wrzeszczeÖ na takiego to po prostu grzech. Przecież nie wiedział biedak, że to nie ze strachu, że blednË ze złości, jak Ludwik XIV... Tylko raczej nie jedzmy musztardy po obiedzie. Co za rŐżnica, od czego tam, u niego, pobladłem... Dobrze, dosyÖ tego. Ale po to, żeby siË uspokoiÖ, po to żeby siË doprowadziÖ do porzNodku, zanim siË pokażË ludziom, żeby przywrŐciÖ normalny kolor nieładnej ale mËskiej twarzy, muszË panu przypomnieÖ, panie Baniew, że gdyby pan nie zademonstrował panu prezydentowi swojej chusteczki do nosa, to siedziałby pan opływajNoc w dostatki w naszej dzielnej stolicy, a nie w tej mokrej dziurze... Wiktor jednym haustem dopił dżinu i zszedł do restauracji. * - Oczywiście, byÖ może chuligani - powiedział Wiktor. - Tylko w moich czasach żaden chuligan nie zadzierałby z okularnikiem. RzuciÖ w niego kamieniem - proszË bardzo, ale łapaÖ, gdzieś ciNognNoÖ, w ogŐle dotykaÖ... Baliśmy siË ich jak zarazy. - Przecież powtarzam panu - to jest choroba genetyczna - powiedział Golem. - Oni w ogŐle nie sNo zarańliwi. - Jak to, niezarańliwi - powiedział Wiktor - kiedy dostaje siË od nich brodawek jak od ropuch! Wszyscy o tym wiedzNo. - Od ropuchy nie dostaje siË brodawek - dobrodusznie powiedział Golem. - I od mokrzakŐw też siË nie dostaje. Wstyd, panie pisarzu. ZresztNo wiadomo, że pisarze to ignoranci. - Jak i cały narŐd. NarŐd jest ciemny, ale mNodry. I jeśli narŐd twierdzi, że od ropuch i okularnikŐw dostaje siË brodawek. - A oto nadchodzi mŐj inspektor - powiedział Golem. Prosto z ulicy wszedł Pawor w mokrym płaszczu. - Dobry wieczŐr - powiedział. - Cały przemokłem, chcË siË napiÖ. - Znowu śmierdzi od niego iłem - z niezadowoleniem powiedział R. Kwadryga zbudzony z alkoholowego transu. - Wiecznie śmierdzi iłem. Jak w stawie. RzËsa. - Co panowie pijecie? - zapytał Pawor. - KtŐrzy? - zainteresował siË Golem. - Ja na przykład jak zawsze pijË koniak. Wiktor pije dżin. A doktor - wszystko po kolei. - HaÓba! - z oburzeniem powiedział doktor R. Kwadryga. - Łuska! I głowy. - PodwŐjny koniak! - krzyknNoł Pawor do kelnera. Twarz miał mokrNo od deszczu, jego gËste włosy zlepiały siË i ze skroni po ogolonych policzkach spływały błyszczNoce smużki. Też twarda twarz, wielu na pewno mu zazdrości. SkNod taka twarz do inspektora sanitarnego? Twarda twarz to znaczy - leje deszcz, reflektory, latajNo cienie po mokrych wagonach, załamujNo siË... wszystko jest czarne, błyszczNoce, wyłNocznie czarne i wyłNocznie błyszczNoce, nie ma żadnych rozmŐw, żadnego gadania tylko rozkazy i wszyscy siË podporzNodkowujNo... niekoniecznie wagony, byÖ może samoloty, lotnisko i potem nikt nie wie, gdzie był i skNod przyszedł... dziewczyny padajNo na wznak, a mËżczyńni majNo ochotË zachowaÖ siË prawdziwie po mËsku - powiedzmy wyprostowaÖ ramiona i wciNognNoÖ brzuch. Na przykład Goleniowi przydałoby siË wciNognNoÖ brzuch, tylko raczej nic z tego, gdzie on go wciNognie, wszystko tam ma zajËte. Doktor R. Kwadryga - tak, ale za to nie rozprostuje już ramion, od bardzo wielu dni jest zgarbiony na wieki. Wieczorami zgarbiony nad stołem, rankiem nad miskNo, a we dnie przez chorNo wNotrobË. A to znaczy, że tutaj tylko ja jestem w stanie wciNognNoÖ brzuch i rozprostowaÖ ramiona, ale lepiej golnË sobie szklaneczkË dżinu. - Nimfoman - smutnie powiedział do Pawora doktor R. Kwadryga. - Rusałkoman. I wodorosty. - Niech pan siË zamknie, doktorze - powiedział Pawor. Wycierał twarz papierowymi serwetkami, gniŐtł je i rzucał na podłogË. Potem zaczai wyciekaÖ rËce. - Z kim siË pan pobił? - zapytał Wiktor. - Zgwałcony przez okularnika - oznajmił doktor R. Kwadryga z mËkNo starajNoc siË rozprowadziÖ we właściwym kierunku oczy, ktŐre skupiły mu siË u nasady nosa. - Na razie jeszcze z nikim - odparł Pawor i uważnie popatrzył na doktora, ale R. Kwadryga tego nie zauważył. Kelner przyniŐsł koniak: Pawor powoli wycedził kieliszek i wstał. - PŐjdË siË umyÖ - powiedział rŐwnym głosem. - Za miastem błoto, cały siË uświniłem. - I odszedł, zaczepiajNoc po drodze o krzesła. - Coś siË dzieje z moim inspektorem - powiedział Golem. PrztykniËciem zrzucił ze stołu zmiËtNo serwetkË. - Coś na wszechświatowNo skalË. Nie wie pan przypadkiem, co konkretnie? - Pan powinien lepiej wiedzieÖ - odpowiedział Wiktor. - Pawor jest paÓskim inspektorem a nie moim. A poza tym pan przecież wie wszystko. A propos, Golem - , skNod pan to wszystko wie? - Nikt nic nie wie - zaprzeczył Golem. - NiektŐrzy siË domyślajNo. Bardzo niewielu - tylko ci, ktŐrzy majNo ochotË. Ale tak nie można postawiÖ pytania - skNod oni siË domyślajNo - bo to jest gwałt nad jËzykiem. DokNod spada deszcz? Czym wstaje słoÓce? Czy wybaczyłby pan Szekspirowi, gdyby napisał coś podobnego? ZresztNo Szekspirowi pan by wybaczył. Szekspirowi wiele wybaczamy, co innego Baniew... Niech pan posłucha, panie beletrysto, mam pewien pomysł. Ja siË napijË koniaku, a pan skoÓczy z tym dżinem. Czy może ma pan już dośÖ? - Golem - powiedział Wiktor - przecież pan chyba wie, że ja jestem człowiekiem z żelaza? - Domyślam siË. - A co z tego wynika? - Że boi siË pan zardzewieÖ. - ZałŐżmy - powiedział Wiktor. - Ale nie o to mi chodzi. Chodzi mi o to, że mogË piÖ dużo i długo nie tracNoc rŐwnowagi moralnej. - Ach, wiËc w tym rzecz - powiedział Golem nalewajNoc sobie z karafki. - No dobrze, wrŐcimy jeszcze do tego tematu. - Nie pamiËtam - odezwał siË nagle jasnym głosem doktor R. Kwadryga. - Czy siË panom przedstawiłem już czy jeszcze nie? Mam honor - Rem Kwadryga, malarz, doktor honoris causa, członek honorowy. .. Ciebie pamiËtam - powiedział do Wiktora. - Myśmy z tobNo razem studiowali i jeszcze coś... A ;a to pana, proszË mi wybaczyÖ... - Nazywam siË Jul Golem - niedbale powiedział Golem. - Bardzo mi przyjemnie. Hehbiarz? - Nie. Lekarz. - Chirhurg? - Jestem naczelnym lekarzem leprozorium - cierpliwie wyjaśnił Golem. - Ach tak! - powiedział doktor R. Kwadryga potrzNosajNoc głowNo jak koÓ. - Oczywiście. ProszË mi wysNoczyÖ Jul... Tylko dlaczego jest pan taki tajemniczy? Jaki tam z pana lekarz? Pan przecież hoduje mokrzaki... ZałatwiÖ panu odznaczenie... Tacy ludzie sNo nam potrzebni... Przepraszam - powiedział znienacka. - Zaraz wracam. Wygrzebał siË z fotela i ruszył w stronË wyjścia błNodzNoc miËdzy pustymi stolikami. Podbiegł do niego kelner i doktor R. Kwadryga objNoł go za szyjË. - To wszystko przez te deszcze - powiedział Golem. - Oddychamy wodNo. Ale nie jesteśmy rybami i albo umrzemy, albo odejdziemy stNod - z powagNo i smutkiem popatrzył na Wiktora. - A deszcz bËdzie padaÖ na puste miasto, podmywaÖ jezdnie, kapaÖ przez dachy, przez gnijNoce stropy... potem wszystko rozmyje, roztopi miasto w pierwotnej glebie, i nadal bez koÓca bËdzie wciNoż padaÖ i padaÖ... - Apokalipsa - powiedział Wiktor, żeby cokolwiek powiedzieÖ. - Tak; Apokalipsa... BËdzie padaÖ i padaÖ, a potem ziemia przesyci siË i wzejdzie nowe ziarno, jakiego nigdy przedtem nie było. Ale nas już nie bËdzie, żeby mŐc zachwycaÖ siË nowym wszechświatem... Gdyby nie te niebieskawe worki pod oczami, gdyby nie ten obwisły galaretowaty brzuch, gdyby ten wspaniały semicki nos nie był taki podobny do mapy topograficznej... Chociaż, jeśli siË dobrze zastanowiÖ, wszyscy prorocy byli alkoholikami, ponieważ to okropnie smutne - wszystko wiesz, a nikt ci nie chce uwierzyÖ. Gdyby w departamentach wprowadzono etaty dla prorokŐw, to powinni mieÖ tytuł co najmniej tajnego radcy - dla umocnienia autorytetu. ZresztNo zapewne i tak by to nic nie pomogło... - Za systematyczny pesymizm - powiedział Wiktor na głos - prowadzNocy do poderwania służbowej dyscypliny i wiary w rozum, rozkazujË na przyszłośÖ: tajnego radcË Golema ukamienowaÖ w prosektorium. Golem coś mruknNoł. - Jestem zaledwie radcNo kolegialnym - oznajmił. - A poza tym, skNod prorocy w naszych czasach? Ja osobiście nie znam ani jednego. MnŐstwo fałszywych prorokŐw i ani jednego proroka. W naszych czasach nie sposŐb przewidzieÖ przyszłości - to gwałt na jËzyku. Co by pan powiedział przeczytawszy u Szekspira - przewidzieÖ terańniejszośÖ? Czy można przewidzieÖ szafË we własnym mieszkaniu?... A oto i mŐj inspektor. Jak pan siË czuje, inspektorze? - Wspaniale - odpowiedział Pawor siadajNoc. - Kelner, podwŐjny koniak. Tam w holu naszego malarza trzyma czterech - zawiadomił. - WyjaśniajNo mu, gdzie jest wejście do restauracji. Postanowiłem siË nie wtrNocaÖ, ponieważ on nikomu nie wierzy i rwie siË do bicia... O jakich szafach mowa? Był suchy, elegancki, odświeżony, pachniał wodNo koloÓskNo. - MŐwimy o przyszłości - odpowiedział Golem, - Jaki sens ma mŐwienie o przyszłości? - zapytał Pawor. - O przyszłości siË nie mŐwi, przyszłośÖ siË tworzy. Oto kieliszek koniaku. Jest pełny. SprawiË, że bËdzie pusty. O tak. Pewien mNodry człowiek powiedział, że przyszłości nie sposŐb przewidzieÖ, ale można jNo wynaleńÖ. - Inny mNodry człowiek powiedział - zauważył Wiktor - że przyszłości w ogŐle nie ma, jest tylko terańniejszośÖ. - Nie lubiË klasycznej filozofii - powiedział Pawor. - Ci ludzie nic nie umieli i niczego nie chcieli. Po prostu lubili filozofowaÖ jak Golem - piÖ. PrzyszłośÖ - to dokładnie unieszkodliwiona terańniejszośÖ. - Zawsze mam dziwne uczucie - powiedział Golem - kiedy w mojej obecności cywil rozumuje jak wojskowy. - Wojskowi w ogŐle nie rozumujNo - zaoponował Pawor. - Wojskowi majNo wyłNocznie odruchy i niewielkie emocje. - WiËkszośÖ cywilŐw rŐwnież - powiedział Wiktor macajNoc kark. - Teraz nikt nie ma czasu na rozmyślania - powiedział Pawor. - Ani cywile, ani wojskowi. Teraz trzeba umieÖ szybko zakrËciÖ siË koło swoich spraw. Jeżeli interesuje ciË przyszłośÖ, musisz tworzyÖ jNo szybko, z marszu, odpowiednio do odruchŐw i emocji. - Do diabła z twŐrcami i wynalazcami - oświadczył Wiktor. Czuł siË pijany i wesoły. Wszystko było na swoim miejscu. Nie chciało mu siË nigdzie iśÖ, chciał siedzieÖ tu w tej pustej przyciemnionej sali, jeszcze nie całkiem zdewastowanej, ale już z zaciekami na ścianach, z rozchwierutanNo podłogNo, z kuchennymi zapachami - szczegŐlnie, jeśli pamiËtaÖ o tym, że na zewnNotrz na całym świecie pada deszcz, na kocie łby jezdni - deszcz, na strome dachy - deszcz, deszcz zalewa gŐry i rŐwniny, kiedyś tam wszystko rozmyje, ale bËdzie to jeszcze nieprËdko. Tak mili moi, jak dawno przeminËły te czasy, kiedy przyszłośÖ była replikNo terańniejszości i teraz nie sposŐb siË zorientowaÖ, gdzie co jest. - Zgwałcony przez mokrzaka! - powiedział Pawor ze złośliwNo satysfakcjNo. W drzwiach restauracji pojawił siË doktor R. Kwadryga. Stał kilka sekund, uważnym i ciËżkim wzrokiem przyglNodajNoc siË szeregom pustych stolikŐw, nastËpnie twarz mu siË rozjaśniła, gwałtownie zatoczył siË do przodu i ruszył na swoje miejsce. - Dlaczego nazywa ich pan mokrzakami? - zapytał Wiktor. - Co to - zrobili siË mokrzy od deszczu? - A dlaczego nie? - powiedział Pawor. - Jak ich, paÓskim zdaniem, mamy nazywaÖ? - Okularnikami - powiedział Wiktor. - Stara, dobra nazwa. Od stuleci nazywaliśmy ich okularnikami. Zbliżał siË doktor R. Kwadryga. PrzŐd ubrania miał całkiem mokry, najwidoczniej zmywano go nad umywalkNo. WyglNodał na człowieka rozczarowanego i zmËczonego. - Diabli wiedzNo, co to takiego - powiedział zrzËdliwie jeszcze z daleka. - Nigdy dotNod coś takiego mi siË nie wydarzyło - nie ma wejścia! Gdzie spojrzysz - wszËdzie same okna... Obawiam siË, że kazałem panom na siebie czekaÖ. - Padł na swŐj fotel i ujrzał Pawora. - On tu znowu jest - zawiadomił Golema poufnym szeptem: - Mam nadziejË, że nie przeszkadza panu... A ze mnNo, nie uwierzycie panowie, zdarzyła siË zdumiewajNoca historia. Oblano mnie całego wodNo. Golem nalał mu koniaku. - DziËkujË panu - powiedział R. Kwadryga - ale chyba lepiej bËdzie, jeżeli przepuszczË kilka kolejek. Chciałbym podeschnaÖ. - W ogŐle jestem zwolennikiem wszystkiego co stare i dobre - oznajmił Wiktor - Niech okularnicy pozostanNo okularnikami. I w ogŐle niech wszystko zostanie jak było. Jestem konserwatystNo... Uwaga! - powiedział głośno. - ProponujË toast za konserwatyzm. Chwila, moment... - nalał sobie dżinu, wstał i oparł dłoÓ na porËczy fotela. - Jestem konserwatystNo - po wiedział. - I z każdym rokiem stajË siË konserwatywniejszy, nie dlatego że siË starzejË, tylko dlatego, że odczuwam takNo potrzebË... Trzeńwy Pawor z kieliszkiem w pogotowiu patrzył na niego z dołu do gŐry z ostentacyjnNo uwagNo. Golem powoli jadł minogi, a doktor R. Kwadryga, jak siË wydawało, nadaremnie starał siË zrozumieÖ, skNod dobiega głos i czyj to głos. NaprawdË było bardzo przyjemnie. - Ludzie uwielbiajNo krytykowaÖ rzNody za konserwatyzm - ciNognNoł Wiktor. - Ludzie uwielbiajNo postËp, przepadajNo za postËpem. To sNo nowomodne pomysły, ale bardzo głupie jak wszystko, co nowe. Ludzie powinni błagaÖ Boga, aby zesłał im możliwie najbardziej zacofanNo, obskuranckNo i konformistycznNo władzË... Teraz rŐwnież Golem podniŐsł wzrok i patrzył na Wiktora, i Teddy za swoim kontuarem rŐwnież przestał wycieraÖ butelki i zaczNoł słuchaÖ, tylko że znowu zabolał kark i trzeba było odstawiÖ kieliszek i pogładziÖ guz. - Aparat paÓstwowy, panowie, we wszystkich czasach za swoje podstawowe zadanie uważał zachowanie status quo. Nie wiem, o ile było to uzasadnione poprzednio, ale teraz funkcja paÓstwa jest po prostu niezbËdna. Ja bym tË funkcjË określił nastËpujNoco - na wszelkie możliwe sposoby przeciwdziałaÖ temu, by przyszłośÖ mogła zapuszczaÖ swoje macki w nasze czasy. Trzeba odrNobywaÖ te macki, przypalaÖ je rozpalonym żelazem... PrzeszkadzaÖ wynalazcom, popieraÖ scholastykŐw i tych co gadajNo od rzeczy... Do gimnazjŐw wprowadziÖ obowiNozkowe i wyłNocznie klasyczne przedmioty. Na najwyższe stanowiska w paÓstwie - starcŐw obciNożonych rodzinami i zadłużonych, co najmniej sześÖdziesiËcioletnich, żeby brali łapŐwki i spali na posiedzeniach... - Wiktorze, co też pan wygaduje - powiedział Pawor z wyrzutem. - Nie, dlaczego - powiedział Golem. - Niezmiernie przyjemnie słuchaÖ takiego umiarkowanego, lojalnego przemŐwienia. - Jeszcze nie skoÓczyłem, panowie! Utalentowanych uczonych należy mianowaÖ na stanowiska administracyjne i płaciÖ im wysokie pensje. Wszystkie wynalazki bez wyjNotku należy przyjmowaÖ, płaciÖ za nie możliwie nËdznie i kłaśÖ pod sukno. WprowadziÖ drakoÓskie podatki za każdNo nowośÖ w gospodarce i produkcji... - A właściwie dlaczego ja stojË? - pomyślał Wiktor i usiadł. - No i co pan o tym myśli? - zapytał Golema. - Ma pan całkowitNo racjË - odpowiedział Golem. - Jakoś ostatnio wszyscy u nas sNo strasznie radykalni. Nawet dyrektor gimnazjum. Konserwatyzm - oto w czym nasz ratunek. Wiktor łyknNoł dżinu i powiedział frasobliwie: - Żadnego ratunku nie bËdzie. Dlatego, że ci wszyscy kretyÓscy radykałowie i radykalni kretyni nie tylko wierzNo w postËp, ale na domiar złego ten postËp kochajNo, wyobrażajNo sobie, że nie mogNo żyÖ bez postËpu. Dlatego, że postËp - poza wszystkim innym - to tanie samochody, użytkowa elektronika i w ogŐle możnośÖ robiÖ mniej, za to zarabiaÖ wiËcej. I dlatego rzNod jest zmuszony jednNo rËkNo... to znaczy nie rËkNo, rzecz jasna... jednNo nogNo przyciskaÖ na hamulec, a drugNo na gaz. Jak wyścigowy kierowca na zakrËcie. Na hamulec - żeby nie straciÖ władzy nad kierownicNo, a na gaz, żeby nie straciÖ szybkości, bo inaczej jakiś tam demagog, entuzjasta postËpu niezawodnie wypchnie z miejsca przy kierownicy. - Trudno z panem dyskutowaÖ - uprzejmie powiedział Pawor. - To niech pan nie dyskutuje - powiedział Wiktor. - Nie trzeba dyskutowaÖ - prawda rodzi siË w dyskusji, niech jNo szlag trafi. - Czule pogłaskał guz i uzupełnił. - ZresztNo, pewnie moje poglNody to skutek ignorancji. Wszyscy uczeni sNo zwolennikami postËpu, a ja nie jestem uczonym. Ja po prostu jestem dośÖ znanym kuplecistNo. - A dlaczego pan przez cały czas łapie siË za kark? - zapytał Pawor. - Jakiś draÓ mi przyłożył - powiedział Wiktor. - Kastetem. Czy dobrze mŐwiË, Golem? Kastetem? - Moim zdaniem kastetem - powiedział Golem. - ZresztNo może to była cegła. - O czym wy opowiadacie? - zdziwił siË Pawor. - Jakim kastetem? W tej zatËchłej dziurze? - No widzi pan - pouczajNoco powiedział Wiktor. - PostËp!... Lepiej znowu wypijmy za konserwatyzm. Wezwano kelnera i jeszcze raz wypito za konserwatyzm. Wybiła dziewiNota i na sali pojawiła siË znana para - młody mËżczyzna w bardzo silnych okularach i jego długi jak żerdń wspŐłtowarzysz. Usiedli przy swoim stoliku, zapalili stojNocNo lampË, pokornie rozejrzeli siË dookoła i zaczËli studiowaÖ jadłospis. Młody mËżczyzna znowu przyniŐsł ze sobNo teczkË, teczkË postawił na wolne krzesło obok siebie. Zawsze był bardzo dobry dla swojej teczki. Podyktowali kelnerowi zamŐwienie, wyprostowali siË i wpatrzyli w przestrzeÓ. Dziwna para, pomyślał Wiktor. ZdumiewajNoca dysproporcja. WyglNodajNo jak w zepsutej lornetce - jeden w ogniskowej, wtedy drugi siË rozpływa i na odwrŐt. Idealna niezgodnośÖ. Z młodym mËżczyznNo w okularach można by było porozmawiaÖ o postËpie, a z wysokim - nie... Ale ja was zaraz uzgodniË. Jakby mi was uzgodniÖ? No na przykład powiedzmy... Jakiś tam narodowy bank, podziemia... cement, beton, sygnalizacja... ten wysoki nabiera numer na sejfie, stalowa konstrukcja obraca siË, wejście do skarbca stoi otworem, obaj wchodzNo, wysoki nabiera numer na kolejnej tarczy, odsuwajNo siË drzwi sejfu i młody po łokieÖ zanurza siË w brylantach. Doktor R. Kwadryga nagle siË rozpłakał i złapał Wiktora za rËkË. - NocowaÖ - powiedział. - Do mnie. Co? Wiktor niezwłocznie nalał mu dżinu. R. Kwadryga wypił, otarł nos dłoniNo i kontynuował. - Do mnie. Willa. Fontanna. Co? - Fontanna - to nieńle pomyślane - zauważył wymijajNoco Wiktor. - A co jeszcze? - Piwnica - smutnie powiedział R. Kwadryga. - Ślady. BojË siË. Straszy. Sprzedam. Chcesz? - Lepiej podaruj - zaproponował Wiktor. R. Kwadryga zamrugał powiekami. f - Kiedy szkoda - powiedział. - Kutwa - powiedział Wiktor z wyrzutem. - Taki byłeś od dziecka. Willi mu szkoda! No to siË udław swojNo willNo. - Ty mnie nie kochasz - gorzko skonstatował doktor R. Kwadryga. - I nikt. - A pan prezydent? - agresywnie zapytał Wiktor. - "Prezydent - ojciec narodu" - ożywiajNoc siË powiedział R..Kwadryga. - Szkic w złotych ramach... "Prezydent na pozycjach". Fragment obrazu "Prezydent na ostrzeliwanych pozycjach". - I co jeszcze? - zainteresował siË Wiktor. - "Prezydent z płaszczem" - powiedział R. Kwadryga z gotowościNo. - Panneau. Panorama. Wiktor, znudzony, odkroił kawałek minogi i zaczNoł słuchaÖ Golema. - A wiËc Pawor - mŐwił Golem. - Niechże siË pan ode mnie odczepi. Co ja jeszcze mogË zrobiÖ? Sprawozdanie panu przedłożyłem. PaÓski raport gotŐw jestem podpisaÖ. Chce siË paÓ skarżyÖ na wojskowych - niech siË pan skarży. Chce siË pan skarżyÖ na mnie... - Wcale nie chcË siË na pana skarżyÖ - odpowiedział Pawor przyciskajNoc dłoÓ do piersi. - To niech siË pan nie skarży. - Ale proszË mi coś poradziÖ! Czy naprawdË nic mi pan nie może poradziÖ? - Panowie - powiedział Wiktor. - Co za nudy. Ja już sobie idË. Nikt nie zwrŐcił na niego uwagi. OdsunNoł krzesło, wstał i czujNoc, że jest już bardzo pijany, ruszył w kierunku baru. Łysy Teddy przecierał butelki i patrzył na Wiktora bez zainteresowania. - Jak zawsze? - zapytał. - Poczekaj - powiedział Wiktor. - O co to ja ciË chciałem zapytaÖ... Aha! Jak leci, Teddy? - Deszcz - krŐtko powiedział Teddy i nalał mu czystej. - PrzeklËta pogoda zrobiła siË w naszym mieście - powiedział Wiktor i oparł siË o ladË. - Jak na twoim barometrze? Teddy wsunNoł rËkË pod ladË i wyjNoł "pogodnik". Wszystkie trzy ciernie ściśle przylegały do błyszczNocego, jakby polakierowanego trzpienia. - Beznadziejnie - powiedział Teddy uważnie oglNodajNoc "pogodnik". - Diabelski wymysł. - NastËpnie dodał po chwili namysłu. - A w ogŐle, to jeden BŐg raczy wiedzieÖ, może on już dawno siË zaciNoł - ktŐry to już rok pada deszcz, jak go sprawdziÖ? - Można pojechaÖ na SaharË - zaproponował Wiktor. Teddy uśmiechnNoł siË. - Śmieszne - powiedział. - Ten wasz pan Fawor, śmieszna sprawa, proponuj e mi za tË sztuczkË dwieście koron. - Pewnie po pijaku - powiedział Wiktor - poco to jemu... - Tak mu właśnie powiedziałem. - Teddy obrŐcił "pogodnik" i podniŐsł go do prawego oka. - Nie oddam - oznajmił kategorycznie. - Niech sobie sam poszuka. - WsunNoł "pogodnik" pod ladË, popatrzył jak Wiktor obraca w palcach kieliszek i zawiadomił go. - Twoja Diana przyjeżdżała. - Dawno? - niedbale zapytał Wiktor. - Jakoś tak około piNotej. WziËła skrzynkË koniaku; Roscheper wciNoż bankietuje, nijak nie może przestaÖ. Goni personel po koniak, nalana morda. Poseł do parlamentu... Ty siË o niNo nie boisz? Wiktor wzruszył ramionami. Nagle zobaczył DianË obok siebie. Pojawiła siË przy barze w mokrym płaszczu deszczowym z odrzuconym kapturem, nie patrzyła w stronË Wiktora, widział tylko jej profil i myślał, że ze wszystkich kobiet, ktŐre znał do tej pory, ta jest najpiËkniejsza i że już nigdy wiËcej nie bËdzie takiej miał. Diana stała oparta o ladË baru i twarz miała bardzo bladNo i bardzo obojËtnNo i była najpiËkniejsza - wszystko w niej było piËkne. Zawsze. I kiedy płakała, i kiedy siË śmiała, kiedy siË złościła, kiedy było jej wszystko jedno, i nawet wtedy, kiedy marzła a już szczegŐlnie - kiedy na niNo nachodziło.. . Ale siË zalałem, pomyślał Wiktor i pewnie jedzie ode mnie co najmniej jak od R. Kwadrygi. WydNoł dolnNo wargË i chuchnNoł sobie pod nos. Nic nie poczuł. - Drogi sNo mokre, śliskie - mŐwił Teddy. - Mgła... A poza tym powiadam ci, ten Roscheper - to na pewno dziwkarz, stary cap. - Roscheper jest impotentem - powiedział Wiktor nTachinalnie przełykajNoc wŐdkË. - Ona ci tak powiedziała? - PrzestaÓ Teddy - powiedział Wiktor. - Odczep siË. Teddy popatrzył na niego uważnie, potem westchnNoł, odchrzNoknNoł, przysiadł na piËtach, poszukał czegoś pod ladNo i postawił przed Wiktorem buteleczkË z amoniakiem i napoczËtNo paczkË herbaty. Wiktor spojrzał na zegarek a potem przyglNodał siË, jak Teddy niespiesznie bierze czystNo szklankË, nalewa do niej sodowej, wpuszcza kilka kropli z buteleczki, wciNoż rŐwnie niespiesznie miesza szklanNo pałeczkNo. Potem podsunNoł szklankË Wiktorowi. Wiktor wypił, powstrzymał oddech i skrzywił siË. Ostro obrzydliwy i obrzydliwie ostry powiew amoniaku uderzył w mŐzg i rozlał siË gdzieś za gałkami oczu. Wiktor wciNognNoł nosem powietrze, ktŐre nagle stało siË zimne nie do zniesienia i zanurzył palce w paczce z herbatNo... - Dobra, Teddy - powiedział. - DziËkujË. Zapisz na mŐj rachunek co tam trzeba. Tamci powiedzNo co trzeba. IdË. Starannie przeżuwajNoc listki herbaty wrŐcił do swojego stolika. Młody mËżczyzna w okularach ze swoim długim wspŐłtowarzyszem spiesznie pochłaniali kolacjË. Stała przed nimi jedna jedyna butelka - z miejscowNo wodNo mineralnNo. Pawor i Golem zrobili sobie wolne miejsce na obrusie i grali w kości, a doktor R. Kwadryga objNoł rozczochranNo głowË rËkami i monotonnie mamrotał: "Legia Wolności opokNo prezydenta". Mozaika... "W szczËśliwym dniu imienin waszej ekscelencji"..., "Prezydent - ojcem naszych dzieci". Portret - alegoria... - IdË - powiedział Wiktor. - Szkoda - powiedział Golem. - Ale życzË szczËścia. - Pozdrowienia dla Roschepera - powiedział Pawor puszczajNoc perskie oko. - "Poseł do parlamentu Roscheper Nant" - ożywił siË R. Kwadryga. - Portret. Niedrogo. Do pasa. Wiktor wziNoł swojNo zapalniczkË, paczkË papierosŐw i poszedł do wyjścia. Za jego plecami doktor R. Kwadryga jasnym głosem, oświadczył: "Uważam panowie że czas, abyśmy siË poznali. Jestem Rem Kwadryga doktor honoris causa, ale na przykład pana sobie nie przypominam..." W drzwiach Wiktor zderzył siË z grubym trenerem drużyny piłki nożnej "Bracia w sapiencji". Trener był bardzo zatroskany, bardzo mokry i zszedł Wiktorowi z drogi. * Autobus zatrzymał siË i kierowca powiedział: - Jesteśmy na miejscu - Sanatorium? - zapytał Wiktor. Na zewnNotrz była mgła, gËsta jak mleko. Pochłaniała światło reflektorŐw i nic nie było widaÖ. - Sanatorium, sanatorium - wymruczał kierowca zapalajNoc papierosa. Wiktor podszedł pod drzwi i schodzNoc ze stopnia powiedział. - Co za mgła! NiÖ nie widzË. - Poradzi pan sobie - obojËtnie obiecał kierowca i splunNoł przez okno. - Też sobie znaleńli miejsce na sanatorium. W dzieÓ - mgła, wieczorem - mgła. . . - SzczËśliwej drogi - powiedział Wiktor. Kierowca nie odpowiedział. Silnik zawył i olbrzymi pusty autobus, cały przeszklony, oświetlony od środka jak zamkniËty na noc supermarket, zawrŐcił, od razu przemienił siË w plamË mËtnego światła i odjechał z powrotem do miasta. Wiktor z trudem przesuwajNoc dłoÓmi po siatce ogrodzenia znalazł bramË i na oślep ruszył alejNo. Teraz, kiedy jego oczy przywykły do ciemności, niezbyt wyrańnie widział przed sobNo oświetlone okna prawego skrzydła i jakNoś szczegŐlnie głËbokNo ciemnośÖ na miejscu lewego, gdzie spali teraz utrudzeni całym dniem na deszczu "Bracia w sapiencji". We mgle, jakby przez watË, przenikały normalne dńwiËki - grał adapter, brzËczały naczynia, ktoś ochryple wrzeszczał. Wiktor szedł, starajNoc siË trzymaÖ środka piaszczystej alejki, żeby nie wpaśÖ na jakNoś gipsowNo wazË. ButelkË z dżinem troskliwie tulił do piersi i był bardzo ostrożny, niemniej jednak potknNoł siË o coś miËkkiego i parË krokŐw przespacerował siË na czworakach. Za plecami ktoś ospale i sennie zaklNoł, że niby należałoby poświeciÖ. Wiktor wymacał w mroku upuszczonNo butelkË, znowu przytulił jNo do piersi i poszedł dalej wystawiajNoc przed siebie wolnNo rËkË... Po chwili zderzył siË z samochodem, po omacku ominNoł go i wpadł na nastËpny. Do diabła, tu jest całe stado samochodŐw. Wiktor przeklinajNoc błNokał siË wśrŐd nich jak w labiryncie i długo nie mŐgł dotrzeÖ do niewyrańnych świateł oznaczajNocych wejście do budynku. Gładkie boki samochodŐw były wilgotne od skroplonej mgły. Gdzieś obok ktoś chichotał i prŐbował siË wyrwaÖ. Tym razem w westybulu było pusto, nikt trzËsNoc tłustym zadem nie bawił siË w chowanego, ani w komŐrki do wynajËcia, nikt nie spał w fotelach. WszËdzie poniewierały siË stłamszone płaszcze, a jakiś dowcipniś powiesił kapelusz na fikusie. Wiktor czerwonym chodnikiem wszedł na pierwsze piËtro. Grzmiała muzyka. Po prawej stronie korytarza wszystkie drzwi do apartamentŐw posła do parlamentu były otwarte, dolatywały stamtNod tłuste zapachy jedzenia, - papierosŐw i zgrzanych ciał. Wiktor skrËcił w lewo, zapukał do pokoju Diany. Nikt siË nie odezwał. Drzwi były zamkniËte, klucz tkwił w zamku. Wiktor wszedł, zapalił światło i postawił butelkË na stoliku obok telefonu. Usłyszał czyjeś kroki, wyjrzał wiËc na korytarz. Długim i pewnym krokiem oddalał siË rosły mËżczyzna w czarnym, wieczorowym garniturze . Na podeście zatrzymał siË przed lustrem , uniŐsł głowË i poprawił krawat (Wiktor zdNożył zauważyÖ smagły, orli profil i ostry podbrŐdek), a potem zaszła w nim jakaś zmiana - przygarbił siË - jakby przekrzywił na bok i obrzydliwie krËcNoc biodrami znikł w jakichś otwartych drzwiach. Chłystek, niepewnie pomyślał Wiktor. Puszczał gdzieś pawia... Spojrzał w lewo. Tam było ciemno. ZdjNoł płaszcz, zamknNoł pokŐj i poszedł szukaÖ Diany. Trzeba bËdzie zajrzeÖ do Roschepera, pomyślał. Bo gdzie jeszcze ona może byÖ? Roscheper zajmował trzy sale. W pierwsze j, niedawno odbywało siË żarcie. Na stołach przykrytych za - świnionymi obrusami walały siË brudne talerze, popielniczki, butelki, pomiËte serwetki i nikogo nie było, jeśli nie liczyÖ samotnej, spoconej łysiny chrapiNocej w pŐłmisku z galaretNo. SNosiednia sala była tak zadymiona, że można było powiesiÖ siekierË. Na gigantycznym łożu Roschepera skakały pŐłnagie nietutejsze panienki. Grały w jakNoś dziwnNo grË z apoplektycznie purpurowym panem burmistrzem, ktŐry rył w nich jak świnia w żołËdziach i rŐwnież skakał chrzNokajNoc ze szczËścia. Byli także obecni: pan policmajster bez płaszcza, pan sËdzia grodzki, ktŐremu oczy wyłaziły z orbit na skutek nerwowej zadyszki i jakaś nieznajoma, ruchliwa osobistośÖ w liliowych barwach. Ta trŐjka z zapałem grała w dziecinny bilard stojNocy na toaletce, a w kNocie, oparty o ścianË, siedział szeroko rozstawiwszy nogi, przeobleczony w utytłany galowy mundur, dyrektor gimnazjum z kretyÓskim uśmiechem na wargach. Wiktor zamierzał już odejśÖ, kiedy ktoś złapał go za nogawkË spodni. Spojrzał w dŐł i odskoczył. Pod nim stał na czworakach poseł do parlamentu, kawaler orderŐw, autor słynnego projektu zarybienia Kitchiganskich zbiornikŐw wodnych Roscheper Nant. - ChcË siË bawiÖ w koniki - proszNoco zabeczał Roscheper. - Baw siË ze mnNo w koniki! I - ha! - najwyrańniej był niepoczytalny. Wiktor delikatnie siË uwolnił i zajrzał do ostatniej sali. I tam zobaczył DianË. W pierwszej chwili nie zrozumiał, że to Diana, a potem kwaśno pomyślał: bardzo przyjemnie! Było tu pełno ludzi, jacyś pobieżnie znajomi mËżczyńni i kobiety, wszyscy stali kołem i klaskali w dłonie, a w środku koła taÓczyła Diana z tym właśnie żŐłtym chłystkiem, właścicielem orlego profilu. Oczy jej płonËły, płonËły policzki, włosy powiewały nad ramionami i nawet diabeł nie był jej straszny. Orli profil bardzo starał siË byÖ na poziomie, dorŐwnaÖ. Dziwne, pomyślał Wiktor. O co chodzi?... Coś tu było nie tak. TaÓczy dobrze, no, po prostu wspaniale taÓczy. Jak nauczyciel taÓca. Nie taÓczy, ale pokazuje jak należy taÓczyÖ... Nawet nie jak nauczyciel, tylko jak uczeÓ na egzaminie. Strasznie zależy mu na piNotce... Nie, nie to. Słuchaj kochany, przecież ty taÓczysz z DianNo! Czy tego nie widzisz? Wiktor jak zwykle uruchomił wyobrańniË. Aktor taÓczy na scenie, wszystko dobrze, wszystko piËknie, wszystko idzie jak należy, nikt siË nie sypie, a w domu nieszczËście... nie, wcale niekoniecznie nieszczËście, zwyczajnie czekajNo na jego powrŐt, a on rŐwnież czeka, kiedy spadnie kurtyna i zgasnNo światła... i nawet wcale nie aktor, tylko postronny człowiek udajNocy aktora, ktŐry sam gra już bardzo postronnego człowieka... Czyżby Diana tego nie czuła? Przecież to fałsz. Manekin. Ani, odrobiny bliskości, ani krzty pokusy, ani cienia pożNodania... Coś do siebie mŐwiNo i nie sposŐb zrozumieÖ - co. Nie spocił siË pan? Tak, czytałem i to nawet dwa razy... I wtedy zobaczył, że Diana biegnie do niego roztrNocajNoc gości. - Chodń taÓczyÖ! - krzyczała z daleka. Ktoś zagrodził jej drogË, ktoś złapał za rËkaw, wyrwała siË śmiejNoc, a Wiktor wciNoż szukał oczami żŐłtoskŐrego, nie mŐgł znaleńÖ i czul nieprzyjemny niepokŐj. Diana podbiegła do niego, schwyciła za rËkaw i wciNognËła w koło. - Chodń, chodń! Tu sNo sami swoi - pijaczyny, łajdaczyny, sukinsyny... Pokaż im jak siË to robi! Ten smarkacz nic nie potrafi... WciNognËła go do środka, ktoś w tłumie wrzasnNoł "Niech żyje pisarz Baniew!". Adapter, ktŐry zamilkł na chwilË, znowu zagrzmiał i zaszczekał, Diana przywarła do Wiktora, potem odskoczyła, pachniało od niej perfumami i winem, była cała rozpalona i Wiktor nic już teraz nie widział - oprŐcz jej ożywionej prześlicznej twarzy i rozwianych włosŐw. - TaÓcz! - krzyknËła i zaczËła taÓczyÖ. - Zuch jesteś, że przyjechałeś. - Tak. Tak. - Po co jesteś trzeńwy? Zawsze jesteś trzeńwy, kiedy nie trzeba. - Jeszcze bËdË pijany. - Dzisiaj jesteś mi potrzebny pijany. - BËdË. - Żeby robiÖ z tobNo, co bËdË chciała. Nie ty ze mnNo, tylko ja z tobNo. - Tak. Śmiała siË zadowolona i oboje taÓczyli w milczeniu nic nie widzNoc i o niczym nie myślNoc. Jak we śnie,. Jak w czasie bitwy. Taka ona teraz była - jak sen, jak bitwa. Diana Na KtŐrNo Naszło... Dookoła klaskali w dłonie, coś pokrzykiwali, jeszcze ktoś prŐbował taÓczyÖ, Wiktor odepchnNoł go, żeby nie przeszkadzał, a Roscheper przeciNogle krzyczał "O mŐj biedny, pijany ludu!" - On jest impotentem? - Ja myślË. Przecież go kNopiË. - No i jak? - Absolutnie. - O mŐj biedny, pijany ludu! - jËczał Roscheper. - Chodńmy stNod - powiedział Wiktor. WziNoł jNo za rËkË i poprowadził. Pijaczyny i sukinsyny rozstËpowali siË przed nimi śmierdzNoc czosnkiem i spirytusem, a w drzwiach zagrodził im drogË wielkousty młokos o rumianych policzkach, powiedział coś chamskiego, świerzbiły go piËści, ale Wiktor powiedział mu "PŐńniej, pŐńniej" i młokos znikł. TrzymajNoc siË za rËce przebiegli pustym korytarzem, nastËpnie Wiktor nie wypuszczajNoc jej rËki otworzył drzwi, nie wypuszczajNoc jej rËki zamknNoł drzwi od środka i było gorNoco, zrobiło siË gorNoco nie do wytrzymania, duszno i pokŐj na poczNotku był wielki i przestronny, a potem stał siË wNoski i ciasny, wtedy Wiktor wstał i otworzył okno, czarne wilgotne powietrze obmyło jego pierś i ramiona. WrŐcił do łŐżka, namacał w ciemnościach butelkË z dżinem, napił siË i oddał jNo Dianie. Potem siË położył i znowu z lewej płynËło zimne powietrze, a z prawej było gorNoce, jedwabiste i czułe. Teraz słyszał, że pijaÓstwo trwa nadal - goście śpiewali chŐrem. - To na długo? - zapytał. - Co? - zapytała sennie Diana. - Długo oni bËdNo wyÖ? - Nie wiem. Co nas to obchodzi? - odwrŐciła siË na bok i przytuliła policzek do jego ramienia. - Zimno - poskarżyła siË. PokrËcili siË włażNoc pod kołdrË. - Nie śpij - powiedział Wiktor. - Aha - wymamrotała Diana. - Dobrze ci? - Aha. - A jeśli za ucho? - Aha... przestaÓ, boli. - Słuchaj, może mŐgłbym pomieszkaÖ tu przez tydzieÓ? - MŐgłbyś. - A gdzie? - Teraz chcË spaÖ. Daj pospaÖ biednej, pijanej kobiecie. Wiktor zamilkł i leżał bez ruchu. Diana już spała. Właśnie tak zrobiÖ, pomyślał. Tu bËdzie dobrze i spokojnie. Tylko nie wieczorem. A może i wieczorem. Nie bËdzie chyba chlał przez wszystkie wieczory, przecież musi siË leczyÖ... PobËdË tu ze trzy, cztery dni... piËÖ, sześÖ... i trzeba mniej piÖ, wcale nie piÖ i popracowaÖ... bardzo dawno nie pracowałem... Żeby zaczNoÖ pracowaÖ, trzeba zdrowo siË wynudziÖ, żeby już na nic poza tym nie - mieÖ ochoty... DrgnNoł, zasypiajNoc. A w sprawie Irmy... W sprawie Irmy napiszË do Roc-Tusowa, oto co zrobiË. Żeby tylko Roc-Tusow nie stchŐrzył, to tchŐrz. Jest mi winien dziewiËÖset koron... Kiedy mowa o panu prezydencie, wszystko to nie ma znaczenia, wszyscy stajemy siË tchŐrzami. Dlaczego tak siË boimy? Czego właściwie siË boimy? Boimy siË zmian. Nie bËdzie można iśÖ do knajpy dla pisarzy, żeby golnNoÖ kielicha... portier przestanie siË kłaniaÖ... w ogŐle nie bËdzie portiera, sam bËdziesz portierem. Kiepsko, jeśli do kopalni... to rzeczywiście kiepsko... Ale tak bywa bardzo rzadko, nie te czasy... obyczaje złagodniały... Sto razy o tym myślałem i sto razy dochodziłem do wniosku, że nie ma siË czego baÖ, a wszystko jedno siË bojË. Dlatego, że to chamska siła, pomyślał. To bardzo straszne, jeśli przeciwko tobie jest bezmyślna, świÓska, szczeciniasta siła nie poddajNoca siË niczemu, ani logice, ani emocjom... I Diany nie bËdzie... ZdrzemnNoł siË i znowu siË obudził, dlatego że pod otwartym oknem jacyś głośno rozmawiali i rżeli niczym zwierzËta. Zatrzeszczały krzaki. - Nie mogË ich sadzaÖ - powiedział pijany głos policmajstra - nie ma takiego prawa... - BËdzie - powiedział głos Roschepera. - Jestem posłem, czy nie? - A czy jest takie prawo, żeby tuż za miastem - rozsadnik zarazy? - zaryczał burmistrz. - BËdzie! - z uporem powiedział Roscheper. - Oni nie sNo zarańliwi - zabeczał falsetem dyrektor gimnazjum. - Mam na myśli, że w sensie medycznym... - Ej, gimnazjum - powiedział Roscheper - nie zapomnij sobie rozpiNoÖ. - A czy jest takie prawo, żeby rujnowaÖ uczciwych ludzi? - ryknNoł burmistrz. - Żeby rujnowaÖ, jest takie prawo? - A ja ci mŐwiË, że bËdzie! - powiedział Roscheper. - Jestem posłem, czy nie? Czym by tu w nich rzuciÖ? - pomyślał Wiktor. - Roscheper! - powiedział policmajster. - Jesteś moim przyjacielem? Ja ciË, draniu, na rËkach nosiłem. Ja ciË, draniu, wybierałem. A teraz te zarazy łażNo po mieście, a ja nic nie mogË. Prawa takiego nie ma, rozumiesz? - BËdzie - powiedział Roscheper. - Ja ci mŐwiË, że bËdzie. W zwiNozku z zatruciem atmosfery... - Moralnej! - wtrNocił dyrektor gimnazjum - moralnej i etycznej. - Co?... W zwiNozku mŐwiË... z zatruciem atmosfery i z powodu niedostatecznego obrybienia przylegajNocych zbiornikŐw wodnych... zarazË zlikwidowaÖ i zorganizowaÖ w odległym miejscu. Tak bËdzie dobrze? - Niechże ciË ucałujË - powiedział policmajster. - Zuch - powiedział burmistrz. - Masz łeb. ToijaciË... - Drobnostka - powiedział Roscheper. - Dlamnie to głupstwo... Zaśpiewamy? Nie, nie mam ochoty. Chodńmy, wypijemy jeszcze po kielonku. - Słusznie. Po kielonku - i do domu. Znowu zaszeleściły krzaki, Roscheper powiedział już gdzieś daleko "Ej, gimnazjum zapomniałeś sobie zapiNoÖ!" i pod oknem zapadła cisza. Wiktor znowu zadrzemał, obejrzał jakiś nieznaczNocy sen, a potem zadzwonił dzwonek telefonu. - Tak - powiedziała ochrypłe Diana. - Tak, to ja... - odkaszlnËła. - To nic, nic, słucham... Wszystko dobrze, moim zdaniem był zadowolony... Co? Rozmawiała leżNoc w poprzek klatki piersiowej Wiktora i nagle poczuł jak stËżało jej ciało. - Dziwne - powiedziała. - Dobrze, zaraz zobaczË... Tak... Dobrze, powiem mu. Odłożyła słuchawkË, przelazła przez Wiktora i zapaliła nocnNo lampkË. - Co siË stało? - sennie zapytał Wiktor. - Nic. Śpij, ja zaraz wrŐcË. Przez przymrużone powieki patrzył, jak zbiera rozrzuconNo bieliznË i jej twarz była taka poważna, że siË zaniepokoił. Szybko ubrała siË i wyszła, po drodze już obciNogajNoc sukienkË. Roscheper zasłabł, pomyślał nasłuchujNoc. Zachlał siË, stary baran. W ogromnym budynku było cicho i Wiktor wyrańnie słyszał kroki Diany na korytarzu, ale poszła nie na prawo jak oczekiwał, tylko na lewo. Potem skrzypnËły drzwi i kroki ucichły. OdwrŐcił siË na bok i sprŐbował z powrotem zasnNoÖ, ale sen nie przychodził. Zrozumiał, że czeka na DianË i nie zaśnie, pŐki ona nie wrŐci. Usiadł i zapalił. Guz na karku znowu zaczNoł pulsowaÖ i Wiktor siË skrzywił. Diana nie wracała. Nie wiadomo dlaczego przypomniał sobie tancerza z orlim profilem. A ten co mań tym wspŐlnego? - pomyślał Wiktor. Artysta, ktŐry gra innego artystË, ktŐry gra trzeciego. Aha, wiËc to o to chodzi, tamten wyszedł właśnie z lewej strony, stamtNod dokNod poszła Diana. Doszedł do podestu i przeistoczył siË w chłystka. Najpierw grał lwa salonowego, a potem zaczNoł graÖ nonszalanckiego dandysa... Wiktor znowu zaczNoł nadsłuchiwaÖ. ZdumiewajNoco cicho, wszyscy śpiNo... ktoś chrapie... Potem znowu skrzypnËły drzwi i zaczËły zbliżaÖ siË kroki. Weszła Diana i twarz miała nadal bardzo poważnNo. Nic siË nie skoÓczyło, przeciwnie. Diana podeszła do telefonu i wykrËciła numer. - Nie ma go - powiedziała. - Nie, nie, wyszedł... Ja też... - Nic nie szkodzi, co też pan. Dobrej nocy. Odłożyła słuchawkË, chwilË stała patrzNoc w ciemnośÖ za oknem a potem usiadła na łŐżku obok Wiktora. W rËku trzymała okrNogłNo latarkË. Wiktor zapalił papierosa i podał jej. Paliła w milczeniu myślNoc o czymś ze skupieniem, a potem zapytała. - Kiedy zasnNołeś? - Nie wiem, trudno powiedzieÖ. - Ale już pomnie? - Tak. OdwrŐciła siË do niego. - Nic nie słyszałeś? Jakiejś awantury, bŐjki? - Nie - powiedział Wiktor. - Moim zdaniem wszystko było bardzo spokojnie. Najpierw śpiewali, potem Roscheper z kumplami odlewał siË pod naszym oknem, a potem zasnNołem. ZresztNo zamierzali już jechaÖ do domŐw. Diana wyrzuciła papierosa za okno i wstała. - Ubieraj siË - powiedziała. Wiktor uśmiechnNoł siË i wyciNognNoł rËkË po slipy. Słucham i jestem posłuszny, pomyślał. To świetna rzecz - posłuszeÓstwo. Tylko nie trzeba o nic pytaÖ. Zapytał: - Pojedziemy, czy pŐjdziemy? - Co... Najpierw pŐjdziemy, a potem siË zobaczy. - Ktoś zginNoł? - Zdaje siË. - Roscheper? Nagle poczuł na sobie jej spojrzenie. Patrzyła na niego z powNotpiewaniem. TrochË już żałowała, że zabiera go ze sobNo. Pytała siebie - a kto to właściwie taki, żeby go ze sobNo zabieraÖ? - Jestem gotŐw - powiedział Wiktor. CiNogle jeszcze nie była pewna; w zadumie bawiła siË latarkNo. - No dobra... w takim razie chodńmy - powiedziała, nie ruszajNoc siË z miejsca. - Może oderwaÖ nogË od krzesła? - zaproponował Wiktor - albo powiedzmy od łŐżka... Diana ocknËła siË. - .Nie. Noga jest do niczego. - WysunËła szufladË biurka i wyjËła ogromny, czarny pistolet. - Masz - powiedziała. . Wiktor w pierwszej chwili przeraził siË, ale okazało siË, że to małokalibrowy sportowy pistolet i do tego bez magazynka. - Daj mi naboje - powiedział. Popatrzyła na niego nic nie rozumiejNoc, potem spojrzała na pistolet i powiedziała. - Nie. Naboje nie bËdNo ci potrzebne. Idziemy. Wiktor wzruszył ramionami i wsunNoł pistolet do kieszeni. Zeszli do westybulu i wyszli przed dom. Mgła zrzedła, siNopił wNotły deszczyk. SamochodŐw przed domem nie było. Diana skrËciła w alejkË miËdzy krzakami i zaświeciła latarkNo. Idiotyczna sytuacja, pomyślał Wiktor. Okropnie chciałbym zapytaÖ, o co chodzi, a zapytaÖ nie wolno. Dobrze byłoby wymyśleÖ jak zapytaÖ. Jakoś tak podchwytliwie. Nie zapytaÖ - tylko ot tak sobie rzuciÖ uwagË z pytaniem w podtekście. Może trzeba bËdzie siË biÖ? Nie chce mi siË. Dzisiaj mi siË nie chce. WalnË kolbNo. Od razu miËdzy oczy... a jak tam mŐj guz? Guz był na miejscu i pobolewał. Dziwne jednakże sNo obowiNozki siostry miłosierdzia w tym sanatorium... A przecież zawsze uważałem, że Diana to kobieta tajemnicza. Od pierwszego spojrzenia i przez wszystkie piËÖ dni... Co za wilgoÖ, trzeba było sobie golnNoÖ przed wyjściem. Jak tylko wrŐcË, zaraz sobie golnË.."Dobry jestem, pomyślał. Żadnych pytaÓ. Słucham i jestem posłuszny. Obeszli skrzydło budynku, przedarli siË przez krzaki bzu i znaleńli siË przed ogrodzeniem. Diana poświeciła. Jednego żelaznego prËta w ogrodzeniu brakowało. - Wiktor - powiedziała niegłośno Diana. - Teraz pŐjdziemy ścieżkNo. Ty bËdziesz szedł z tyłu. Patrz pod nogi i ani kroku na bok. Zrozumiałeś? - Zrozumiałem - pokornie powiedział Wiktor. - Krok w lewo, krok w prawo - strzelam. Diana przelazła pierwsza i poświeciła Wiktorowi. Potem bardzo wolno szli pod gŐrË. To było wschodnie zbocze wzgŐrza, na ktŐrym stało sanatorium. WokŐł szumiały pod deszczem niewidzialne drzewa. Raz Diana siË poślizgnËła i Wiktor ledwie zdNożył złapaÖ jNo za ramiona. Niecierpliwie wyrwała siË i szła dalej. Co chwila powtarzała: "Patrz pod nogi... Trzymaj siË za mnNo". Wiktor posłusznie patrzył w dŐł na nogi Diany migajNoce w niepewnym, jasnym krËgu. PoczNotkowo wciNoż oczekiwał ciosu w potylicË, prosto w guz, albo czegoś w tym rodzaju, ale potem zdecydował - raczej nie. Nic do niczego nie pasowało. Po prostu, najpewniej zwiał jakiś świr - na przykład Roscheper dostał delirium tremens i trzeba go bËdzie doprowadziÖ z powrotem, terroryzujNoc nie nabitym pistoletem... Diana nagle przystanËła i coś powiedziała, ale jej słowa nie dotarły do świadomości Wiktora, ponieważ nieomal w tej samej sekundzie zobaczył obok ścieżki czyjeś błyszczNoce oczy, nieruchome, ogromne, patrzNoce uważnie spod mokrego, wypukłego czoła - tylko czoło i oczy, i nic wiËcej, ani warg, ani nosa, ani ciała - nic. Wilgotna mokra ciemnośÖ i w krËgu światła - błyszczNoce oczy i nienaturalnie białe czoło. - Ścierwa - powiedziała Diana ściśniËtym głosem. - Wiedziałam. ZezwierzËcone ścierwa. Padła na kolana, promieÓ latarki ześlizgnNoł siË wzdłuż czarnego ciała i Wiktor zobaczył jakieś lśniNoce pŐłkoliste żelazo, łaÓcuch w trawie, a Diana rozkazała "Szybciej Wiktor", a on przysiadł obok niej na piËty i dopiero wtedy zrozumiał, że to potrzask, a w potrzasku - noga człowieka. OburNocz wczepił siË w żelazne szczËki, sprŐbował rozerwaÖ je, poddały siË ledwie, ledwie i znowu zatrzasnËły. "Idiota! - krzyknËła Diana. - Pistoletem!" ZacisnNoł zËby, złapał wygodniej, napiNoł muskuły tak, że zachrzËściło i szczËki siË rozwarły. "WyciNogaj" - powiedział ochryple. Noga znikła, żelazne pŐłkola znowu siË zwarły i zacisnËły mu palce. "Potrzymaj latarkË" - powiedziała Diana. "Nie mogË - odpowiedział. - Złapałem siË. Wyjmij z kieszeni pistolet..." Diana zaklËła, wsadziła mu rËkË do kieszeni. Wiktor znowu otworzył potrzask, Diana wstawiła kolbË pistoletu miËdzy szczËki i wtedy siË uwolnił. - Potrzymaj latarkË - powtŐrzyła Diana - a ja zobaczË co z nogNo. - KośÖ jest zgruchotana - powiedział z ciemności napiËty głos. - Zanieście mnie do sanatorium i wezwijcie samochŐd. - Słusznie - powiedziała Diana. - Wiktor, daj mi latarkË i podnieś go. Poświeciła. Człowiek siedział na tym samym miejscu oparty o pieÓ drzewa. DolnNo połowË jego twarzy zasłaniała czarna przepaska. Okularnik, pomyślał Wiktor. Mokrzak. SkNod on siË tutaj wziNoł? - Bierz go - niecierpliwie powiedziała Diana. - Na plecy. - Zaraz - odpowiedział. Przypomniał sobie żŐłte krËgi wokŐł oczu. ŻołNodek podszedł mu do gardła. - Zaraz... - przysiadł obok mokrzaka i odwrŐcił siË do niego plecami - proszË mnie objNoÖ za szyjË - powiedział. Mokrzak okazał siË chudy i lekki. Nie ruszał siË i nawet można było sNodziÖ, że nie oddycha. Nie jËczał, kiedy Wiktor siË poślizgnNoł, ale za każdym razem jego ciałem wstrzNosał skurcz. Ścieżka była znacznie bardziej stroma niż Wiktor przypuszczał i kiedy dotarli do ogrodzenia był nieńle zasapany. Trudno było przecisnNoÖ mokrzaka przez dziurË w ogrodzeniu, ale ostatecznie i z tym dali sobie radË. - DokNod go teraz? - zapytał Wiktor, kiedy podeszli do wejścia. - Na razie do holu - odpowiedziała Diana. - Nie trzeba - tym samym pełnym wysiłku głosem powiedział mokrzak. - Zostawcie mnie tutaj. - Przecież pada deszcz - zdziwił siË Wiktor. - Niech pan tyle nie gada - powiedział mokrzak. - ZostajË tutaj. Wiktor zmilczał i zaczai wchodziÖ po stopniach. - Zostaw go - po wiedział a Diana. Wiktor zatrzymał siË. - Co do diabła - powiedział - przecież pada deszcz. - Niech pan siË nie wygłupia - powiedział mokrzak. - ProszË mnie... zostawiÖ tu... Wiktor bez słowa, przeskakujNoc przez trzy stopnie, podszedł do drzwi i wszedł do holu. - Kretyn - cicho powiedział mokrzak i głowa opadła mu na ramiË Wiktora. - Bałwan - powiedziała Diana doganiajNoc Wiktora i łapiNoc go za rËkaw. - Zabijesz go, idioto! Natychmiast wynieś go i połŐż na deszczu! Natychmiast, słyszysz? No, czego stoisz? . - Wszyscyście tu powariowali - z gniewnym zdumieniem powiedział Wiktor. ZawrŐcił, kopnNoł drzwi nogNo i wyszedł przed dom. Deszcz jakby tylko na to czekał. Dopiero co siNopił leniwie, a teraz nagle lunNoł jak z cebra. Mokrzak jËknNoł cichutko, podniŐsł głowË i nagle zaczNoł szybko, szybko oddychaÖ jak po biegu. Wiktor wciNoż jeszcze zwlekał, instynktownie rozglNodajNoc siË w poszukiwaniu jakiejś osłony. - Niech mnie pan położy - powiedział mokrzak. - W kałużË? - gorzko i jadowicie zapytał Wiktor. - To bez znaczenia... niech pan kładzie. Wiktor ostrożnie położył go na ceramiczne kafelki przed wejściem, a mokrzak od razu wyciNognNoł siË i rozkrzyżował rËce. Jego prawa noga była nienaturalnie wykrËcona, ogonfne czoło w świetle nocnej lampy wydawało siË sinawobiałe. Wiktor usiadł obok na schodku. Miał ogromnNo ochotË wrŐciÖ do holu, ale to było niemożliwe - zostawiÖ rannego na deszczu, a Samemu schroniÖ siË w cieple. Ile razy nazwano mnie dzisiaj głupcem? - pomyślał, ocierajNoc twarz dłoniNo. Oj. dużo razy. I zdaje siË, jest w tym trochË prawdy, ponieważ głupiec, czyli bałwan, a także kretyn i tak dalej, to ignorant upierajNocy siË przy swojej ignorancji. A przecież, jak Boga kocham, jest mu lepiej na deszczu! Nawet oczy otworzył i wcale nie sNo takie straszne... Mokrzak, pomyślał. Tak, właściwie raczej mokrzak niż okularnik. Ale jak też trafił w ten potrzask? Spotykam dzisiaj drugiego mokrzaka i obaj majNo kłopoty. Oni majNo kłopoty, i ja mam przez nich kłopoty... W holu Diana rozmawiała przez telefon. Wiktor przysłuchał siË: - Noga!... Tak, zgruchotane kości... Dobrze... W porzNodku... Jak najszybciej, czekamy. Przez szklane drzwi Wiktor zobaczył, że odwiesiła słuchawkË i pobiegła schodami na gŐrË. ZaczËły siË jakieś nieprzyjemności z mokrzakami w naszym mieście. Coś siË wokŐł nich dzieje. Jakby nagle zaczËli wszystkim przeszkadzaÖ, nawet dyrektorowi gimnazjum. Nawet Loli, przypomniał sobie nagle. Zdaje siË, że też coś o nich wspomniała... Spojrzał na mokrzaka. Mokrzak patrzył na niego. - Jak pan siË czuje? - zapytał Wiktor. Mokrzak milczał. - Może panu czegoś trzeba? - zapytał Wiktor podnoszNoc głos. - TrochË dżinu? - Niech pan siË nie drze - powiedział mokrzak. - SłyszË. - Boli? - zapytał Wiktor wspŐłczujNoco. - A jak pan myśli? WyjNotkowo nieprzyjemny człowiek, pomyślał Wiktor. ZresztNo BŐg z nim - widzË go po raz pierwszy i ostatni. A teraz go boli... - To nic... - rzekł. - Jeszcze tylko kilka minut. Zaraz po pana przyjadNo. Mokrzak nic nie odpowiedział, jego czoło pokryły bruzdy, przymknNoł oczy. Przypominał teraz trupa - płaski, nieruchomy pod ulewnym deszczem. Wybiegła Diana z lekarskNo walizeczkNo, przysiadła obok i zaczËła coś robiÖ z poharatanNo nogNo. Mokrzak cicho krzyknNoł, ale Diana nie mŐwiła uspokajajNocych słŐw jak zwykle w takich wypadkach lekarze. "PomŐc ci?" - zapytał Wiktor. Diana nie odpowiedziała. Wstał, wtedy Diana nie unoszNoc głowy powiedziała: "Poczekaj, nie odchodń". - Nigdzie nie idË - odparł Wiktor. Patrzył jak zrËcznie zakłada szynË. - BËdziesz jeszcze potrzebny - powiedziała Diana. - Nigdzie nie idË, - powtŐrzył Wiktor. Potem gdzieś za zasłonNo deszczu zawarczał silnik, błysnËły reflektory. Wiktor zobaczył jeepa, ktŐry ostrożnie skrËcał w bramË. Jeep podjechał do wejścia i niezgrabnie wyładował siË z niego Jul Golem w swoim niezgrabnym płaszczu. Wszedł po schodkach, pochylił siË nad mokrzakiem i wziNoł go za rËkË. Mokrzak powiedział głucho: - Żadnych zastrzykŐw. - Dobra - powiedział Golem i spojrzał na Wiktora. - Niech go pan podniesie. Wiktor wziNoł mokrzaka na rËce i zaniŐsł go do jeepa. Golem wyprzedził go, otworzył drzwi i wsiadł do środka. - Niech pan go daj e tutaj - powiedział z ciemności. - Nie, nogami do przodu... Śmielej... PrzytrzymaÖ za ramiona... Sapał i krzNotał siË w samochodzie. Mokrzak znowu krzyknNoł i Golem powiedział coś niezrozumiałego, coś w rodzaju "SześÖ kNotŐw na szyi..." Potem zatrzasnNoł drzwi i siadajNoc przy kierownicy, zapytał DianË: - Dzwoniłaś do nich? - Nie - powiedziała Diana. - ZadzwoniÖ? - Teraz już nie warto - powiedział Golem - bo inaczej wszystko zatuszujNo. Do widzenia. Jeep ruszył, objechał klomb i odjechał alejNo. - No, to idziemy - powiedziała Diana. - Płyniemy - poprawił jNo Wiktor. Teraz, kiedy wszystko siË skoÓczyło, nie czuł nic oprŐcz irytacji. W holu Diana wziËła go pod rËkË. - To nic - powiedziała - zaraz przebierzesz siË w suche ubranie, strzelisz sobie kielicha i wszystko bËdzie dobrze. - Jestem przemoczony jak pies - gniewnie poskarżył siË Wiktor. - A poza tym, może wreszcie wytłumaczysz mi, co siË tu stało? Diana westchnËła ze znużeniem. - Nic szczegŐlnego siË nie stało. Nie trzeba było zapominaÖ latarki. - A te potrzaski na drodze - to u was na porzNodku dziennym? - Burmistrz je stawia, kanalia... Weszli na pierwsze piËtro i szli teraz korytarzem. - Zwariował? - zapytał Wiktor. - To przecież kryminalna sprawa. Czy może naprawdË oszalał? - Nie. To zwykła kanalia i nienawidzi mokrzakŐw. Jak zresztNo całe miasto. - To już zauważyłem. My ich też nie lubimy, ale potrzaski... A co im mokrzaki zrobiły? - Przecież trzeba kogoś nienawidziÖ - powiedziała Diana. - W jednych miejscach nienawidzNo ŻydŐw, gdzie indziej - MurzynŐw, a u nas - mokrzakŐw. Zatrzymali siË przed drzwiami, Diana przekrËciła klucz, weszła i zapaliła światło. - Poczekaj - powiedział Wiktor rozglNodajNoc siË. - Gdzieś ty mnie przyprowadziła? - To laboratorium - odpowiedziała Diana. - Ja zaraz... Wiktor został w drzwiach i patrzył jak Diana chodzi po ogromnym pokoju i zamyka okna. Pod oknami ciemniały kałuże. - A co on tam robił w nocy? - zapytał Wiktor. - Gdzie? - zapytała Diana nie odwracajNoc siË. - Na ścieżce... Przecież wiedziałaś, że on tu jest? - No, bo wiesz - powiedziała - w leprozorium jest nie najlepiej z lekarstwami. Czasami przychodzNo ,do nas i proszNo... ZamknËła ostatnie okno, przespacerowała siË po laboratorium oglNodajNoc stoły zastawione aparaturNo, chemicznymi kolbami i retortami. - Wszystko to jest obrzydliwe - powiedział Wiktor. - Co to za kraj! Gdzie siË człowiek ruszy - wszËdzie jakieś świÓstwa... Chodńmy, bo zmarzłem. - Zaraz - powiedziała Diana. ZdjËła ze stołu jakieś ciemne mËskie ubranie i potrzNosnËła nim. Był to ciemny, wieczorowy garnitur. Starannie powiesiła go w szafie na ubrania robocze. SkNod tu garnitur? - pomyślał Wiktor. I do tego taki znajomy garnitur... - No tak - powiedziała Diana - ty jak chcesz, ale ja zaraz włażË do gorNocej wanny. - Posłuchaj Diano - powiedział ostrożnie Wiktor. - Kto to był ten... z takim nosem... żŐłty na twarzy? Z ktŐrym taÓczyłaś... Diana wziËła go za rËkË. - Widzisz - odpowiedziała po chwili milczenia - to mŐj mNoż, ...MŐj były mNoż. * Dawno nie widziałem pana w mieście - powiedział Pawor zakatarzonym głosem. Nie tak znowu dawno - powiedział Wiktor - wszystkiego dwa dni temu. Można siË do was przysiNośÖ, czy wolicie byÖ sami? - .zapytał Pawor. - Niech pan siada - powiedziała uprzejmie Diana. Pawor usiadł naprzeciw niej i krzyknNoł: "Kelner, podwŐjny koniak!" Zmierzchało siË, portier zaciNogał story na oknach. Wiktor zapalił stojNocNo lampË. - Jestem zachwycony pani wyglNodem - Pawor zwrŐcił siË do Diany - żyÖ w takim klimacie i zachowaÖ tak wspaniałNo cerË... - kichnNoł. - Przepraszam. Te deszcze mnie wykoÓcza... - Jak siË pracuje? - zapytał Wiktora. - Kiepsko. Nie mogË pracowaÖ, kiedy jest pochmurno - wciNoż mam ochotË czegoś siË napiÖ. - Co za skandal wywołał pan u policmajstra? - zapytał Pawor. - A tam, głupstwo - odpowiedział Wiktor. - Szukałem sprawiedliwości. - Ale co siË stało? - Ten bydlak burmistrz zastawia potrzaski na mokrzakŐw. Jeden siË złapał, zmiażdżyło mu nogË. Zabrałem ten potrzask, poszedłem na policjË i zażNodałem dochodzenia. - Tak - powiedział Pawor. - I co dalej? - W tym mieście sNo dziwne prawa. Ponieważ nie było wniosku poszkodowanego, uważa siË, że nie było także przestËpstwa, tylko nieszczËśliwy wypadek, ktŐremu nikt nie jest winien z wyjNotkiem poszkodowanego. Powiedziałem policmajstrowi, że przyjmË to do wiadomości i wtedy on oznajmił mi, że jest to grońba i na tym siË rozstaliśmy. t - A gdzie to siË stało? - zapytał Pawor. - Niedaleko sanatorium. - Niedaleko sanatorium? Czego szukał mokrzak koło sanatorium? - To nikogo nie powinno obchodziÖ - ostro powiedziała Diana. - Oczywiście - odparł Pawor. - Ja siË tylko zdziwiłem - skrzywił siË, zmrużył oczy i dńwiËcznie kichnNoł. - O do diabła - rzekł. - Przepraszam. Wsadził rËkË do kieszeni i wyciNognNoł ogromnNo chustkË do nosa. Coś z hałasem upadk) na podłogË. Wiktor nachylił siË. To był kastet. Wiktor podniŐsł go i podał Faworowi. - I po co pan to nosi przy sobie? - zapytał. Pawor z twarzNo ukrytNo w chustce do nosa patrzył na kastet zaczerwienionymi oczami. - To wszystko przez pana - powiedział zduszonym głosem i wydmuchał nos. - To pan mnie przestraszył swojNo opowieściNo... A tak przy okazji, ludzie powiadajNo, że grasuje tu jakaś miejscowa banda. Ni to bandyci, ni to chuligani. A ja, wie pan, nie lubiË, kiedy mnie bijNo. - A czËsto pana bijNo? - zapytała Diana. Wiktor spojrzał na niNo. Siedziała w fotelu założywszy nogË na nogË i paliła papierosa nie patrzNoc na nikogo. Biedny Pawor, pomyślał Wiktor. Zaraz coś usłyszy... WyciNognNoł rËkË i obciNognNoł spŐdnicË na jej kolanach. - Mnie? - zapytał Pawor. - Czyżbym wyglNodał na człowieka, ktŐrego czËsto bijNo? To trzeba poprawiÖ. Kelner, jeszcze raz podwŐjny koniak! Tak, a wiËc nastËpnego dnia poszedłem do warsztatu ślusarskiego i raz dwa zrobili mi tË zabawkË... - z zadowoleniem obejrzał kastet. - Niezła rzecz, nawet Golemowi siË spodobała... - Nadal nie wpuszczajNo pana do leprozorium? - zapytał Wiktor. - Nie. Nie wpuszczajNo i jak należy sNodziÖ, nie wpuszczNo. W każdym razie już w to nie wierzË. Napisałem skargi do trzech departamentŐw, a teraz siedzË i piszË sprawozdanie. Na jakNo sumË leprozorium otrzymało w minionym roku kalesony. Oddzielnie dla kobiet, oddzielnie dla mËżczyzn. Diabelnie pasjonujNoce. - Niech pan napisze, że im brakuje lekarstw - poradził Wiktor. Pawor ze zdziwieniem uniŐsł brwi, a Diana powiedziała leniwie. - Lepiej niech pan zostawi tË swojNo pisaninË i zamiast tego napije siË grzanego wina i położy do łŐżka. - Zrozumiałem aluzjË - powiedział Pawor z westchnieniem. - Trzeba bËdzie iśÖ... Czy pan wie, w ktŐrym numerze mieszkam? - zapytał Wiktora. - Wpadłby pan kiedyś. - W dwieście dwudziestym trzecim - powiedział Wiktor. - Z całNo pewnościNo. - Do widzenia - powiedział Pawor wstajNoc. - ŻyczË przyjemnego wieczoru. Oboje patrzyli jak podszedł do baru, wziNoł butelkË czerwonego wina i skierował siË do wyjścia. - Masz za długi jËzyk - powiedziała Diana. - Tak - zgodził siË Wiktor. - Moja wina. Rozumiesz, on mi siË w jakiś sposŐb podoba. - A mnie nie - powiedziała Diana. - I doktorowi R. Kwadrydze - też nie. Ciekawe dlaczego? - Ma wstrËtny pysk - odpowiedziała Diana. - Blond bestia. Znam ten gatunek. Prawdziwi mËżczyńni. Bez czci i wiary. Atamani głupcŐw. - Masz ci los - zdziwił siË Wiktor. - A ja myślałem, że tacy mËżczyńni powinni ci siË podobaÖ. - Teraz już nie ma mËżczyzn - zaprzeczyła Diana. - Teraz sNo albo faszyści, albo baby. - A ja? - zapytał Wiktor z zaciekawieniem. - Ty? Ty za bardzo lubisz marynowane minogi. I jednocześnie - sprawiedliwośÖ. - Racja. Ale moim zdaniem to całkiem nieńle. - Nie najgorzej. Ale gdybyś musiał wybieraÖ, wybrałbyś minogi, a to już niedobrze. PoszczËściło ci siË, że masz talent. - Coś ty dzisiaj taka zła? - zapytał Wiktor. - A ja w ogŐle jestem zła. Ty masz talent, a ja - złośÖ. Jeżeli tobie odebraÖ talent, a mnie złośÖ to pozostanNo dwa kopulujNoce ze sobNo zera. - Zero zeru nierŐwne - zauważył Wiktor. - Ty nawet jako zero wyglNodałabyś nieńle - przystojne, świetnie zbudowane zero. A poza tym, gdyby ci odebraÖ twojNo złośÖ, staniesz siË dobra, co w koÓcu też nie jest najgorsze... - Jeśli odebraÖ mi złośÖ, to stanË siË meduzNo. Żebym stała siË dobra, należałoby zastNopiÖ złośÖ dobrociNo. - Zabawne - powiedział Wiktor - przeważnie kobiety nie lubiNo dyskutowaÖ. Ale kiedy już zaczynajNo, stajNo siË zdumiewajNoco kategoryczne. SkNod ci siË właściwie wziËło, że jesteś wyłNocznie zła i ani trochË dobra. Tak nigdy nie jest. Masz w sobie dobroÖ, tylko że jej nie widaÖ spoza złości. W każdym człowieku jest wszystkiego po trochu, a życie z tej mieszaniny wyciska na wierzch to albo tamto... Na salË wtoczyło siË towarzystwo młodych ludzi jod razu zrobiło siË głośniej. Młodzi ludzie zachowywali siË dośÖ swobodnie - nawymyślali kelnerowi, pogonili go po piwo, sami obsiedli stolik w odległym kNocie, zaczËli głośno rozmawiaÖ i śmiaÖ siË na całe gardło. Ogromny drab o grubych wargach i rumianych policzkach pstrykajNoc palcami skierował siË tanecznym krokiem do baru. Teddy coś mu podał i drab odstawiajNoc mały palec ujNoł dwoma palcami kieliszek, odwrŐcił siË plecami do lady, oparł siË o niNo łokciami, skrzyżował nogi i zwyciËsko rozejrzał siË po pustej sali. "Witam DianË! - wrzasnNoł. - Co słychaÖ?" Diana uśmiechnËła siË do niego obojËtnie. - Co to za cudo? - zapytał Wiktor. - Niejaki Flamen Juventa - odpowiedziała Dina. - Bratanek policmajstra. - Gdzieś go już widziałem - powiedział Wiktor. - Do diabła z nim - niecierpliwie powiedziała Diana. - Wszyscy ludzie to meduzy i niczego w nich takiego nie ma. Z rzadka trafiajNo siË prawdziwi, tacy ktŐrzy majNo coś własnego - dobroÖ, talent, złośÖ... ale jeśli im to zabraÖ, nic z nich nie pozostanie, zostanNo meduzami jak wszyscy. Ty, mam wrażenie wyobraziłeś sobie, że podoba mi siË twoje umiłowanie minŐg i sprawiedliwości? Zawracanie głowy! Masz talent, masz swoje ksiNożki, masz sławË, ale jeśli chodzi o resztË, to jesteś taki sam jaskiniowy niedorajda jak wszyscy. - To, co teraz mŐwisz - oznajmił Wiktor - jest tak bardzo niesłuszne, że nawet nie czujË siË urażony. Ale mŐw dalej, bardzo interesujNoco zmienia ci siË wyraz twarzy, kiedy mŐwisz - zapalił papierosa i podał jej. - MŐw dalej. - Meduzy - powiedziała Diana gorzko. - Oślizgłe, głupie meduzy. KotłujNo siË, pełzajNo, strzelajNo, same nie wiedzNo czego chcNo, nic nie umiejNo, niczego naprawdË nie kochajNo... jak robaki w wychodku... - To nieprzyzwoite - powiedział Wiktor. Obraz niewNotpliwie jest wypukły, ale zdecydowanie nieprzyzwoity. I w ogŐle to sNo banały, Diano, moja najmilsza, nie jesteś myślicielem. W ubiegłym wieku, gdzieś na prowincji może by to nieńle wyglNodało... w każdym razie towarzystwo byłoby rozkosznie zaszokowane, a bladzi młodzieÓcy o gorejNocych oczach łaziliby za tobNo jak psy. Ale dzisiaj to sNo rzeczy oczywiste. Dzisiaj wszyscy wiedzNo, czym jest człowiek. Co z tym człowiekiem robiÖ - oto na czym polega problem. ZresztNo też przewałkowany do znudzenia. - A co robiNo z meduzami? - Kto? Meduzy? - My. - O ile wiem - nic. Zdaje siË, że robiNo z nich konserwy. - No i bardzo dobrze - powiedziała Diana. - Czy ty coś zdziałałeś przez ten czas? - No a jak! Napisałem potwornie wzruszajNocy list do swojego przyjaciela Roc-Tusowa. Jeśli po tym liście nie załatwi pensji dla Irmy, to znaczy, że jestem już do niczego! - I to wszystko? - Tak - powiedział Wiktor. - CałNo resztË wyrzuciłem. - O Boże - powiedziała Diana. - A ja opiekowałam siË tobNo, starałam siË nie przeszkadzaÖ, odganiałam Roschepera... - KNopałaś mnie w wannie - przypomniał Wiktor. - KNopałam w wannie, poiłam kawNo... - Poczekaj - powiedział Wiktor - ale przecież ja też kNopałem ciË w wannie... - Wszystko jedno. - Jak to wszystko jedno? Myślisz, że łatwo pracowaÖ, kiedy siË ciebie kNopie w wannie? Opisałem sześÖ wariantŐw tego procesu, wszystkie sNo do niczego. - Daj przeczytaÖ. - Tylko dla mËżczyzn - powiedział Wiktor. - Poza tym wyrzuciłem je, czy ci nie powiedziałem? I w ogŐle było w nich tak mało patriotyzmu i świadomości narodowej, że tak czy inaczej nikomu nie można byłoby ich pokazaÖ. - Powiedz, jak ty to robisz - najpierw piszesz, a dopiero potem wstawiasz świadomośÖ narodowNo? - Nie - odpowiedział Wiktor. - Na poczNotek nasiNokam świadomościNo narodowNo do głËbi duszy: czytam przemŐwienie pana prezydenta, wykuwam na pamiËÖ eposy bohaterskie, uczËszczam na zebrania patriotyczne. Potem, kiedy zaczynam rzygaÖ - kiedy już mnie nie mdli, tylko rzygam - biorË siË do dzieła... Wiesz, porozmawiajmy lepiej o czymś innym. Na przykład o tym, co bËdziemy robili jutro. - Jutro masz spotkanie z gimnazjalistami. - To pŐjdzie szybko. A potem? Diana nie odpowiedziała. Patrzyła na niego. Wiktor odwrŐcił siË. Zbliżał siË do nich mokrzak - w całej swojej krasie - czarny, mokry, z przepaskNo na twarzy. - DzieÓ dobry - przywitał siË z DianNo. - Golem jeszcze nie wrŐcił? Twarz Diany wstrzNosnËła Wiktorem. Jak na starym obrazie. Nawet nie na portrecie - na ikonie. Dziwna nieruchomośÖ rysŐw, i już nie wiesz - czy to zamysł mistrza czy bezradnośÖ rzezimieszka. Diana nie odpowiedziała. Milczała i mokrzak rŐwnież patrzył na niNo w milczeniu, i nie było w tym milczeniu żadnej niezrËczności - oni po prostu byli razem, a Wiktor i wszyscy pozostali byli oddzielnie. Wiktorowi bardzo siË to nie podobało. - Golem zapewne zaraz przyjdzie - powiedział głośno. - Tak - powiedziała Diana. - ProszË, niech pan usiNodzie i zaczeka. Jej głos był zwyczajny i uśmiechała siË do mokrzaka obojËtnym uśmiechem. Wszystko było jak zwykle - Wiktor był z DianNo, a wszyscy pozostali byli osobno. - ProszË - wesoło powiedział Wiktor wskazujNoc na fotel doktora R. Kwadrygi. Mokrzak usiadł, położył na kolanach obie dłonie w czarnych rËkawiczkach. Wiktor nalał mu koniaku. Mokrzak wprawnym i niedbałym gestem wziNoł kieliszek, zakołysał nim jakby sprawdzajNoc wagË i odstawił na stŐł. - Mam nadziejË, że pani nie zapomniała? - powiedział do Diany. - Tak - powiedziała Diana. - Tak. Zaraz przyniosË. Wiktorze, daj mi klucz do pokoju, za chwilË wrŐcË. WziËła klucz i szybko poszła do wyjścia. Wiktor zapalił papierosa. Co z tobNo przyjacielu, powiedział do siebie. Jakoś za dużo ci siË zwiduje w ostatnich czasach. Jakiś taki przeczulony siË zrobiłeś i nadwrażliwy... Zazdrosny. I niepotrzebnie. Ciebie to w ogŐle nie dotyczy - ci wszyscy byli mËżowie, te wszystkie dziwne znajomości... Diana - to Diana, a ty - to ty. Roscheper jest impotentem? Impotentem. I to ci powinno wystarczyÖ... Wiedział, że to wszystko nie jest takie proste, że już połknNoł truciznË, ale powiedział sobie - wystarczy. Na dzisiaj, na teraz, na chwilË - i udało mu siË przekonaÖ siebie, że naprawdË wystarczy. Naprzeciw siedział mokrzak nieruchomy i straszny jak manekin. CiNognËło od niego wilgociNo i jeszcze czymś jakby medycznym. Czy mogłem sobie wyobraziÖ, że bËdË kiedyś siedział z mokrzakiem w knajpie przy jednym stoliku? Jednak postËp, chłopcy, nastËpuje powoli. Albo też my staliśmy siË tacy wszystko - żerni i wreszcie do nas dotarło, że wszyscy ludzie sNo braÖmi? Ludzkości, moja przyjaciŐłko, jestem z ciebie dumny... A czy pan, mŐj drogi, wydałby swojNo cŐrkË za mokrzaka?... - Nazywam siË Baniew - przedstawił siË Wiktor i zapytał. - Jak zdrowie tego... rannego? Tego, ktŐry wpadł w potrzask? Mokrzak szybko odwrŐcił ku niemu twarz. Patrzy jak z okopu, pomyślał Wiktor. - ZadowalajNoco - odpowiedział sucho mokrzak. - Na jego miejscu zawiadomiłbym policjË. - To nie ma sensu - powiedział mokrzak. - A dlaczego? - zapytał Wiktor. - Niekoniecznie musi zgłaszaÖ na miejscowej policji, można zwrŐciÖ siË do okrËgowej... - Nam to niepotrzebne. Wiktor wzruszył ramionami. - Każde przestËpstwo, ktŐre pozostaje bezkarne, rodzi nowe przestËpstwo. - Tak. Ale nas to nie interesuje. Przez chwilË obaj milczeli. Potem mokrzak powiedział: - Moje nazwisko - Zurtzmansor. - Słynne nazwisko - uprzejmie powiedział Wiktor. - Czy nie jest pan krewnym Pawła Zurtzmansora, tego socjologa? Mokrzak zmrużył oczy. - Nie nosimy nawet tego samego nazwiska - powiedział. - Powiedziano mi, Baniew, że jutro ma pan spotkanie w gimnazjum... Wiktor nie zdNożył odpowiedzieÖ. Za jego plecami ktoś przesunNoł fotel i dziarski baryton powiedział: - Ano, zjeżdżaj stNod zarazo! Wiktor odwrŐcił siË. Wznosił siË nad nim grubowargi Flamenco Juventa, czy jak mu tam, słowem - bratanek. Wiktor patrzył na niego dłużej niż sekundË, ale to wystarczyło, żeby poczuł wyjNotkowNo irytacjË. - Do kogo pan mŐwi, młody człowieku? - zainteresował siË. - Do paÓskiego przyjaciela - grzecznie wyjaśnił mu Flamenco Juventa i ponownie wrzasnNoł. - Do kogo mŐwiË, ty mokra szmato! - ChwileczkË - powiedział Wiktor i wstał. Flamenco Juventa z uśmieszkiem patrzył na niego z gŐry. Taki młody Goliat w sportowej kurtce błyskajNocej niezliczonymi emblematami, nasz prosty, ojczysty sturmfuerer, opoka narodu z gumowNo pałkNo w tylnej kieszeni spodni, postrach prawicowcŐw, lewicowcŐw i umiarkowanych. Wiktor siËgnNoł rËkNo do jego krawata i zapytał z troskNo i zainteresowaniem "Co pan tu ma?". I kiedy młody Goliat automatycznie pochylił głowË, żeby zobaczyÖ co tam ma, Wiktor mocno złapał go za nos dużym i wskazujNocym palcem. "E!" - krzyknNoł młody Goliat kompletnie oszołomiony i sprŐbował siË wyrwaÖ, ale Wiktor go nie wypuścił i przez jakiś czas bardzo starannie, z lodowatNo zawziËtościNo zakrËcał i obracał ten bezczelny, mocny nos przygadujNoc "NastËpnym razem zachowuj siË przyzwoicie, szczeniaku, bratanku, parszywy bojŐwkarzu, chamski sukinsynu..." Pozycja była wyjNotkowo korzystna - młody Goliat rozpaczliwie wierzgał, ale miËdzy nimi stał fotel i młody Goliat piËściami ubijał powietrze, za to Wiktor miał dłuższe rËce i ciNogle wykrËcał, rozgniatał, obracał i wyciNogał do chwili, kiedy nad głowNo przeleciała mu butelka. Wtedy obejrzał siË - odsuwajNoc stoliki i przewracajNoc fotele pËdziła na niego cała piËcioosobowa banda, dwŐch w niej było wyjNotkowo rosłych. Na mgnienie oka wszystko zastygło jak na fotografii - czarny Zurtzmansor spokojnie rozwalony w fotelu, Teddy w powietrzu - przeskakujNocy przez ladË baru, Diana z białym pakunkiem na środku sali - a na drugim planie w drzwiach straszliwa, wNosata twarz portiera, i tuż obok wściekłe pyski z rozwartymi paszczËkami. NastËpnie skoÓczyła siË fotografia i zaczËło siË kino. . . Pierwszego dryblasa Wiktor nadzwyczaj fartownie powalił ciosem w policzek. Ten przepadł i przez jakiś czas siË nie pojawił. Ale drugi dryblas trafił Wiktora w ucho. Ktoś inny uderzył go kantem dłoni w policzek - chybił, widocznie celował w gardło. A jeszcze ktoś - wyzwolony Goliat? - skoczył mu na plecy. To były brutalne uliczne łobuzy, opoka narodu - tylko jeden z nich znał boks, a pozostali chcieli nie : tyle walczyÖ, ile okaleczyÖ - wyłupiÖ oko, rozerwaÖ usta, kopnNoÖ w pachwinË. Gdyby Wiktor nie był sam, na pewno by go zmasakrowali, ale od tyłu zaatakował ich Teddy, ktŐry świËcie przestrzegał złotej zasady wszystkich wikidajłŐw - tłumiÖ każdNo bŐjkË w zarodku, z flanki zaś pojawiła siË Diana, Diana Wścieklica, z zËbami wyszczerzonymi z nienawiści, niepodobna do siebie, już bez białego pakunku, tylko z ciËżkim oplatanym gNosiorem w rËku, nadciNognNoł też portier - niemłody już mËżczyzna, ale sNodzNoc po metodach walki, były żołnierz - walczył pËkiem kluczy, jakby to był pas z bagnetem w pochwie. Kiedy wiËc z kuchni przybiegło dwŐch kelnerŐw, nie mieli już nic do roboty. Bratanek zwiał, nawet zapomniał na stoliku swŐj tranzystor. Jeden z chłopaczkŐw leżał pod stołem - był to ten, ktŐrego Diana powaliła oplecionym gNosiorem, pozostałych zaś czterech Wiktor z Teddym dosłownie wynieśli na piËściach z sali, przepËdzili przez hol i kopniakami wbili w drzwi obrotowe. Z rozpËdu sami też wylecieli na ulicË i dopiero tam, na deszczu uświadomili sobie całkowite zwyciËstwo i trochË siË uspokoili. - Parszywi smarkacze - powiedział Teddy, zapalajNoc jednocześnie dwa papierosy, dla siebie i dla Wiktora. - Przyzwyczaili siË, co czwartek rozrŐba. Zeszłym razem zagapiłem siË i połamali dwa fotele. A kto potem płaci? Ja! Wiktor macał puchnNoce ucho. - Bratanek uciekł - powiedział z żalem. - Nie dobrałem siË do niego, niestety. - To dobrze - powiedział rzeczowo Teddy. - Od niego lepiej siË trzymaÖ z daleka. Jego stryjek jest sam wiesz kim, zresztNo i on sam... Opoka Ojczyzny i PorzNodku, czy jak tam oni siË nazywajNo... A ty, panie pisarzu, jak widzË nauczyłeś siË biÖ. PamiËtam kiedyś byłeś taki smarkacz, słaby jak mucha - bywało przyłożNo ci - a ty pod stŐł. Zuch. - Taki mam zawŐd - westchnNoł Wiktor. - Produkt walki o byt. U nas przecież tak jest - wszyscy na jednego. A pan prezydent - za wszystkich. - I dochodzi do mordobicia? - prostodusznie zdziwił siË Teddy. - No a jak myślisz! NapiszNo na ciebie pochwalny artykuł, że jesteś przepełniony świadomościNo narodowNo, idziesz szukaÖ krytyka, a on już w towarzystwie - wszyscy młodzi, silni i dziarscy, dzieci prezydenta... - Coś podobnego - powiedział Teddy. - I co dalej? - RŐżnie. Bywa i tak, i nie tak. Pod wejście podjechał jeep, drzwi siË otworzyły i na deszcz wysiadł młody człowiek w okularach i z teczkNo oraz jego wysoki wspŐłtowarzysz. Zza kierownicy wygrzebał siË Golem. Wysoki z intensywnym, można powiedzieÖ zawodowym zainteresowaniem patrzył, jak portier wykopuje przez obrotowe drzwi ostatniego awanturnika, ktŐry jeszcze nie całkiem przyszedł do siebie. "Szkoda, że tego z nami nie było - szeptem powiedział Teddy wskazujNoc oczami na wysokiego. - To jest specjalista z klasNo! Nie to, co ty. Zawodowiec, rozumiesz? "Rozumiem" - rŐwnież szeptem odpowiedział Wiktor. Młody człowiek z teczkNo oraz wysoki kłusem przebiegli obok i dali nura w drzwi. Golem w pierwszej chwili ruszył za nimi niespiesznie, już z daleka uśmiechajNoc siË do Wiktora, ale zastNopił mu drogË pan Zurtzmansor z białNo paczkNo pod pachNo. Powiedział coś pŐłgłosem, a wtedy Golem przestał siË uśmiechaÖ i wrŐcił do samochodu. Zurtzmansor wgramolił siË na tylne siedzenie i jeep odjechał. - Ech - powiedział Teddy - biliśmy nie tych co trzeba, panie Baniew. Ludzie za niego krew przelewajNo, a ten wsiada do cudzego samochodu i odjeżdża. - Chyba nie masz racji - powiedział Wiktor. - Chory, nieszczËśliwy człowiek, dzisiaj on, jutro ty. My z tobNo zaraz pŐjdziemy siË napiÖ, a jego zawieńli do leprozorium. - Dobrze wiem, gdzie go zawieziono! - nieubłaganie powiedział Teddy. - Nic nie rozumiesz z naszego życia, pisarzu. - Oderwałem siË od narodu? - Od narodu, nie od narodu, ale życia nie znasz. Pomieszkaj no u nas - ktŐry to już rok tylko deszcze i deszcze, na polach wszystko wygniło, z dzieÖmi nie można dojśÖ do ładu... ZresztNo, co tu gadaÖ - w całym mieście nie ma ani jednego kota, myszy niedługo nas zagryzNo... E - ech! - powiedział i machnNoł rËkNo. - No, to chodńmy. WrŐcili do holu i Teddy zapytał portiera, ktŐry już wrŐcił na swŐj posterunek: - No i jak? Dużo połamali? - E, nie - odpowiedział portier. - Można powiedzieÖ, że wyszliśmy bez szwanku. JednNo lampË pokaleczyli, ścianË uświnili, ale pieniNodze to ja temu... ostatniemu odebrałem, masz, weń. Teddy skierował siË do restauracji liczNoc po drodze pieniNodze. Wiktor poszedł za nim. Na sali znowu zapanował spokŐj. Młody mËżczyzna w okularach i wysoki już nudzili siË nad butelkNo mineralnej, przeżuwajNoc melancholijnie firmowNo kolacjË. Diana siedziała na dawnym miejscu, prześliczna, ogromnie ożywiona i nawet uśmiechała siË do siedzNocego już w swoim fotelu doktora R. Kwadrygi, ktŐrego zwykle nie tolerowała. Przed R. KwadrygNo stała butelka rumu, ale doktor był jeszcze trzeńwy i dlatego wyglNodał, dziwnie. - GratulujË! - ponuro przywitał Wiktora. - ŻałujË, że nie byłem obecny, choÖby jako szeregowiec. Wiktor opadł n& fotel. - Jakie piËkne ucho - powiedział R. KwadrygNo. - Gdzieś ty takie dostał? Jak koguci grzebieÓ. - Koriiak! - zażNodał Wiktor. Diana nalała mu koniaku. - Jej i tylko jej zawdziËczani WiktoriË swNo - powiedział wskazujNoc na DianË. - Zapłaciłaś za gNosior? - GNosior wcale siË nie stłukł - powiedziała Diana. - Za kogo ty mnie bierzesz? Ach, jak on upadł! MŐj Boże, jak on cudownie siË zwalił! Żeby oni tak wszyscy.... - Zaczynamy - ponuro powiedział R. KwadrygNo i nalał sobie pełnNo szklankË rumu. - Potoczył siË jak manekin - powiedziała Diana. - Jak krËgle. Wiktor, wszystko masz w porzNodku? Widziałam jak ciË kopali. - To, co najważniejsze - w porzNodku - powiedział Wiktor. - Specjalnie broniłem. Doktor R. KwadrygNo z .bulgotem wyssał ze szklanki ostatnie krople rumu, dokładnie tak, jak zlew kuchenny wysysa resztki wody po myciu naczyÓ. Oczy mu z miejsca zmËtniały. - My siË znamy - spiesznie powiedział Wiktor. - Ty jesteś doktor Rem KwadrygNo, a ja - pisarz Banie w. - PrzestaÓ - powiedział R. KwadrygNo. - Jestem absolutnie trzeńwy. Ale siË spijË. To jedyne, czego jestem teraz pewny. Nie uwierzycie mi, ale przyjechałem tu pŐł roku temu jako zupełnie niepijNocy człowiek. Mam chorNo wNotrobË, katar kiszek i jeszcze coś tam z żołNodkiem. Absolutnie nie wolno mi piÖ, a pijË przez dwadzieścia cztery godziny na dobË... Jestem kompletnie nikomu niepotrzebny. Nigdy w życiu coś takiego mi siË nie wydarzyło. Nawet listŐw nie dostajË, dlatego że starzy przyjaciele siedzNo bez prawa korespondencji, a nowi sNo niepiśmienni... - Nie chcË słyszeÖ żadnych tajemnic paÓstwowych - powiedział Wiktor. - Jestem nieprawomyślny. R. KwadrygNo znowu napełnił szklankË i zaczNoł popijaÖ rum małymi łykami jak wystygłNo herbatË. - Tak prËdzej podziała - oznajmił. - PrŐbuj, Baniew. Przyda siË... I nie ma co siË na mnie gapiÖ! - znienacka powiedział do Diany z wściekłościNo. - ProszË nie ujawniaÖ swoich uczuÖ! A jeżeli siË wam nie podoba... - Cicho, cicho - powiedział Wiktor i R. KwadrygNo skisł. - Oni ni cholery mnie nie rozumiejNo - powiedział żałośnie. - Nikt. Tylko ty mnie troszeczkË rozumiesz. Zawsze mnie rozumiałeś. Tyle, że jesteś bardzo ordynarny, Baniew, i zawsze raniłeś moje uczucia. Cały jestem poraniony... Oni teraz bojNo siË urnie zjeżdżaÖ, teraz tylko mnie chwalNo. Jak mnie jakieś ścierwo pochwali - rana. NastËpne ścierwo pochwali - nastËpna rana. Ale teraz już to wszystko jest za mnNo. Oni jeszcze nie wiedzNo... Słuchaj, Baniew! Masz takNo wspaniałNo dziewczynË... ProszË ciË... Poproś jNo, żeby przyszła do mojego studia... Ależ nie, idioto! Modelka! Ty nic nie rozumiesz, a ja takiej modelki szukam już dziesiËÖ lat... - Portret - alegoria - wyjaśnił Dianie Wiktor. - "Prezydent i Wiecznie Młody NarŐd". - DureÓ - smutnie powiedział doktor R. Kwadryga. - Wszyscy myślicie, że siË sprzedałem... No i słusznie, tak było! Ale ja już wiËcej nie malujË prezydentŐw... Autoportret! Rozumiesz? - Nie - przyznał siË Wiktor - nie rozumiem. Chcesz malowaÖ autoportret z DianNo jako modelkNo? - DureÓ - powiedział R. Kwadryga. - To bËdzie twarz artysty. - MŐj tyłek - wyjaśniła Diana Wiktorowi. - Twarz artysty! - powtŐrzył R. Kwadryga. - Przecież ty też jesteś artystNo... I wszyscy, ktŐrzy siedzNo bez prawa korespondencji... i wszyscy, ktŐrzy mieszkajNo w moim domu... to znaczy nie mieszkajNo... Ty wiesz, Baniew, ja siË bojË. Przecież ciË prosiłem - przyjdń, pomieszkaj u mnie chociaż trochË. Mam willË, fontannË... A ogrodnik uciekł. TchŐrz... Nie mogË sam tam mieszkaÖ, lepiej w hotelu... Myślisz, że pijË, bo siË sprzedałem? Zawracanie głowy, to nie nowomodna powieśÖ... Pomieszkasz u mnie trochË i sam siË zorientujesz.. Może nawet rozpoznasz ich. Możliwe, że to w ogŐle nie sNo moi znajomi, tylko twoi. Wtedy zrozumiałbym, dlaczego oni mnie nie poznajNo... ChodzNo na bosaka... śmiejNo siË... - nagle jego oczy napełniły siË łzami. - Panowie! - powiedział. - Co za szczËście, że nie ma z nami tego Pawora! Wasze zdrowie. - I twoje - powiedział Wiktor i wymienił spojrzenia z DianNo. Diana patrzyła na R. KwadrygË z odrazNo i lËkiem. - Nikt tu nie lubi Pawora - powiedział. - Tylko ja jeden, nieszczËsny odmieniec. - StojNoca woda - oświadczył R. Kwadryga. - I skaczNoca żaba. Gaduła. Zawsze milczy. - Po prostu on już jest gotŐw - powiedział Wiktor do Diany. - Nic strasznego... - Panowie! - powiedział doktor R. Kwadryga. - Szanowna pani! Uważam za swŐj obowiNozek przedstawiÖ siË! Rem Kwadryga, doktor honoris causa... Wiktor przyszedł do gimnazjum na pŐł godziny przed wyznaczonym czasem, ale Bol-Kunac już na niego czekał. ZresztNo był on chłopcem taktownym, poinformował wiËc Wiktora, że spotkanie odbËdzie siË w auli i poszedł sobie powołujNoc siË na jakieś nie cierpiNoce zwłoki sprawy... Zostawszy sam, Wiktor powËdrował korytarzami, zaglNodajNoc do pustych klas, wdychał zapomniany zapach atramentu, kredy, wiecznie wiszNocego w powietrzu kurzu, zapachy bŐjek "do pierwszej krwi", wyniszczajNocych przesłuchaÓ przy tablicy, zapachy wiËzienia, bezprawia, kłamstwa podniesionego do rangi przykazania. WciNoż miał nadziejË wywołaÖ w pamiËci jakieś słodkie wspomnienia dzieciÓstwa i młodości, rycerstwa, koleżeÓstwa, pierwszej czystej miłości, ale nic z tego nie wychodziło, chociaż tak bardzo siË starał, gotŐw rozczuliÖ siË przy pierwszej stosownej okazji. Wszystko tu było jak dawniej - i jasne, zatËchłe klasy, podrapane tablice, ławki pociËte zamalowanymi monogramami a także apokryficznymi sentencjami o żonie, prawej rËce i ściany jak w kazamatach pomalowane do połowy wysokości wesołNo, zielonNo farbNo i tynk obtłuczony na krawËdziach ścian - wszystko było jak dawniej, znienawidzone, ohydne, budziło wściekłośÖ i beznadziejnośÖ. Znalazł swojNo klasË, chociaż nie od razu. Znalazł swoje miejsce przy oknie, ale ławka była inna, tylko na parapecie ciNogle jeszcze było widaÖ głËboko wyciËty emblemat Legii Wolności i Wiktor bardzo wyrańnie przypomniał sobie odurzajNocy entuzjazm tamtych czasŐw, czerwono - białe opaski, blaszane skarbonki na "fundusz Legii", krwawe bŐjki z czerwonymi i portrety we wszystkich gazetach, we wszystkich podrËcznikach, na wszystkich murach - twarz, ktŐra wtedy wydawała siË piËkna i niezwykła, a teraz stała siË tËpa, obwisła, podobna do świÓskiego ryja z ogromnNo, zËbatNo, bryzgajNocNo ślinNo paszczNo. Tacy młodzi, tacy bezbarwni, tacy jednakowi... I głupi. A ta głupota teraz już nie cieszy, nie cieszysz siË, że zmNodrzałeś, czujesz tylko palNocy wstyd za siebie, za tamtego, bezbarwnego, rzeczowego żŐłtodzioba, ktŐry wyobrażał sobie, że jest niezastNopiony, nietuzinkowy i niezwykły... I jeszcze wstydliwe dziecinne pragnienia, paniczny strach przed dziewczynNo, o ktŐrej już tyle naopowiadałem, że już w żaden sposŐb nie mogłem siË wycofaÖ, a nastËpnego dnia - dziki gniew ojca, płonNoce uszy, i to wszystko nazywa siË najszczËśliwszym czasem - bezbarwnośÖ i pragnienia, entuzjazm. Kiepska sprawa, pomyślał. Ą jeżeli nagle, za piËtnaście lat okaże siË, że ja dzisiejszy, jestem rŐwnie przeciËtny i zniewolony jak w dzieciÓstwie, może nawet bardziej, ponieważ teraz uważam siË za dorosłego, ktŐry wie dostatecznie dużo i wystarczajNoco dużo przeżył wiËc ma prawo do zadowolenia z siebie i osNodzania innych. SkromnośÖ i tylko skromnośÖ do pokory włNocznie... i tylko prawda, nigdy nie okłamuj, przynajmniej samego siebie, ale to okropne - byÖ pokornym, kiedy dookoła tylu idiotŐw, rozpustnikŐw, interesownych kłamcŐw, kiedy nawet najlepsi też sNo splamieni niczym trËdowaci... Czy chcesz znowu byÖ młodym? Nie. A czy chcesz pożyÖ jeszcze z piËtnaście lat? Tak. Ponieważ życie jest dobrem samym w sobie. Nawet kiedy otrzymujesz cios za ciosem. Żeby tylko można było oddaÖ uderzenie... No dobra, wystarczy. Trzymajmy siË tego, że prawdziwe życie jest sposobem istnienia pozwalajNocym oddawaÖ ciosy, A teraz pŐjdziemy i zobaczymy, co z nich wyrosło... Na sali było dosyÖ dużo dzieci i panował normalny hałas, ktŐry ucichł, kiedy Bol-Kunac wprowadził Wiktora na scenË i usadowił pod ogromnym portretem prezydenta - darem doktora R. Kwadrygi - za stołem przykrytym czerwono - białym obrusem. Potem Bol-Kunac wyszedł na brzeg sceny i powiedział: - Dziś bËdzie z nami rozmawiaÖ znany pisarz Wiktor Baniew, ktŐry urodził siË w naszym mieście. - OdwrŐcił siË do Wiktora. - Jak pan woli, panie Baniew, żeby pytania zadawano z miejsca, czy na kartkach? - Wszystko mi jedno - powiedział Wiktor lekkomyślnie. - Żeby tylko było ich dużo. - W takim razie, proszË. Bol-Kunac zeskoczył ze sceny i usiadł w pierwszym rzËdzie. Wiktor poskrobał brew oglNodajNoc salË. Było ich około piËÖdziesiËciu - dziewczNot i chłopcŐw w wieku od dziesiËciu do czternastu lat - patrzyli na niego spokojnie i wyczekujNoco. Zdaje siË, że tu sNo same wunderkindy, pomyślał mimochodem. W drugim rzËdzie z prawej zauważył IrmË i uśmiechnNoł siË do niej. Irma odpowiedziała uśmiechem. - Uczyłem siË w tym samym gimnazjum - zaczai Wiktor - i na tej samej scenie wypadło mi kiedyś graÖ Ozryka. Roli nie umiałem, wiËc musiałem jNo wymyśliÖ w trakcie przedstawienia. To był pierwszy wypadek w moim życiu, kiedy musiałem wymyśliÖ coś nie pod grońbNo dwŐjki. Podobno teraz trudniej siË uczyÖ niż w moich czasach. Podobno macie teraz nowe przedmioty i to, co my przerabialiśmy w trzy lata, musicie przerabiaÖ w ciNogu roku. A wy zapewne nawet nie zauważacie, że jest wam trudniej. Uczeni przypuszczajNo, że ludzki mŐzg jest w stanie pomieściÖ znacznie wiËcej informacji, niż to siË wydaje na pierwszy rzut oka przeciËtnemu człowiekowi. Trzeba tylko umieÖ te informacje wtłoczyÖ... - Aha, pomyślał, zaraz im opowiem o hypnopedii. Ale w tym momencie Bol-Kunac przekazał mu karteczkË: Prosimy nie opowiadaÖ nam o osiNogniËciach nauki. ProszË rozmawiaÖ z nami jak z rŐwnymi. Walerians kl. 6 - Tak - powiedział Wiktor. - Tu niejaki Walerians z szŐstej klasy proponuje mi, żebym rozmawiał z wami jak z rŐwnymi, i ostrzega mnie przed referowaniem wam osiNogniËÖ nauki... MuszË siË przyznaÖ, Walerians, że istotnie zamierzałem porozmawiaÖ z wami o osiNogniËciach hypnopedii. Jednakże chËtnie zrezygnujË ze swojego zamierzenia, chociaż uważam za swŐj obowiNozek poinformowaÖ ciË, że wiËkszośÖ rŐwnych mi, dorosłych ludzi ma nadzwyczaj umiarkowane wyobrażenie o hypnopedii. - Poczuł, że jest mu niewygodnie mŐwiÖ na siedzNoco, wstał i przespacerował siË po scenie. - MuszË siË wam zwierzyÖ, moi drodzy, że niespecjalnie lubiË spotkania z czytelnikami. Z reguły nie sposŐb zrozumieÖ, z jakim czytelnikiem ma siË do czynienia, czego on chce od ciebie i co go właściwie interesuje. Dlatego każde swoje wystNopienia staram siË zmieniÖ w wieczŐr pytaÓ i odpowiedzi. Czasami wychodzi dosyÖ zabawnie. Wiecie co, może na poczNotek ja zacznË zadawaÖ pytania. A wiËc... Czy wszyscy obecni czytali moje ksiNożki? - Tak - rozległy siË dzieciËce głosy. - Czytaliśmy... Wszyscy... - Świetnie - powiedział Wiktor zakłopotany. - Jestem mile zaskoczony i nieco zdumiony. No dobrze, jedńmy dalej... Czy zebrani życzNo sobie usłyszeÖ historiË napisania jakiejś mojej powieści? NastNopiło niedługie milczenie, nastËpnie ze środka sali wstał chudy, pryszczaty chłopiec, rzekł: "Nie" i usiadł. - To świetnie - stwierdził Wiktor. - Tym bardziej świetnie, że wbrew szeroko rozpowszechnionym poglNodom w takich historiach nie ma na ogŐł nic ciekawego. Idńmy jeszcze dalej... Czy szanowni słuchacze życzNo sobie usłyszeÖ o moich planach twŐrczych? Bol-Kunac wstał i oznajmił grzecznie: - Widzi pan, panie Baniew, problemy zwiNozane bezpośrednio z technikNo paÓskiej twŐrczości lepiej byłoby przedyskutowaÖ pod koniec rozmowy, kiedy ogŐlny obraz bËdzie bardziej jasny. Usiadł. Wiktor wsadził rËce w kieszenie i znowu przespacerował siË po estradzie. Robiło siË interesujNoco, a w każdym razie niecodziennie. - A może interesujNo was anegdoty literackie? - zapytał podstËpnie. - Jak polowałem z Hemingway - em. Jak Erenburg podarował mi rosyjski samowar. Albo, co też mi powiedział Zurtzmansor, kiedy razem jechaliśmy tramwajem... - NaprawdË znał pan Zurtzmansora? - padło pytanie z sali. - Nie, to był żart - powiedział Wiktor. - Co wiËc bËdzie z literackimi anegdotami? - Czy można zadaÖ pytanie? - rzekł, unoszNoc siË z miejsca pryszczaty chłopiec. - Tak, oczywiście. - Jakimi chciałby pan nas widzieÖ w przyszłości? Bez pryszczy, przeleciało przez głowË Wiktorowi, ale odgonił tË myśl, ponieważ zrozumiał - robi siË gorNoco. Pytanie było dobre. Bardzo bym chciał, żeby ktokolwiek mi powiedział, jak chcË widzieÖ siebie w terańniejszości, pomyślał. Jednak trzeba było odpowiadaÖ. - Żebyście byli mNodrzy - powiedział na chybił trafił. - Uczciwi. Dobrzy. Chciałbym, żebyście lubili swojNo pracË... i pracowali tylko dla szczËścia innych ludzi... (TrujË, pomyślał. Ale jak tu nie truÖ?) Mniej wiËcej tak... Sala cichutko zaszumiała, potem ktoś zapytał nie wstajNoc z miejsca: - Czy rzeczywiście pan uważa, że żołnierz jest ważniejszy od fizyka? - Ja?! - oburzył siË Wiktor. - Tak zrozumiałem paÓskNo ksiNożkË "NieszczËście przychodzi nocNo". - Był to jasnowłosy skrzat, mniej wiËcej dziesiËcioletni. Wiktor odchrzNoknNoł. "NieszczËście" mogło byÖ dobrNo ksiNożkNo, mogło byÖ złNo ksiNożkNo, ale w żadnym przypadku nie mogło byÖ ksiNożkNo dla dzieci. Do takiego stopnia nie była ksiNożkNo dla dzieci, że nie zdołał jej zrozumieÖ ani jeden krytyk: wszyscy uznali, że jest to pornograficzne, deprawatorskie czytadło obrażajNoce świadomośÖ narodowNo. A co najstraszniejsze, jasnowłosy skrzat miał pewne podstawy przypuszczaÖ, że autor "NieszczËścia" uważa żołnierza za ważniejszego od fizyka - w każdym razie w niektŐrych aspektach. - Chodzi o to - powiedział Wiktor sugestywnie - że... jak by ci tu powiedzieÖ... RŐżnie bywa, - Wcale nie mam na myśli fizjologii - zaprotestował jasnowłosy skrzat. - MŐwiË o ogŐlnej koncepcji ksiNożki, byÖ może "ważniejszy" nie jest odpowiednim słowem... - Ja też nie mam na myśli fizjologii - odparł Wiktor. - ChcË powiedzieÖ, że bywajNo sytuacje, w ktŐrych poziom erudycji nie ma znaczenia. Bol-Kunac przyjNoł z sali i przekazał dwie karteczki. Czy człowiek, ktŐry pracuje dla wojny może siË uważaÖ za uczciwego? i Co to takiego człowiek mNodry? Wiktor zaczNoł od drugiego pytania, było łatwiejsze. - MNodry człowiek - rzekł - to taki człowiek, ktŐry uświadamia sobie własnNo niedoskonałośÖ, ograniczonośÖ swojej wiedzy, stara siË je uzupełniÖ i osiNoga w tej dziedzinie sukces... Zgadzacie siË ze mnNo? - Nie - powiedziała prześliczna dziewczynka wstajNoc. - A o co chodzi? - PaÓska definicja jest niefunkcjonalna. Każdy głupiec wykorzystujNoc tË definicjË może uważaÖ siË za mNodrego. SzczegŐlnie, jeżeli utwierdza go w tym otoczenie. Tak, pomyślał Wiktor. OgarnËła go lekka panika. To zupełnie nie pogawËdka z kolegami pisarzami. - W jakimś sensie masz racjË - powiedział. - Ale chodzi o to, że w ogŐle "mNodry" i "głupi" - to pojËcia historyczne i chyba raczej subiektywne. - To znaczy, że pan sam nie podejmuje siË odrŐżniÖ głupca od człowieka mNodrego? - zapytało z tylnych rzËdŐw prześliczne stworzenie o przepiËknych, biblijnych oczach, ogolone na zero. - Nie, dlaczego - odpowiedział Wiktor. - PodejmujË siË. Ale nie jestem pewien, czy zawsze siË ze mnNo zgodzicie. Jest taki stary aforyzm - głupiec, to ten, ktŐry myśli inaczej... - zwykle to porzekadło wywoływało śmiech słuchaczy, ale teraz sala w milczeniu oczekiwała dalszego ciNogu. - Albo inaczej czuje - dodał Wiktor. Ostro odczuwał rozczarowanie sali, ale nie wiedział, co by tu jeszcze powiedzieÖ. Kontaktu nie było. Audytorium z reguły łatwo przechodzi na stronË tego, kto wystËpuje, zgadza siË z jego sNodami i dla wszystkich staje siË jasne, kto to sNo ci głupcy, przy czym rozumie siË samo przez siË, że tu, na tej sali głupcŐw nie ma. W najgorszym wypadku audytorium nie zgadzało siË, ogarniał je wrogi nastrŐj, ale i wtedy było łatwo, dlatego, że pozostała możliwośÖ sarkastycznego ośmieszania, a jednemu nie sprawia trudności dyskutowanie z wieloma, ponieważ przeciwnicy zawsze przeczNo sobie nawzajem i zawsze znajdzie siË wśrŐd nich jeden najhałaśliwszy i najgłupszy, po ktŐrym można siË przejechaÖ ku ogŐlnemu zadowoleniu. - Ja niezupełnie rozumiem - powiedziała prześliczna dziewczynka. - Chce pan, żebyśmy byli mNodrzy, to znaczy zgodnie z paÓskim aforyzmem myśleli i czuli dokładnie tak jak pan. Ale przeczytałam wszystkie paÓskie ksiNożki i znalazłam w nich wyłNocznie negacjË. Żadnego pozytywnego programu. Z drugiej strony chciałby pan, abyśmy pracowali dla dobra innych ludzi. To znaczy faktycznie dla dobra tych brudnych i antypatycznych facetŐw, ktŐrymi przepełnione sNo paÓskie ksiNożki. A pan przecież przedstawia rzeczywistośÖ, prawda? Wiktorowi wydało siË, że wreszcie odnalazł dno pod stopami. - Widzicie - rzekł - przez pracË dla dobra ludzi rozumiem właśnie przekształcanie ich w czystych i sympatycznych. I to moje życzenie nijak siË nie ma do mojej twŐrczości. W ksiNożkach prŐbujË pokazaÖ wszystko tak jak jest naprawdË i nie prŐbujË uczyÖ, czy też pokazywaÖ, co należy robiÖ. W najlepszym razie wskazujË punkt przyłożenia siły, zwracam uwagË na to, z czym trzeba walczyÖ. Ja nie wiem, jak należy zmieniaÖ ludzi, a gdybym wiedział, to nie byłbym modnym pisarzem, tylko wielkim pedagogiem albo sławnym psychosocjologiem. Dla literatury piËknej w ogŐle jest przeciwwskazane pouczaÖ, przewodziÖ, proponowaÖ konkretne drogi wyjścia, albo tworzyÖ konkretnNo metodologiË. Można to zobaczyÖ na przykładzie najwiËkszych pisarzy. ChylË czoło przed Lwem Tołstojem, ale tylko dopŐty, dopŐki jest jedynym w swoim rodzaju, unikatowym jeśli chodzi o siłË talentu zwierciadłem rzeczywistości. Ale gdy tylko zaczyna mnie uczyÖ chodzenia boso czy też podstawiania drugiego policzka, ogarnia mnie litośÖ i trwoga... Pisarz - to instrument ukazujNocy stan społeczeÓstwa i tylko w mizernym stopniu narzËdzie do jego zmieniania. Historia poucza, że społeczeÓstwa zmienia siË nie za pośrednictwem literatury, tylko za pomocNo karabinŐw maszynowych lub reform, a obecnie jeszcze i nauki. Literatura w najlepszym razie pokazuj e, do kogo należy strzelaÖ lub też co wymaga zreformowania... zrobił pauzË, przypomniał sobie, że istnieje jeszcze Dostojewski i Faulkner. Ale pŐki zastanawiał siË jakby tu coś wtrNociÖ na temat roli literatury przy poznawaniu wnËtrza istoty ludzkiej, z sali zawiadomiono go: - Daruje pan, ale to wszystko jest dosyÖ banalne. Przecież nie o to chodzi. Chodzi o to, że przedstawiane przez pana obiekty wcale nie chcNo, żeby ktoś je zmieniał. A poza tym sNo tak antypatyczne, do takiego stopnia zapuszczone, tak beznadziejne, że nie ma siË ochoty ich zmieniaÖ. Rozumie pan, one nie sNo tego warte. Niechaj sobie gnijNo - przecież nie odgrywajNo żadnej roli. WiËc dla czyjego dobra paÓskim zdaniem powinniśmy pracowaÖ? - Ach, wiËc o to wam chodzi! - wolno powiedział Wiktor. Nagle dotarło do niego: mŐj Boże, przecież ci smarkacze poważnie myślNo, że piszË tylko o kanaliach, że wszystkich uważam za łajdakŐw, nic nie rozumiejNo, zresztNo skNod majNo rozumieÖ, to sNo dzieci, dziwaczne dzieci, chorobliwie mNodre dzieci, ale tylko dzieci, z dziecinnym doświadczeniem życiowym, z dziecinnNo znajomościNo ludzi plus stosami przeczytanych ksiNożek, z dziecinnym idealizmem i z dziecinnym dNożeniem do tego, aby wszystko poukładaÖ w szufladkach z napisami "dobrze" i "ńle". Dokładnie jak koledzy literaci... - Wprowadziło mnie w błNod to, że mŐwicie jak dorośli - rzekł Wiktor. - I nawet zapomniałem, że jednak nie jesteście dorośli. Rozumiem, że niepedagogicznie jest tak mŐwiÖ, ale niestety trzeba to powiedzieÖ, inaczej nigdy siË nie wypłaczemy. Cała rzecz w tym, że wy najprawdopodobniej nie rozumiecie, jak nieogolony, histeryczny, wiecznie pijany mËżczyzna może byÖ wspaniałym człowiekiem, ktŐrego nie sposŐb nie kochaÖ, dla ktŐrego można mieÖ najwyższe uznanie i uważaÖ za zaszczyt uściśniËcie jego rËki. Ponieważ przeszedł przez takie piekło, że strach pomyśleÖ, ale mimo wszystko pozostał człowiekiem. Wszystkich bohaterŐw moich ksiNożek uważacie za łajdakŐw, ale to dopiero połowa nieszczËścia. Uważacie jednak, że i ja traktujË ich tak samo jak i wy. A to już jest całe nieszczËście. NieszczËście, ktŐre polega na tym, że w ten sposŐb nigdy nie zrozumiemy siË nawzajem. Diabli wiedzNo jakiej reakcji oczekiwał w odpowiedzi na to niezmiernie poczciwe wystNopienie. Speszonych spojrzeÓ, twarzy rozjaśnionych nagłym zrozumieniem, westchnienia ulgi na sali na znak, że nieporozumienie zostało szczËśliwie wyjaśnione i teraz wszystko można zaczynaÖ od poczNotku, na nowej, bardziej realistycznej podstawie... W każdym razie nic takiego nie zaszło. Z tylnych rzËdŐw znowu wstał chłopiec o biblijnych oczach i zapytał: - Czy nie mŐgłby nam pan powiedzieÖ, czym jest postËp? Wiktor poczuł siË obrażony. No oczywiście, pomyślał. A potem zapytajNo, czy maszyna może myśleÖ i czy istnieje życie na Marsie. Wszystko powraca na swoje miejsce. - PostËp - powiedział - jest to rozwŐj społeczeÓstwa w takim kierunku, ktŐrego cel stanowi doprowadzenie go do stanu, kiedy ludzie nie zabijajNo, nie depczNo i nie mËczNo siË nawzajem. - A czym siË zajmujNo? - zapytał tËgi chłopiec siedzNocy po prawej stronie. - PopijajNo, zakNoszajNoc quantum satis - mruknNoł ktoś z lewej. - A dlaczego by nie? - spytał Wiktor. - Historia ludzkości nie zna znowu tak wiele epok, w ktŐrych ludzie mogli sobie popijaÖ i zakNoszaÖ quantum satis. Dla mnie postËp - to dNożenie do stanu, w ktŐrym nie depczNo i nie zabijajNo. A czym siË wtedy bËdNo ludzie zajmowaÖ - to moim zdaniem nie jest już tak bardzo istotne. Jeżeli chcecie - dla mnie najważniejsze sNo przede wszystkim konieczne warunki postËpu, a wystarczajNoce - to rzecz nabyta... - Pan pozwoli - powiedział Bol-Kunac. - SprŐbujemy rozpatrzeÖ nastËpujNocy schemat. ZałŐżmy, że automatyzacja rozwija siË w takim tempie jak obecnie. W takim razie za kilkadziesiNot lat przeważajNoca wiËkszośÖ aktywnej ludzkości zostanie wyrzucona poza nawias procesŐw produkcyjnych i sfery usług ze wzglËdu na nieprzydatnośÖ. BËdzie po prostu znakomicie - wszyscy sNo syci i nie ma powodu zadeptywaÖ siË nawzajem, nikt nikomu nie przeszkadza... i nikt nikogo nie potrzebuje. Jest oczywiście kilkaset tysiËcy ludzi zabezpieczajNocych ciNogłośÖ pracy starych maszyn i powstawanie maszyn nowych, ale pozostałe miliardy sNo sobie po prostu niepotrzebne. To dobrze? - Nie wiem - stwierdził Wiktor. - Właściwie, może nie całkiem dobrze... I w jakiś sposŐb przykre... Ale muszË wam powiedzieÖ, że pomimo wszystko lepsze niż to, co mamy teraz. WiËc pewien postËp jest chyba oczywisty. - A czy pan sam chciałby żyÖ w takim świecie? Wiktor pomyślał. - Wiecie - rzekł -ja ten świat jakoś słabo sobie wyobrażam, ale szczerze mŐwiNoc, może warto byłoby sprŐbowaÖ. - A czy potrafi pan wyobraziÖ sobie człowieka, ktŐry kategorycznie odmawia życia w takim świecie? - Oczywiście, że potrafiË. SNo ludzie, sam znam takich, ktŐrym byłoby tam okropnie nudno. Władza jest tam niepotrzebna, nie ma komu rozkazywaÖ, rozpychaÖ siË, iśÖ po trupach nie ma po co. Co prawda, tacy raczej nie odmŐwiNo-jednak to wyjNotkowa okazja, aby sprŐbowaÖ raj przerobiÖ na chlew... albo na koszary. Z najwiËkszNo przyjemnościNo zburzyliby taki świat... Tak, że chyba raczej nie potrafiË. - A bohaterŐw paÓskich ksiNożek, ktŐrych pan tak kocha, urzNodziłaby taka przyszłośÖ? - Tak, oczywiście. Znaleńliby wreszcie zasłużony spokŐj. Bol-Kunac usiadł, za to wstał pryszczaty nastolatek i kiwajNoc głowNo powiedział z goryczNo: - No i właśnie o to chodzi. Nie o to, czy rozumiemy prawdziwe życie, czy nie, lecz o to, że dla pana i paÓskich bohaterŐw taka przyszłośÖ jest całkowicie do przyjËcia, a dla nas - to trupiarnia. Koniec nadziei. Koniec ludzkości. Właściwie dlatego nie mamy ochoty marnowaÖ sił, żeby pracowaÖ dla dobra paÓskich uświnionych od stŐp do głŐw i marzNocych o spokoju facetŐw. NaładowaÖ ich energiNo, żeby mogli żyÖ, naprawdË już nie sposŐb. I jak tam pan sobie chce, panie Baniew, ale pokazał pan nam w swoich ksiNożkach - w ciekawych ksiNożkach, jestem całkowicie "za" - pokazał pan nam nie punkt przyłożenia siły ale to, że punkty przyłożenia siły, jeżeli chodzi o ludzkośÖ nie istniejNo, przynajmniej jeżeli mowa o paÓskim pokoleniu... ProszË mi darowaÖ, ale zagryńliście siË, roztrwoniliście siË na wewnËtrzne waśnie, na kłamstwa i na walkË z kłamstwem, ktŐrNo prowadzicie wymyślajNoc nowe kłamstwa... Jak w paÓskiej piosence: Kłamstwo czy prawda to kwestia odcieni i prawda wczorajsza dziś w kłamstwo siË zmieni. A kłamstwo wczorajsze przemienia siË żywo dziś w prawdË powszedniNo i prawdË prawdziwNo Właśnie tak siË miotacie od kłamstwa do kłamstwa. Po prostu, w żaden sposŐb nie możecie uwierzyÖ, że jesteście już martwi, że własnorËcznie zbudowaliście świat, ktŐry stał siË dla was kamieniem nagrobnym. Gniliście w okopach, rzucaliście siË z granatami pod czołgi, a komu od tego lepiej? Narzekaliście na rzNod, na panujNoce porzNodki, jakbyście nie wiedzieli, że na lepszy rzNod, na inne porzNodki wasze pokolenie... po prostu nie zasłużyło. Pan daruje, ale bito was po twarzy, a wy powtarzaliście z uporem, że człowiek z natury jest dobry... albo co gorsza, że człowiek to brzmi dumnie. I kogo tylko nie nazywaliście człowiekiem!... Pryszczaty mŐwca machnNoł rËkNo i usiadł. Zapanowało milczenie, nastËpnie chłopiec znowu wstał i oznajmił: - Kiedy mŐwiłem "wy", nie miałem na myśli personalnie pana, panie Baniew. - DziËkujË - powiedział gniewnie Wiktor. Był zirytowany - pryszczaty smarkacz nie miał prawa mŐwiÖ tak bezapelacyjnie, to bezczelnośÖ i brak wychowania... daÖ w łeb i wyprowadziÖ za ucho z sali. Czuł siË głupio - wiele z tego, co powiedział chłopak było prawdNo, sam tak myślał, a teraz znalazł siË w sytuacji człowieka, ktŐry musi broniÖ czegoś, czego nienawidzi, a poza tym - nie było całkiem jasne, jak siË zachowaÖ dalej, jak kontynuowaÖ rozmowË i czy w ogŐle warto jNo kontynuowaÖ... Rozejrzał siË po sali i zobaczył, że czekajNo na jego odpowiedń, że Irma czeka na jego odpowiedń, że wszystkie te rumiane i piegowate potwory myślNo jednakowo, a pryszczaty arogant tylko wyraził wspŐlnNo opiniË i wyraził jNo szczerze, z głËbokim przekonaniem, a nie dlatego, że wczoraj przeczytał nielegalnNo broszurË. Że oni rzeczywiście nie czujNo nawet odrobiny wdziËczności albo chociażby elementarnego szacunku dla niego, Baniewa, za to, że na ochotnika zaciNognNoł siË do ułanŐw i uczestniczył w szarżach kawalerii na "rheinmetale", że omal nie zdechł na dezynteriË w okrNożeniu i zabił wartownika samodzielnie wykonanym nożem, a potem, już w cywilu, dał po mordzie oficerowi tajnej policji, ktŐry zaproponował mu podpisanie donosu, łaził bez pracy z dziurNo w płucach, spekulował owocami, chociaż proponowano mu bardzo wygodne posady... A właściwie, dlaczego oni powinni mnie szanowaÖ za to wszystko? Że szedłem z szablNo na czołgi? Przecież trzeba byÖ idiotNo, żeby mieÖ rzNod, ktŐry doprowadził armiË do takiego stanu... Aż siË wzdrygnNoł, kiedy uzmysłowił sobie, jak ogromnNo pracË myśli musiały wykonaÖ te dzieciaki, żeby dojśÖ do wnioskŐw, do ktŐrych dorośli dochodzNo, kiedy duszË majNo już w strzËpach, zrujnowane życie, nie tylko własne oraz przetrNocony grzbiet... zresztNo nawet i to dotyczy nie wszystkich, zaledwie nielicznych, zaś wiËkszośÖ do tej pory uważa, że wszystko jest jak należy, bardzo fajnie i jeśli zajdzie potrzeba, gotowi sNo zaczNoÖ wszystko od poczNotku... Czyżby pomimo wszystko nastały nowe czasy? Patrzył na salË nieomal ze strachem. Zdaje siË, że pomimo wszystko przyszłości udało siË zapuściÖ macki w samo serce czasu terańniejszego i ta przyszłośÖ była zimna, pozbawiona litości i miała gdzieś wszystkie zasługi przeszłości - prawdziwe i domniemane. - Dzieci - powiedział Wiktor. - Zapewne sami tego nie widzicie, ale jesteście okrutne. Jesteście okrutne z najlepszych pobudek, ale okrucieÓstwo - to zawsze okrucieÓstwo. I nie może przynieśÖ nic oprŐcz nowego cierpienia, nowych łez i nowych podłości. Miejcie to na wzglËdzie. I nie wyobrażajcie sobie, że wymyśliłyście coś szczegŐlnie nowego. ZburzyÖ stary świat i na jego kościach zbudowaÖ nowy - to bardzo stary pomysł. I jak dotychczas ani razu nie udało siË osiNognNoÖ oczekiwanych rezultatŐw. To samo, co w starym świecie wywołuje pragnienie, aby burzyÖ bez najmniejszej litości, szczegŐlnie łatwo przystosowuje siË do procesu burzenia, do okrucieÓstwa, do bezwzglËdności, okazuje siË dla tego procesu niezbËdne, trwa nienaruszone, staje siË gospodarzem nowego świata i w ostatecznym rachunku morduje śmiałych burzycieli. Kruk krukowi oka nie wykolË, okrucieÓstwa nie można zniszczyÖ okrucieÓstwem. Ironia i litośÖ! Ironia i litośÖ, dzieci! I nagle wszyscy wstali. Było to tak nieoczekiwane, że Wiktorowi przeleciała przez głowË szalona myśl, że udało mu siË wreszcie powiedzieÖ coś takiego, co wstrzNosnËło wyobrańniNo słuchaczy. Ale już widział, że od drzwi idzie mokrzak, chudy, lekki, prawie niematerialny niczym cieÓ i dzieci patrzNo na niego, i nie zwyczajnie patrzNo, tylko lgnNo do niego, a mokrzak powściNogliwie ukłonił siË Wiktorowi, wymamrotał słowa przeprosin i usiadł na brzegu, obok Irmy, wszystkie dzieci rŐwnież usiadły, a Wiktor patrzył na IrmË i widział, że jest szczËśliwa, że stara siË tego nie okazaÖ, ale po prostu promienieje radościNo i zadowoleniem. Zanim zdNożył siË opamiËtaÖ, zabrał głos Bol-Kunac. - Obawiam siË, że pan nas ńle zrozumiał, panie Baniew - oznajmił. - Wcale nie jesteśmy okrutni, a jeżeli z paÓskiego punktu widzenia jesteśmy okrutni, to wyłNocznie teoretycznie. Przecież my wcale nie chcemy burzyÖ waszego starego świata, tylko zamierzamy zbudowaÖ nowy. To pan jest okrutny - nie wyobraża pan sobie budowania nowego świata bez zburzenia starego. A my wyobrażamy to sobie bardzo dobrze. My nawet pomożemy pana pokoleniu stworzyÖ ten wasz raj, popijajcie i jedńcie na zdrowie. BudowaÖ, panie Baniew, tylko budowaÖ. Niczego nie burzyÖ, tylko budowaÖ. Wiktor oderwał wreszcie oczy od Inny i zebrał myśli. - Tak - powiedział. - Jasne. No, to budujcie. Jestem całkowicie po waszej stronie. Zaskoczyliście mnie dzisiaj, ale i tak jestem z wami... Jeżeli zajdzie potrzeba, nawet zrezygnujË z kielicha i zakNoski... Tylko nie zapominajcie, że stare światy trzeba było burzyÖ właśnie dlatego, że przeszkadzały... przeszkadzały budowaÖ nowe, nie lubiły tego co nowe, hamowały... - Dzisiejszy stary świat - zagadkowo powiedział Bol-Kunac - nie bËdzie nam przeszkadzał. BËdzie nam nawet pomagaÖ. Poprzednia historia zakoÓczyła swŐj bieg, nie trzeba siË na niNo powoływaÖ. - No cŐż, tym lepiej - rzekł Wiktor ze znużeniem. - Jestem niezmiernie rad, że wszystko siË wam tak szczËśliwie układa. Fajni chłopcy i dziewczËta, pomyślał. Dziwni, ale fajni. Szkoda ich... wyrosnNo, bËdNo siË zagryzaÖ, rozmnażaÖ i rozpocznie siË praca na chleb nasz powszedni... Nie, pomyślał z rozpaczNo. ByÖ może jakoś siË uda... ZagarnNoł ze stołu karteczki. Zebrało siË ich nawet sporo. Co to takiego fakt? Czy można uważaÖ za dobrego i uczciwego człowieka, ktŐry pracuje dla wojny? Dlaczego pan tak dużo pije? Jaka jest pana opinia o Spenglerze?... - Przysłano mi kilka pytaÓ - powiedział. - Tylko nie wiem, czy teraz warto... Wstał pryszczaty nihilista i oznajmił: - Widzi pan, panie Baniew, nie wiem, jakie tam sNo pytania, ale właściwie to nie jest takie ważne. Po prostu chcieliśmy poznaÖ wspŐłczesnego, znanego pisarza. Każdy znany pisarz jest wyrazicielem ideologii społeczeÓstwa, czy też czËści społeczeÓstwa, a my powinniśmy znaÖ ideologŐw wspŐłczesnego społeczeÓstwa. Teraz wiemy wiËcej, niż wiedzieliśmy przed spotkaniem z panem. DziËkujemy. Na sali zaczNoł siË ruch, słychaÖ było "DziËkujemy... DziËkujemy, panie Baniew" dzieci zaczËły wstawaÖ, opuszczaÖ swoje miejsca, a Wiktor stał zaciskajNoc w piËści karteczki, czuł siË jak kretyn, wiedział, że jest purpurowy, że minË ma speszonNo i żałosnNo, ale wziNoł siË w garśÖ, kartki wsadził do kieszeni i zszedł ze sceny. Najgorsze było to, że nie zrozumiał w koÓcu jak ma traktowaÖ te dzieci. One były irrealne, były nieprawdopodobne, ich wypowiedzi, ich stosunek do tego, co Wiktor pisał i do tego, co mŐwił, nie miał żadnych punktŐw stycznych ze sterczNocymi warkoczykami, rozczochranymi czuprynami, niedomytymi szyjami, z gËsiNo skŐrkNo na chudych rËkach, z piskliwym hałasem dookoła. Jakby nieznana siła dla zabawy zespoliła w przestrzeni przedszkole i dyskusjË w instytucie naukowym. PołNoczyła niepołNoczalne. Zapewne tak czuł siË doświadczalny kot, ktŐremu dano kawałek ryby, podrapano za uchem i w tej samej chwili eksplodowano pod nosem ładunek, porażono prNodem i oślepiono reflektorem... Tak, ze wspŐłczuciem powiedział Wiktor do kota, ktŐrego stan wyobrażał sobie teraz znakomicie. Ani moja, ani twoja psychika nie jest przygotowana na taki szok, od takiego szoku możemy nawet umrzeÖ... I w tym momencie uświadomił sobie, że ugrzNozł. ObstNopiono go i nie pozwalano przejśÖ. Na sekundË ogarnËła go straszliwa panika. Nie zdziwiłby siË, gdyby teraz spokojnie i w milczeniu powalono go na podłogË w celu przeprowadzenia sekcji na okolicznośÖ przeanalizowania ideologii. Ale dzieci nie zamierzały go preparowaÖ. WyciNogały do niego otwarte ksiNożki, tanie notesy, kartki papieru. Szeptały: "ProszË o autograf!" Piszczały: "Tu, w tym miejscu!" Chrypiały łamliwym basem: "Pan bËdzie łaskaw!". I Wiktor wyjNoł wieczne piŐro, zdjNoł nakrËtkË, z zaciekawieniem postronnego człowieka przysłuchał siË swoim odczuciom i wcale siË nie zdziwił, czujNoc wzbierajNocNo dumË. To były upiory przyszłości i cieszyÖ siË ich uznaniem było jednak przyjemnie. * W numerze hotelowym natychmiast otworzył barek, nalał sobie dżinu i wypił jednym haustem jak lekarstwo. Z włosŐw, po twarzy i za kołnierz spływała woda - okazało siË, że zapomniał włożyÖ kaptur. Spodnie przemokły do kolan - prawdopodobnie szedł wprost po kałużach na nic nie zważajNoc. Straszliwie chciało mu siË paliÖ - zdaje siË, że ani razu nie zapalił przez te dwie godziny z hakiem... Akceleracja, powtarzał sam sobie, kiedy zrzucił wprost na podłogË mokry płaszcz, przebierał siË, wycierał głowË rËcznikiem. To tylko akceleracja, uspokajał siË, zapalajNoc papierosa i zaciNogajNoc siË chciwie. To jest właśnie akceleracja w praktyce, myślał z przerażeniem, wspominajNoc pewne siebie dzieciËce głosy wypowiadajNoce niemożliwe teksty. Boże, ratuj dorosłych, Boże ratuj ich rodzicŐw, oświeÖ ich, spraw, aby zmNodrzeli, to ostatni moment... Ze wzglËdu na Ciebie samego błagam ciË, Boże, bo inaczej zbudujNo ci wieżË Babel, kamieÓ nagrobny dla wszystkich głupcŐw, ktŐrych wypuściłeś na tË ZiemiË, aby siË płodzili i rozmnażali nie przemyślawszy jak należy skutkŐw akceleracji... Okazałeś siË prostaczkiem, bracie Boże... Wiktor wypluł niedopałek na dywan i zapalił nowego papierosa. A właściwie dlaczego tak siË zdenerwowałem? - pomyślał. Rozhulała mi siË wyobrańnia... No dobra, dzieci, no dobra - akceleracja, no dobra, rozwiniËte ponad wiek. Co to, nie widziałem dzieci ponad wiek rozwiniËtych? SkNod mi przyszło do głowy, że one same to wszystko wymyśliły? Napatrzyły siË w mieście wszelakiego paskudztwa, naczytały siË ksiNożek, wszystko uprościły i naturalnie doszły do wniosku, że należy zbudowaÖ nowy świat. I wcale nie wszystkie sNo takie. MajNo przywŐdcŐw, krzykaczy - Bol-Kunac... ten pryszczaty... i jeszcze ta śliczna dziewczynka. Liderzy. A reszta - dzieci jak dzieci, siedziały, słuchały, nudziły siË... Wiedział, że to nieprawda. No, powiedzmy, nie nudziły siË, słuchały z ciekawościNo - to jednak prowincja, znany pisarz... Diabła tam, w ich wieku nie czytałbym moich ksiNożek. Diabła tam, w ich wieku poszedłbym gdzieś - tylko nie na film ze strzelaninNo albo do wËdrownego cyrku - oglNodaÖ gołe nogi tancerki na linie. RŐwno zwisał mi stary świat i nowy świat, nie miałem o tym zielonego pojËcia - piłka nożna do kompletnego wyczerpania, wykrËciÖ gdzieś żarŐwkË i trzasnNoÖ niNo o ścianË, albo dorwaÖ gdzieś jakiegoś eleganta i nakłaśÖ mu po ryju... Wiktor rozwalił siË w fotelu i wyciNognNoł nogi. Wszyscy wspominamy z rozczuleniem szczËśliwe dzieciÓstwo i jesteśmy przekonani, że od czasŐw Tomka Sawyera tak było, jest i bËdzie. Powinno byÖ. A jeśli tak nie jest, to znaczy, że dziecko nienormalne, budzi, jeśli popatrzeÖ na nie z boku, lekkNo litośÖ a przy bezpośrednim zderzeniu - pedagogiczne oburzenie. A dziecko łagodnie patrzy na ciebie i myśli: ty oczywiście jesteś dorosły, duży, możesz mi przyłożyÖ, jednakże jak od najwcześniejszego dzieciÓstwa byłeś głuptakiem, tak głuptakiem pozostaniesz i głuptakiem umrzesz, ale nawet tego ci mało, jeszcze i ze mnie chcesz zrobiÖ głuptaka... Wiktor nalał nowNo porcjË dżinu i zaczNoł wspominaÖ, jak to wszystko wyglNodało i musiał pośpiesznie sobie golnNoÖ, żeby nie zawyÖ ze wstydu. Jak przyszedł do tych dzieciakŐw zadowolony i pewny siebie, patrzNocy z gŐry, modny bËcwał, jak na dzieÓ dobry uczËstował je szlachetnNo głupotNo, płaskimi dowcipami i pseudobohaterskim gaworzeniem, jak go usadzono, ale nie uspokoił siË i nadal demonstrował swojNo ostrNo niewydolnośÖ intelektualnNo, jak uczciwie prŐbowano skierowaÖ go na właściwNo drogË i ostrzegano go, a on nadal plŐtł trywialne banały, wciNoż liczNoc, że jakoś wyjdzie na swoje, że co tam, nie ma co siË przesadnie wysilaÖ - a kiedy wreszcie straciwszy cierpliwośÖ dali mu po mordzie, małodusznie zaczai szlochaÖ i skarżyÖ siË, że go ńle potraktowano... kiedy zaś z litości poproszono go o autografy, wpadł w takNo euforiË, że aż wstyd pomyśleÖ... I Wiktor zaryczał, wiedzNoc, że o tym, co siË dziś wydarzyło, bez wzglËdu na swojNo wysilonNo uczciwośÖ nigdy nikomu nie ośmieli siË opowiedzieÖ, że za jakieś pŐł godziny przekona sam siebie o konieczności zachowania rŐwnowagi duchowej i tak wszystko sprytnie poprzekłada, aby wszystko nieprzyjemne, co z nim dzisiaj uczyniono, obrŐciło siË w najwiËkszy triumf jego życia albo ostatecznie w zwyczajne i niezbyt interesujNoce spotkanie z prowincjonalnymi wunderkindami, ktŐre - a niby czego siË po nich spodziewaÖ? - sNo dzieÖmi i dlatego nie najlepiej orientujNo siË w literaturze i w życiu... Należałoby posłaÖ mnie do departamentu oświaty, pomyślał z nienawiściNo. Tacy zawsze sNo tam potrzebni... Mam tylko jednNo pociechË, pomyślał. Takich dzieci jest jeszcze bardzo mało i jeżeli akceleracja bËdzie siË rozwijaÖ w takim samym tempie, to do tego czasu kiedy bËdzie ich dużo, ja już dziËki Bogu szczËśliwie umrË. Jak to dobrze - umrzeÖ we właściwym czasie! Ktoś zapukał do drzwi. Wiktor krzyknNoł "ProszË!". Wszedł Pawor w podrabianym bucharskim szlafroku, rozstrojony, ze spuchniËtym nosem. - Nareszcie - powiedział zakatarzonym głosem, usiadł naprzeciwko, wydobył zza pazuchy wielkNo, mokrNo chustkË do nosa i zaczNoł smarkaÖ i kichaÖ. Było to żałosne widowisko - nic nie zostało z dawnego Pawora. - Co - nareszcie? - zapytał Wiktor. - Chce pan dżinu? - Och, nie wiem... - odparł Pawor siNokajNoc i pochlipujNoc. - To miasto mnie wykoÓczy... R - r - rum - czż - ż - żach! Och... - Na zdrowie - powiedział Wiktor. Pawor popatrzył na niego załzawionymi oczami. - Gdzie siË pan podziewał? - zapytał kapryśnie. - Trzy razy pukałem do pana, chciałem wziNoÖ coś do czytania. Ja tu przepadnË, jedyne moje zajËcie - to kichanie i wycieranie nosa... w hotelu nie ma żywego ducha, poszedłem do portiera, to ten stary idiota zaproponował mi ksiNożkË telefonicznNo i jakieś prospekty sprzed lat... "Witamy w naszym słonecznym mieście". Ma pan coś do czytania? - Raczej wNotpiË - rzekł Wiktor. - Co u diabła, przecież jest pan pisarzem! No, rozumiem, kolegŐw pan nie czyta, ale siebie chyba pan od czasu do czasu przeglNoda... Wszyscy dookoła wciNoż powtarzajNo: Baniew, Baniew... Jak to tam u pana siË nazywa? "ŚmierÖ po południu"? "PŐłnoc po śmierci"? Nie pamiËtam... - "NieszczËście przychodzi o pŐłnocy" - powiedział Wiktor. - O to to. Niech pan da poczytaÖ. - Nie dam. Nie mam - kategorycznie odparł Wiktor. - A gdybym miał, to i tak bym nie dał. Zasmarkałby mi pan ksiNożkË. I do tego nic nie zrozumiał. - A to dlaczego - nie zrozumiałbym? - zainteresował siË Pawor z oburzeniem. - podobno to coś z życia homoseksualistŐw, co tu można nie zrozumieÖ? - Sam pan... - powiedział Wiktor. - Lepiej napijmy siË dżinu. Z wodNo? Pawor kichnNoł, coś mruknNoł, rozpaczliwie rozejrzał siË dookoła, odrzucił głowË do tyłu i znowu kichnNoł. - Głowa mi pËka - poskarżył siË. - O w tym miejscu... A gdzie pan był? Podobno na spotkaniu z czytelnikami? Z miejscowymi homoseksualistami? - Gorzej - powiedział Wiktor. - Miałem spotkanie z miejscowymi wunderkindami. Wie pan, co to jest akceleracja? - Akceleracja? To coś, co jest zwiNozane z przedwczesnym dojrzewaniem. Słyszałem, jakiś czas temu było o tym bardzo głośno, ale potem w naszym departamencie powołano komisjË i ta komisja udowodniła, że to rezultat osobistej troski pana prezydenta o dorastajNoce pokolenie lwŐw i marzycieli, tak że wszystko znalazło siË na swoim miejscu. Aleja wiem, o czym pan mŐwi, bo widziałem tych miejscowych wunderkindŐw. Zachowaj nas Boże od takich lwŐw, ponieważ ich właściwe miejsce jest w gabinecie osobliwości. - A może to moje i pana miejsce jest w gabinecie osobliwości? - zaprotestował Wiktor. - Niewykluczone - zgodził siË Pawor. - Tylko że akceleracja nie ma z tym nic wspŐlnego. Akceleracja - to problem biologiczny i fizjologiczny. Wzrost wagi noworodkŐw, a one potem nieprzytomnie rosnNo, gdzieś do dwŐch metrŐw, jak żyrafy, a kiedy majNo dwanaście lat, już potrafiNo siË rozmnażaÖ. A tutaj - dzieci sNo najzwyczajniejsze, za to ich nauczyciele... - Co - nauczyciele? Pawor kichnNoł. - Za to nauczyciele - niezwyczajni - powiedział przez nos. Wiktor przypomniał sobie dyrektora gimnazjum. - Co też niezwykłego jest w tutejszych nauczycielach? - zapytał - że zapominajNo rozpiNoÖ rozporka? - Jaki rozporek? - spytał Pawor ze zdumieniem gapiNoc siË na Wiktora. - Oni w ogŐle nie majNo rozporkŐw. - I co jeszcze? - zapytał Wiktor. - W jakim sensie? - Co jeszcze jest w nich niezwykle? Pawor długo wycierał nos, a Wiktor popijał dżin i patrzył na niego z litościNo. - Jak widzË, nie ma pan o niczym pojËcia - rzekł Pawor oglNodajNoc zasmarkanNo chustkË. - Jak słusznie twierdzi pan prezydent, głŐwnNo właściwościNo naszych pisarzy jest nieznajomośÖ życia i oderwanie od interesŐw narodu... Jest pan już tu ponad tydzieÓ. Czy był pan gdziekolwiek oprŐcz knajpy i sanatorium? Rozmawiał pan z kimś oprŐcz tego pijanego bydlaka, Kwadrygi? Diabli wiedzNo, za co bierze pieniNodze... - Dobra, dosyÖ tego - powiedział Wiktor. - WystarczNo mi gazety. Znalazł siË usmarkany krytyk, nauczyciel bez rozporka... - A - a - a, nie podoba siË? - stwierdził Pawor z zadowoleniem. - Jeżeli tak, to już nie bËdË... Niech pan opowie o spotkaniu z wunderkindami. - Nie ma o czym opowiadaÖ - odparł Wiktor. - Wunderkindy, jak wunderkindy... - A jednak? - No wiËc przyszedłem. Zadali mi kilka pytaÓ. Ciekawe pytania, zupełnie dorosłe. .. - Wiktor umilkł. - No wiËc, jeśli mam byÖ całkiem szczery, nieńle mi dali popaliÖ. - A jakie były pytania? - zapytał Pawor. Patrzył na Wiktora z prawdziwym zainteresowaniem i zdaje siË ze wspŐłczuciem. - Nie chodzi o pytania - westchnNoł Wiktor. - Jeżeli mam mŐwiÖ otwarcie, to najbardziej mnNo wstrzNosnËło, że te dzieci sNo jak dorośli, i to nie zwyczajni dorośli, ale jak dorośli najwyższej klasy... Jakaś choroba, piekielna dysproporcja... - Pawor ze wspŐłczuciem kiwał głowNo. - Słowem, ńle mi tam było - powiedział Wiktor. - Nie mam ochoty o tym mŐwiÖ. - Rozumiem - oznajmił Pawor. - Nie pan pierwszy, nie pan ostatni. MuszË panu powiedzieÖ, że rodzice dwunastoletniego dziecka - to zawsze istoty godne litości z tysiNocem kłopotŐw na głowie. Ale tutejsi rodzice to coś szczegŐlnego. PrzypominajNo mi tyły armii okupacyjnej w rejonie aktywnych działaÓ partyzantŐw... No wiËc, o co pana pytano? - No, na przykład, co to jest postËp. - Tak. WiËc, ich zdaniem, co to takiego postËp? - Ich zdaniem, postËp to nadzwyczaj proste. PosłaÖ nas wszystkich do rezerwatŐw, żebyśmy siË nie plNotali pod nogami, a wŐwczas oni na wolności bËdNo mogli spokojnie studiowaÖ Zurtzmansora i Spenglera. Ja w każdym razie odniosłem takie wrażenie. - No cŐż, to bardzo możliwe. - powiedział Pawor. - Jaki ksiNodz, taka i parafia. Pan tu opowiada - akceleracja, Zurtzmansor... A czy wie pan, co na ten temat mŐwi narŐd? - Kto?! - NarŐd!... NarŐd mŐwi, że wszystkie nieszczËścia sNo przez mokrzakŐw. Dzieci ześwirowały - przez mokrzakŐw... - To dlatego, że w mieście nie ma ŻydŐw - zauważył Wiktor. Potem przypomniał sobie mokrzaka, ktŐry wszedł na salË, jak dzieci wstały i jakNo twarz miała Irma. - Pan poważnie? - zapytał. - To nie ja - oznajmił Fawor. - To glos narodu. Vox populi. Koty uciekły z miasta, a dzieciaki uwielbiajNo mokrzakŐw, łażNo za nimi do leprozorium, siedzNo tam dniami i nocami, rodzicŐw majNo za nic, nikogo nie słuchajNo. KradnNo w domu pieniNodze i kupujNo ksiNożki... Podobno na poczNotku rodzice bardzo siË cieszyli, że dzieci zamiast drzeÖ spodnie na płotach, cicho siedzNo w domu i czytajNo ksiNożki. Tym bardziej że pogoda jakby nie najlepsza. Ale teraz już wszyscy widzNo, do czego to doprowadziło i kto to wszystko zaczNoł. Teraz już nikt siË nie cieszy. Jednakże bojNo siË mokrzakŐw jak dawniej i tylko warczNo im w ślad... Głos narodu, pomyślał Wiktor. Głos Loli i pana burmistrza. Słyszeliśmy ten głos... Koty, deszcze, telewizory. Krew chrześcijaÓskich niemowlNot... - Nie rozumiem - powiedział - pan to serio czy z nudŐw? - To nie ja! - powtŐrzył Pawor z uczuciem. - Tak mŐwiNo w mieście. - Co mŐwiNo w mieście, jest dla mnie jasne - rzekł Wiktor. - A co pan sam o tym myśli? Pawor wzruszył ramionami. - Życie płynie - powiedział mgliście. - Plotki pŐł na pŐł z prawdNo. - Popatrzył na Wiktora znad chustki. - ProszË mnie nie uważaÖ za idiotË - powiedział. - Niech pan lepiej przypornni sobie te dzieci - gdzie jeszcze widział pan takie dzieci? Albo ostatecznie, tyle takich dzieci? Fakt, pomyślał Wiktor, takie dzieci... Koty kotami, ale ten mokrzak na sali - to już nie koty pŐł na pŐł z deszczem... Jest takie określenie - twarz rozświetlona od wewnNotrz. Właśnie takNo twarz miała Inna, a kiedy rozmawia ze mnNo, jej twarz oświetlona jest tylko z zewnNotrz. Z matkNo zaś w ogŐle nie rozmawia - cedzi coś przez zËby z pobłażliwNo odrazNo... Ale jeżeli to tak, jeżeli to prawda, a nie wstrËtne gadanie, to sprawa wyglNoda wyjNotkowo paskudnie. Czego oni chcNo od dzieci? To przecież chorzy ludzie, skazani... i w ogŐle to świÓstwo podjudzaÖ dzieci przeciwko rodzicom, nawet przeciwko takim rodzicom jak ja i Lola. Wystarczy nam pan prezydent - narŐd jest ważniejszy niż macierzyÓstwo i ojcostwo, Legia Wolności waszNo matkNo i ojcem, wiËc dzieciak biegnie do najbliższego sztabu i zawiadamia, że ojciec nazwał pana prezydenta dziwnym człowiekiem, a matka nazwała wyprawy Legii rujnujNocym przedsiËwziËciem. A teraz jeszcze na domiar złego pojawia siË czarny, mokry facet i nie owijajNoc w bawełnË oznajmia, że twŐj ojciec - to pijak i bezmŐzgie bydlË, a matka - kretynka i dziwka. Powiedzmy nawet, że tak jest naprawdË, ale to wszystko jedno świÓstwo, należy to robiÖ inaczej, nie ich pieski interes, nie oni za to odpowiadajNo i nikt ich nie prosi, żeby zajmowali siË tego rodzaju oświatNo... Patologia jakaś i tyle... Jeżeli to tylko oświata i nic poza tym. A jeśli coś gorszego? DzieciË zaczyna rŐżanymi usteczkami szczebiotaÖ o postËpie, zaczyna mŐwiÖ straszne, okrutne rzeczy, nie wiedzNoc co szczebiocze, ale już od pieluch przyucza siË do intelektualnego okrucieÓstwa, najgorszego okrucieÓstwa, jakie można wymyśliÖ, a tamci, zamotawszy czarnymi szmatami łuszczNoce siË fizjonomie, stojNo za scenNo i pociNogajNo za sznurki... to zaś znaczy, że nie ma żadnego nowego pokolenia, za to jest stara i brudna zabawa w marionetki, a ja byłem podwŐjnym osłem, kiedy zamierałem dziś na tej scenie... Ależ to paskudna zabawa - ta nasza cywilizacja... - ...kto ma oczy niechaj zobaczy - mŐwił Pawor. - Nie wpuszczajNo nas do leprozorium. Drut kolczasty, żołnierze, w porzNodku. Ale coś niecoś można zobaczyÖ i tutaj wmieście. Widziałem, jak mokrzaki rozmawiajNo z dzieÖmi i jak siË przy tym zachowujNo te dzieci, jak zamieniajNo siË nieomal w anioły, a zapytaj takiego jak siË idzie do fabryki - wyleje na ciebie kubeł pogardy... Nie wpuszczajNo nas do leprozorium, myślał Wiktor. Drut kolczasty, a mokrzaki swobodnie spacerujNo sobie po mieście. Ale przecież nie Golem to wymyślił... Ojciec narodu. Co za ścierwo, pomyślał. Co za kanalia. WiËc to jego robota. Najlepszy przyjaciel dzieci... Całkiem niewykluczone, to bardzo do niego podobne. A wie pan, panie prezydencie, na paÓskim miejscu urozmaiciłbym, a przynajmniej prŐbowałbym urozmaiciÖ swoje sztuczki. Zbyt łatwo odrŐżniÖ paÓski ogon od wszystkich innych ogonŐw. Drut kolczasty, żołnierze, przepustki - czyli pan prezydent, czyli bez najmniejszej wNotpliwości jakieś paskudztwo... - Na diabła tam drut kolczasty? - zapytał Wiktor. - A skNod ja mogË wiedzieÖ? - odparł Pawor. - Nigdy przedtem drutu kolczastego w tym miejscu nie było. - To znaczy, że pan tam już kiedyś był? - Dlaczego? Nie byłem. Ale nie jestem tu pierwszym inspektorem sanitarnym... zresztNo nie chodzi o drut kolczasty, czy to mało na świecie kolczastego drutu? Dzieci tam wpuszczajNo bez żadnych przeszkŐd, mokrzakŐw wypuszczajNo bez przeszkŐd, ale ani pana, ani mnie nie wpuszczajNo - i to jest dziwne. Nie, to chyba jednak nie prezydent, myślał Wiktor. Prezydent i czytanie Zurtzmansora, a może jeszcze i Baniewa - to nijak do siebie nie pasuje. Do tego ta destrukcyjna ideologia... Gdybym ja coś takiego napisał, chyba by mnie ukrzyżowali - NiepojËte, niezrozumiałe... Nieczysta sprawa... Trzeba bËdzie zapytaÖ Irmy, pomyślał. Po prostu zapytam i zobaczË, co ona zrobi... ZresztNo chyba i Diana powinna coś niecoś wiedzieÖ. - Pan mnie nie słucha? - zapytał Pawor. - Przepraszam, zamyśliłem siË. - MŐwiË, że wcale bym siË nie zdziwił, gdyby miasto zastosowało jakieś środki. ZresztNo, jak przystoi miastu, środki okrutne. - Ja też bym siË nie zdziwił - wymamrotał Wiktor. - Nie zdziwiË siË, nawet jeśli ja sam zechcË zastosowaÖ jakieś środki. Pawor wstał i podszedł do okna. - Ale pogoda - powiedział zgnËbiony. - WyjechaÖ by stNod jak najprËdzej... Da mi pan ksiNożkË, czy nie? - Nie mam żadnych ksiNożek - powiedział Wiktor. - Wszystko co przywiozłem, jest w sanatorium... Niech pan posłucha, a po co mokrzakom nasze dzieci? Pawor wzruszył ramionami. - To przecież chorzy ludzie - odpowiedział. - SkNod możemy wiedzieÖ? My przecież jesteśmy zdrowi. Zapukano do drzwi i wszedł Golem - ciËżki i mokry. - Zapytamy Golema - powiedział Pawor. - Golem, po co mokrzakom nasze dzieci? - Wasze dzieci? - zapytał Golem, uważnie oglNodajNoc etykietkË na butelce z dżinem. - A pan ma dzieci, Pawor? - Pawor twierdzi - odparł Wiktor - jakoby mokrzaki buntowały miej skie dzieci przeciwko rodzicom. Co pan wie na ten temat, Golem? - Hm... mruknNoł Golem. - Gdzie pan ma czyste szklanki? Aha... Mokrzaki buntujNo dzieci? No cŐż... Nie oni pierwsi, nie oni ostatni. - Nie zdejmujNoc płaszcza opadł na kozetkË i powNochał dżin w szklance. - A niby dlaczego w naszych czasach nie buntowaÖ dzieci przeciwko rodzicom, jeżeli białych szczuje siË na czarnych, żŐłtych na białych, a głupich szczujNo na mNodrych... Co pana właściwie dziwi? - Pawor twierdzi - powtŐrzył Wiktor - że paÓscy pacjenci włŐczNo siË po mieście i uczNo dzieci rŐżnych dziwnych rzeczy. Ja też zauważyłem coś podobnego, chociaż na razie jeszcze niczego nie twierdzË. Tak wiËc, niczemu siË nie dziwiË, tylko pytam pana - czy to prawda, czy nie? - O ile wiem - powiedział Golem odpijajNoc ze szklanki - mokrzaki od wiekŐw mieli prawo chodziÖ po mieście. Nie wiem, co pan ma na myśli mŐwiNoc o uczeniu dziwnych rzeczy, ale niech mi bËdzie wolno zapytaÖ pana jako tubylca - czy zna pan zabawkË, ktŐra nazywa siË "zła fryga"? - No, oczywiście - odrzekł Wiktor. - Miał pan takNo zabawkË? - r Ja oczywiście nie miałem... ale koledzy, o ile pamiËtam, chyba tak... - Wiktor zamilkł. - Tak, rzeczywiście - powiedział. - Chłopcy mŐwili, że tego bNoczka podarował im mokrzak. O to panu chodzi? - Tak, właśnie o to. I "pogodnik" - i "drewnianNo rËkË"... - Pardon - wtrNocił Pawor. - Czy ja, przybysz ze stolicy, mŐgłbym siË dowiedzieÖ, o czym rozmawiajNo tubylcy? - Nie mŐgłby pan - odparł Golem. - To nie leży w paÓskiej kompetencji. - SkNod pan wie, co leży, a cc) nie leży w moich kompetencjach? - zapytał Pawor urażonym tonem. - Wiem - powiedział Golem. - ZgadujË, bo tak mi siË podoba,... i niech pan przestanie łgaÖ, przecież prŐbował pan kupiÖ u Teddyego "pogodnik", wiËc świetnie pan wie, co to takiego. - Niech pan idzie do diabła - kapryśnie oznajmił Pawor. - Nie chodzi mi o "pogodnik"... - ChwileczkË, Pawor - niecierpliwie przerwał mu Wiktor. - Golem, nie odpowiedział pan na moje pytanie. - Czyżby? A mnie siË wydawało, że odpowiedziałem... Widzi pan, Wiktorze, mokrzaki to ciËżko i beznadziejnie chorzy ludzie. To straszna rzecz - choroba genetyczna. Ale pomimo wszystko zachowujNo dobroÖ i mNodrośÖ, wiËc nie trzeba ich krzywdziÖ. - Kto ich krzywdzi? - Czyżby pan ich nie krzywdził? - Na razie nie. Na razie nawet wrËcz przeciwnie. - No to w takim razie wszystko w porzNodku - stwierdził Golem i wstał. - W takim razie jedziemy. Wiktor wytrzeszczył oczy. - DokNod jedziemy? - Do sanatorium. JadË do sanatorium, pan jak widzË też siË wybiera do sanatorium, a Pawor niech siË kładzie do łŐżka. DośÖ zarażania grypNo. l Wiktor spojrzał na zegarek. - Czy nie jest za wcześnie? - Jak pan chce. Tylko niech pan pamiËta, że od dzisiejszego dnia autobus nie chodzi. Jest nierentowny. - A może najpierw zjemy obiad? - Jak pan chce - powtŐrzył Golem. - Ja nigdy nie jadani obiadŐw. I panu nie radzË. Wiktor pomacał siË po brzuchu. - Tak - powiedział. Potem popatrzył na Pawora. - Chyba pojadË. - Nic mi do tego - odparł Pawor. Był obrażony. - Niech pan przynajmniej ksiNożki przywiezie. - Na pewno - obiecał Wiktor i zaczNoł siË ubieraÖ. Kiedy wsiedli do samochodu, pod wilgotny brezent, do wilgotnej, śmierdzNocej tytoniem, benzynNo i lekarstwami kabiny, Golem zapytał: - Czy rozumie pan aluzje? - Czasami - odpowiedział Wiktor. - Kiedy wiem, że to aluzja. A bo co? - A wiËc zwracam panu uwagË: aluzja. Niech pan mniej gada. - Hm - wymamrotał Wiktor. - I jak mam to rozumieÖ? - Jako aluzjË. Niech pan przestanie trzaskaÖ dziobem. - Z przyjemnościNo - powiedział Wiktor i popadł w zamyślenie. Przejechali miasto, minËli fabrykË konserw, przeciËli pusty miejski park, zapuszczony, mizerny, na wpŐł zgniły z wilgoci, przemknËli obok stadionu, na ktŐrym umorusani, w błotnych cËtkach jak żyrafy, "Bracia w sapiencji" uparcie kopali mokrymi, napËczniałymi butami napËczniałNo piłkË i wytoczyli siË na szosË prowadzNocNo do sanatorium. Dookoła, za kurtynNo deszczu leżał mokry, płaski jak stŐł step, niegdyś suchy, wypalony i kłujNocy a teraz z wolna przemieniajNocy siË w grzNoskie mokradła. - Pana aluzja - rzekł Wiktor - przypomniała mi pewnNo rozmowË, mojNo rozmowË z jego ekscelencjNo panem referentem pana prezydenta do spraw paÓstwowej ideologii. Jego ekscelencja wezwał mnie do swego skromnego - trzydzieści metrŐw na dwadzieścia - gabinetu i zainteresował siË: "Wiktor, czy chce pan nadal mieÖ swŐj kawałek chleba z masłem?" Ja, naturalnie odpowiedziałem twierdzNoco. "No to niech pan przestanie brzdNokaÖ!" - ryknNoł jego ekscelencja i odprawił mnie skinieniem dłoni. Golem uśmiechnNoł siË. , - A właściwie na czym pan brzdNokał? - Jego ekscelencja miał na myśli moje Öwiczenia na banjo w młodzieżowych klubach. Golem spojrzał na niego zezem. - A właściwie skNod pan ma pewnośÖ, że nie jestem szpiclem? - A ja wcale nie mam takiej pewności - zaprzeczył Wiktor. - Po prostu mi to zwisa. Poza tym teraz nie mŐwi siË "szpicel". "Szpicel" to archaizm. Teraz wszyscy kulturalni ludzie mŐwiNo "kabel". - Nie wyczuwam rŐżnicy - zauważył Golem. - Praktycznie, ja rŐwnież - powiedział Wiktor. - A wiËc przestajemy trzaskaÖ dziobem. Czy pana pacjent wyzdrowiał? - Moi pacjenci nigdy nie wracajNo do zdrowia. - Pan ma wspaniałNo opiniË! Ale ja pytam o tego nieszczËśnika, ktŐry wpadł w potrzask. Jak jego noga? Golem milczał chwilË, a potem zapytał: - KtŐrego z nich ma pan na myśli? - Nie rozumiem - odparł Wiktor. - Naturalnie, że tego, ktŐry wpadł w potrzask. - Było ich czterech - stwierdził Golem wpatrzony w drogË zalanNo deszczem. - Jeden wpadł w potrzask, drugiego niŐsł pan na plecach, trzeciego zabrałem samochodem, a z powodu czwartego niedawno rozpËtał pan skandalicznNo bŐjkË w restauracji. Wiktor milczał, oszołomiony. Golem milczał rŐwnież. Świetnie prowadził samochŐd, objeżdżajNoc niezliczone wyboje na starym asfalcie. - No, no, niech siË pan tak nie mËczy - oznajmił wreszcie Golem. - Żartowałem. On był jeden. I jego noga zagoiła siË tej samej nocy. - To także żart? - zapytał Wiktor. - Ha - ha - ha. Teraz rozumiem, dlaczego paÓscy chorzy nigdy nie wracajNo do zdrowia. - Moi chorzy - powiedział Golem - nigdy nie wracajNo do zdrowia z dwŐch powodŐw. Po pierwsze, ja, jak zresztNo każdy przyzwoity lekarz, nie umiem leczyÖ genetycznych chorŐb. A po drugie, oni nie chcNo wyzdrowieÖ. - Zabawne - wymamrotał Wiktor - Tyle już siË nasłuchałem o tych paÓskich mokrzakach, że teraz, jak Boga kocham, jestem w stanie uwierzyÖ we wszystko - i w deszcze, i w koty, i w to, że zgruchotana kośÖ może siË zrosnNoÖ w ciNogu jednej nocy. - No tak - rzekł Wiktor. - Dlaczego w mieście nie ma kotŐw? Przez mokrzaki. A Teddyego niedługo zjedzNo myszy... MŐgłby pan zaproponowaÖ mokrzakom, żeby przy okazji wyprowadzili z miasta rŐwnież i myszy. - A la szczurołap z Hamelin? - zapytał Golem. - Tak - lekkomyślnie potwierdził Wiktor. - Właśnie a la - potem przypomniał sobie czym skoÓczyła siË historia ze szczurołapem z Hamelin. - Nie ma w tym nic śmiesznego - powiedział. - Byłem dzisiaj w gimnazjum. Widziałem dzieci. - I widziałem, jak siË zachowywały, kiedy pojawił siË jakiś tam mokrzak. Teraz wcale siË nie zdziwiË, jeśli pewnego piËknego dnia wyjdzie na miejski rynek mokrzak z akordeonem i wyprowadzi dzieci diabli wiedzNo dokNod. - Nie zdziwi siË pan - powiedział Golem. - A co jeszcze pan zrobi? - Nie wiem... może zabiorË mu akordeon. - I sam pan zagra? - Tak - westchnNoł Wiktor. - To prawda. Nie mam czym przyciNognNoÖ tych dzieci, zrozumiałem to dzisiaj . Ciekawe, czym oni je przyciNogajNo? Przecież pan to wie, Golem. - Wiktor, niech pan przestanie brzdNokaÖ - powiedział Golem. - Jak pan sobie życzy - odparł Wiktor. - Bardzo starannie, i mniej lub bardziej zrËcznie uchyla siË pan od odpowiedzi na moje pytania, świetnie to zauważyłem. Bez sensu. Dowiem siË tak czy inaczej, a pan straci sposobnośÖ, aby nadaÖ informacji wygodne dla pana zabarwienie emocjonalne. - Tajemnica lekarska! - wyrzekł Golem. - A poza tym, ja nic nie wiem. MogË siË tylko domyślaÖ. Przyhamował. Przed nimi, za welonem deszczu, pojawiły siË na drodze jakieś sylwetki. Trzy szare sylwetki i szary słup przydrożny z drogowskazami "Leprozorium - 6 km" i "Sanatorium GorNoce ńrŐdła - 2,5 km". Sylwetki cofnËły siË na pobocze - dorosły mËżczyzna i dwoje dzieci. - Niech siË pan zatrzyma - powiedział Wiktor ochrypłym nagle głosem. - Co siË stało? - Golem zahamował. Wiktor nie odpowiedział. Patrzył na ludzi obok słupa, na rosłego czarnego mokrzaka w dresie przesiNokniËtym wodNo, na chłopca, ktŐry rŐwnież był bez płaszcza i na dziewczynkË, bosNo, w sukience oblepiajNocej ciało. NastËpnie gwałtownie otworzył drzwi i wyskoczył na szosË. Deszcz i wiatr uderzyły go po twarzy, aż siË zachłysnNoł, ale nie zauważył tego. Czuł niepohamowanNo wściekłośÖ, kiedy "na siË ochotË tłuc i łamaÖ, ale jeszcze ma siË świadomośÖ własnego szaleÓstwa. Na sztywnych nogach podszedł do mokrzaka. " - Co tu siË dzieje? - wycedził przez zËby. A potem do cŐrki patrzNocej na niego ze zdziwieniem: - Irma, natychmiast do samochodu! - A potem znowu do mokrzaka: - Niech pana diabli wezmNo, co pan wyprawia? - i znowu do Irmy: Marsz do samochodu, do kogo mŐwiË! Irma nie ruszyła siË z miejsca. Wszyscy troje stali nadal, oczy mokrzaka nad czarnNo opaskNo spokojnie mrugały. A potem Irma powiedziała z niepojËtNo intonacjNo "To mŐj ojciec" i Wiktor nagle zrozumiał, rdzeniem pacierzowym zrozumiał, że tu nie można wrzeszczeÖ, wymachiwaÖ piËściami, nie można groziÖ, chwytaÖ za kołnierz, ciNognNoÖ... i w ogŐle nie można siË wściekaÖ. Powiedział bardzo spokojnie: - Irma, idń do samochodu, jesteś cała mokra. Bol-Kunac, na twoim miejscu też poszedłbym do samochodu. Był pewny, że Irma posłucha i rzeczywiście posłuchała. Ale niezupełnie tak, jakby sobie tego życzył. Nie, nie to, żeby choÖby spojrzeniem poprosiła mokrzaka o zgodË, ale powstał cieÓ wrażenia, że jednak coś zaszło, jakaś wymiana poglNodŐw, jakaś krŐtka narada, w wyniku ktŐrej podjËto decyzjË na jego korzyśÖ. Irma zadarła nos i poszła w kierunku samochodu, a Bol-Kunac odparł grzecznie: - Jestem panu niezmiernie wdziËczny, panie Baniew, ale doprawdy lepiej bËdzie jeżeli zostanË. - Jak chcesz - stwierdził Wiktor. - Bol-Kunac mało go wzruszał. Teraz trzeba jeszcze było powiedzieÖ coś na pożegnanie temu mokrzakowi. Wiktor z gŐry wiedział, że to bËdzie coś bardzo głupiego, ale cŐż poczNoÖ? - tak zwyczajnie odejśÖ po prostu nie mŐgł. Ze wzglËdŐw czysto prestiżowych. I powiedział. - Pana zaś, łaskawco - oznajmił wyniośle - nie zapraszam. Najwidoczniej czuje siË pan tu jak ryba w wodzie. NastËpnie odwrŐcił siË i rzuciwszy wyobrażonNo rËkawicË, odmaszerował. Wypowiedziawszy te słowa, myślał z obrzydzeniem, hrabia oddalił siË z godnościNo... Inna wlazła z nogami na przednie siedzenie i wyżymała wodË z warkoczykŐw. Wiktor wcisnNoł siË do tyłu, pochrzNokujNoc ze wstydu, a kiedy Golem ruszył, powiedział: - Wypowiedziawszy te słowa, hrabia oddalił siË... WsuÓ tutaj nogi, Irma, to ci je rozetrË. - Po co? - z ciekawościNo zapytała Irma. - Chcesz złapaÖ zapalenie płuc? Daj tu nogi! - Bardzo proszË - odrzekła Irma, zwinËła siË na siedzeniu i przesunËła do tyłu jednNo nogË. Już z gŐry zadowolony z siebie, że oto nareszcie zrobi coś pożytecznego i właściwego, Wiktor ujNoł obiema rËkami tË chudNo, dziewczyÓskNo nogË - mokrNo i wzruszajNocNo, już przymierzył siË, żeby jNo rozcieraÖ - do czerwoności, do purpury, dobrymi ojcowskimi dłoÓmi, tË brudnNo, zlodowaciałNo nogË, odwieczne ńrŐdło katarŐw, gryp, stanŐw zapalnych drŐg oddechowych i obustronnych zapaleÓ płuc - kiedy stwierdził, że jego dłonie sNo chłodniejsze niż jej stopy. SiłNo inercji wykonał jeszcze kilka ruchŐw masujNocych, a nastËpnie ostrożnie tË stopË wypuścił. Przecież wiedziałem, pomyślał nagle, przecież wiedziałem o tym jeszcze wtedy, kiedy stałem przed nimi, wiedziałem, że tu siË kryje jakiś podstËp, że dzieciom nic nie grozi, żadne katary i zapalenia, tylko nie chciałem w to uwierzyÖ, ale chciałem ratowaÖ, wyrywaÖ ze szponŐw, płonNoÖ sprawiedliwym gniewem, spełniaÖ obowiNozek i znowu napuścili mnie na wodË, i znowu wyszedłem na idiotË, drugi raz tego samego dnia... - Zabieraj swojNo nogË - rzekł do Irmy. Irma zabrała nogË i zapytała: - DokNod jedziemy - do sanatorium? - Tak - powiedział Wiktor i spojrzał na Golema czy ten aby nie zauważył jego haÓby. Ale Golem z niewzruszonym spokojem patrzył na drogË, ciËżki, rozlany, siedział spokojnie przy kierownicy siwy, niechlujny, przygarbiony i wszystkowiedzNocy. - A po co? - zapytała Irma. - Przebierzesz siË w suche ubranie i położysz do łŐżka. - Jeszcze czego! - powiedziała Irma. - Coś ty wymyślił? - Dobra, dobra... - wymamrotał Wiktor. - Dam ci ksiNożki i bËdziesz sobie czytaÖ. Rzeczywiście, po jakiego diabla wiozË jNo tam? - pomyślał. Diana... No, to siË jeszcze zobaczy. Żadnego picia i w ogŐle nic z tych rzeczy, ale jak ja jNo odwiozË z powrotem? E tam, wezmË jakikolwiek samochŐd i odwiozË... Dobrze by było coś sobie łyknNoÖ - Golem... - zaczNoł, ale siË opamiËtał. Nie wypada, do diabla. - Tak? - zapytał Golem nie odwracajNoc siË. - Nie, nic - westchnNoł Wiktor, wpatrzony w szyjkË butelki sterczNocej z kieszeni Golema. - Irma - powiedział znużonym głosem. - Co robiliście na tych rozstajach? - Myśleliśmy mgłË - odpowiedziała Irma. - Co? - Myśleliśmy mgłË - powtŐrzyła Irma. - O mgle - poprawił Wiktor - albo na temat mgły. - A to po co - o mgle? - zapytała Irma. - MyśleÖ - to czasownik nieprzechodni - objaśnił Wiktor - a wiËc wymaga przyimka. Czy przerabialiście czasowniki przechodnie? - Zależy, jak na to popatrzeÖ - odparła Irma. - MyśleÖ mgłË - to jedno, a myśleÖ o mgle - to zupełnie coś innego... i nie wiadomo komu to potrzebne - myśleÖ o mgle. Wiktor wyjNoł papierosa i zapalił. - Poczekaj - powiedział. - MyśleÖ mgłË - tak siË nie mŐwi, to niegramatycznie. SNo takie czasowniki - nieprzechodnie, myśleÖ, biegaÖ, chodziÖ... Zawsze wymagajNo przyimka. ChodziÖ po ulicy. MyśleÖ o... no o czymś tam... - MyśleÖ głupstwa - podpowiedział Golem. - No, to jest wyjNotek - stwierdził Wiktor nieco stropiony. - Szybko chodziÖ - powiedział Golem. - Szybko - to nie jest rzeczownik - zapalczywie oznajmił Wiktor. - Niech pan nie mNoci dziecku w głowie, Golem. - Tato, czy możesz nie paliÖ? - zainteresowała siË Irma. Zdaje siË, że Golem wydał z siebie jakiś dńwiËk, a byÖ może to silnik kichnNoł wspinajNoc siË pod gŐrË. Wiktor zgniŐtł papierosa i rozdeptał go obcasem. Podjeżdżali do sanatorium, a z boku od stepu na spotkanie deszczu sunËła nieprzejrzysta biała ściana. - No i masz mgłË - rzekł Wiktor. - Możesz jNo myśleÖ. A także wNochaÖ, biegaÖ i chodziÖ. Irma chciała coś powiedzieÖ, ale wtrNocił siË Golem. - Nawiasem mŐwiNoc - stwierdził - czasownik "myśleÖ" wystËpuje jako przechodni także w zdaniach podrzËdnie złożonych. Na przykład - myślË, że... i tak dalej. - To zupełnie inna sprawa - nie zgodził siË Wiktor. Obrzydło mu. Miał okropnNo ochotË wypiÖ i zapaliÖ. Zachłannie popatrzył na szyjkË butelki. - Nie jest ci zimno, Irma? - zapytał z niejasnNo nadziejNo. - Nie. A tobie? - TrochË mnie trzËsie - przyznał siË Wiktor. - Trzeba wypiÖ dżinu - zauważył Golem. - Tak, byłoby nieńle... A może pan ma? - Mam - powiedział Golem. - Ale już prawie jesteśmy na miejscu. Jeep wjechał w bramË i zaczËło siË to, o czym Wiktor jakoś nie pomyślał. Pierwsze smugi mgły dopiero zaczËły przesNoczaÖ siË przez kratË ogrodzenia i widocznośÖ była znakomita. Na drodze przed samochodem leżała postaÖ w przemokniËtej piżamie, leżała z takNo minNo jakby spoczywała tu już od wielu dni i nocy. Goleni ostrożnie objechał ciało, minNoł gipsowNo wazË ozdobionNo nieskomplikowanymi rysunkami i odpowiednimi napisami i przyłNoczył siË do stada samochodŐw stłoczonych przed wejściem do prawego skrzydła. Irma otworzyła drzwi i natychmiast jakaś zapita morda wychyliła siË z okna najbliższego samochodu i wybeczała: "Dziecino, chcesz, to ci siË oddam?" Wiktor wysiadł zamierajNoc. Irma z ciekawościNo rozglNodała siË dookoła. Wiktor mocno ujNoł jNo za rËkË i poprowadził do wejścia. Na schodkach, pod deszczem siedziały dwie dziwki w bielińnie i ulicznymi głosami śpiewały o okrutnym aptekarzu, co to nie chce im sprzedaÖ heroiny. Na widok Wiktora umilkły, ale kiedy przechodził obok, jedna z nich sprŐbowała złapaÖ go za spodnie. Wiktor wepchnNoł IrmË do holu. Było tu ciemno, okna zasłoniËte, śmierdziało dymem tytoniowym i jakimś kwaskiem, trzeszczał projektor i na białej ścianie podskakiwały pornograficze obrazki. Wiktor z zaciśniËtymi zËbami deptał po cudzych nogach ciNognNoc za sobNo potykajNocNo siË IrmË, a za nimi biegły gniewne, niecenzuralne okrzyki. Pokonali wreszcie hol i Wiktor, przeskakujNoc po trzy stopnie, pobiegł po pokrytych dywanem schodach. Irma milczała i Wiktor bał siË na niNo spojrzeÖ. " Na podeście czekał już na niego z otwartymi objËciami Roscheper Nant. "Wiktor! - zachrypiał - Przy - yyjacielu! - w tym momencie zauważył IrmË i wpadł w entuzjazm. - Wiktor! I ty też! Na małoletnie małolatki!" Wiktor przymknNoł oczy, mocno nadepnNoł mu na nogË i pchnNoł w pierś - Roscheper upadł na plecy przewracajNoc kosz na śmieci. Zlany potem Wiktor pomaszerował korytarzem. Irma bezszelestnymi susami sadziła obok. PchnNoł drzwi Diany - były zamkniËte, klucza nie było. Załomotał wściekle, i Diana natychmiast siË odezwała: "Wynoś siË do wszystkich diabłŐw! - wrzasnËła z furiNo. - ŚmierdzNocy impotent! GŐwniarz, łajno zasrane!" "Diana - zaryczał Wiktor. - Otwieraj!" Diana zamilkła i drzwi siË otwarły. Stała na progu z importowanym parasolem w pogotowiu. Wiktor odsunNoł jNo, wepchnNoł IrmË do pokoju i zatrzasnNoł za sobNo drzwi. - A, to ty - powiedziała Diana. - A ja myślałam, że znowu Roscheper. - CzuÖ było od niej alkoholem. - Boże - powiedziała. - Kogoś ty przyprowadził? - To jest moja cŐrka - z trudem odparł Wiktor. - Irma. Irmo, to jest Diana. Patrzył Dianie w oczy z rozpaczNo i nadziejNo. DziËki Bogu, zdaje siË, że nie była pijana. Albo z miejsca wytrzeńwiała. - Ty chyba oszalałeś - rzekła cicho. - Irma przemokła - wydusił z siebie. - Przebierz jNo w suche rzeczy, połŐż do łŐżka i w ogŐle... - Nie położË siË - oznajmiła Irma. - Irma - powiedział Wiktor. - BNodń łaskawa słuchaÖ, bo inaczej zaraz kogoś spiorË... - NiektŐrych z tu obecnych rzeczywiście należałoby spraÖ - stwierdziła Diana beznadziejnym głosem. - Diano - rzekł Wiktor. - ProszË ciË. - Dobra - powiedziała Diana. - Idń do siebie. Damy sobie radË. Wiktor wyszedł z ogromnNo ulgNo. Poszedł prosto do swojego pokoju, ale i tam nie było spokoju. Na poczNotek musiał wyrzuciÖ na korytarz absolutnie nieznanNo parË, ktŐra siË tam zagnieńdziła oraz uświnionNo bieliznË pościelowNo. Potem zamknNoł drzwi, zwalił siË na goły materac, zapalił wilgotnego papierosa i zaczNoł siË zastanawiaÖ, co też właściwie narozrabiał. * Wiktor obudził siË pŐńno, była pora obiadu. TrochË bolała głowa, ale nastrŐj okazał siË nieoczekiwanie dobry. Wieczorem, wypaliwszy paczkË papierosŐw, zszedł na dŐł, damskNo szpilkNo do włosŐw otworzył czyjś samochŐd, wyprowadził IrmË służbowym wyjściem i odwiŐzł jNo do matki. PoczNotkowo jechali w milczeniu. Wiktora aż skrËcało, tak paskudnie siË czuł, Irma zaś siedziała obok, czyściutka, schludna, uczesana według najnowszej mody - żadnych tam warkoczykŐw - i zdaje siË miała nawet podmalowane wargi. Miał ogromnNo ochotË na nawiNozanie rozmowy, ale musiałby zaczynaÖ od przyznania siË do niebotycznej głupoty, a to wydało mu siË niepedagogiczne. SkoÓczyło siË na tym, że Irma nagle, ni z tego ni z owego, pozwoliła mu zapaliÖ (pod warunkiem, że wszystkie okna bËdNo otwarte) i zaczËła opowiadaÖ, jakie to wszystko było dla niej ciekawe, jakie to podobne do tego, o czym poprzednio czytała, ale w co nie bardzo wierzyła, jak to znakomicie z jego strony, że zorganizował jej takNo nieoczekiwanNo i w najwyższym stopniu pouczajNocNo przygodË, że w ogŐle jako ojciec jest całkiem do przyjËcia, nie zanudza i nie gada głupstw, że Diana jest "prawie nasza", wszystkich nienawidzi, szkoda tylko, że tak niewiele wie i za bardzo lubi wypiÖ, ale to akurat w koÓcu nie jest takie straszne, ty też lubisz wypiÖ, a wszystkim siË spodobałeś, dlatego, że mŐwiłeś uczciwie, nie udawałeś jakiegoś tam strażnika elitarnej wiedzy i całkiem słusznie, ponieważ nie jesteś żadnym strażnikiem, i nawet Bol-Kunac powiedział, że w całym mieście jesteś jedynym człowiekiem wartościowym, jeśli oczywiście nie liczyÖ doktora Golema, ale Golem właściwie nie ma z miastem nic wspŐlnego, a poza tym nie jest pisarzem, nie wyraża ideologii, a jak ty uważasz, czy ideologia jest w ogŐle potrzebna, czy lepiej bez niej, wielu teraz uważa, że nadchodzi koniec wieku ideologii... W rezultacie odbyła siË znakomita rozmowa, obie strony były pełne szacunku jedna dla drugiej i po powrocie do hotelu (samochŐd postawił na jakimś zagraconym podwŐrzu), Wiktor uważał już, że ojcostwo nie jest tak bardzo niewdziËcznym zajËciem, szczegŐlnie jeśli zna siË życie i umie siË wykorzystaÖ w celach wychowawczych nawet jego ciemne strony. W zwiNozku z tym wypił z Teddym, ktŐry także był ojcem i także interesował siË problemami wychowania, ponieważ jego pierworodny miał I4 lat - trudny wiek przejściowy, twoja jeszcze da ci do wiwatu... to znaczy wnuk Teddyego miał I4 lat, a wychowaniem syna nie mŐgł siË zajmowaÖ dlatego, że syn spËdził dzieciÓstwo w obozie koncentracyjnym. Nie wolno biÖ dzieci, twierdził Teddy. I bez ciebie przez całe życie bËdzie je biÖ każdy, kto ma rËce i nogi, a jeśli masz chËÖ uderzyÖ dzieciaka, lepiej daj po mordzie samemu sobie, ze znacznie wiËkszym pożytkiem dla sprawy. Po ktŐrymś z rzËdu kieliszku Wiktor przypomniał sobie, że Irma ani słowem nie wspomniała o jego okropnym zachowaniu na rozstajnych drogach i doszedł do wniosku, że jego cŐrka jest przebiegłym stworzeniem i w ogŐle uciekaÖ siË za każdym razem do pomocy kochanki, kiedy nie wiadomo jak wykaraskaÖ siË z trudnej sytuacji, w ktŐrNo sam siË uwikłałeś - to co najmniej nieuczciwe. Te wnioski zmartwiły go, ale właśnie przyszedł doktor R. Kwadryga i zamŐwił swojNo codziennNo butelkË rumu, wiËc wypili tË butelkË, na skutek czego Wiktor znowu zobaczył wszystko w rŐżowych barwach, ponieważ stało siË jasne, że Irma po prostu nie chciała go martwiÖ, co oznacza, że szanuje ojca, a byÖ może nawet go kocha. .. Potem przyszedł jeszcze ktoś, i coś zamŐwił. Potem prawdopodobnie Wiktor poszedł spaÖ... Prawdopodobnie... Należy przypuszczaÖ, że spaÖ... Co prawda zachowało siË jeszcze jedno wspomnienie - kafelki na podłodze zalane wodNo, ale co to była za podłoga i co to była za woda, nie sposŐb było odtworzyÖ... I lepiej nie odtwarzaÖ... Doprowadziwszy siË do porzNodku Wiktor zszedł na dŐł, zabrał z recepcji świeże gazety i porozmawiał o przeklËtej pogodzie. - Jak ja wczoraj? - zapytał niedbale. - Nie za bardzo? - Właściwie nie za bardzo - powiedział uprzejmie recepcjonista. - Rachunek da panu Teddy. - Aha - powiedział Wiktor i postanowiwszy chwilowo niczego nie precyzowaÖ, poszedł do restauracji. Wydało mu siË, że lamp na sali jest jakby mniej. - O, do diabła - pomyślał ze strachem. Teddyego jeszcze nie było. Wiktor skłonił siË młodemu człowiekowi w okularach i jego towarzyszowi, usiadł przy swoim stoliku i rozłożył gazetË. Na świecie nic siË nie zmieniło. Jedno paÓstwo zatrzymywało handlowe statki drugiego i to drugie paÓstwo wysyłało kategoryczne protesty. PaÓstwa, ktŐre podobały siË panu prezydentowi, prowadziły sprawiedliwe wojny w obronie swoich narodŐw i demokracji. PaÓstwa, ktŐre z jakiegoś powodu nie podobały siË panu prezydentowi, prowadziły wojny zaborcze, a właściwie nie prowadziły wojen, tylko po prostu po bandycku napadały. Sam pan prezydent wygłosił dwugodzinne przemŐwienie o konieczności skoÓczenia z korupcjNo raz na zawsze i szczËśliwie przeszedł operacjË usuniËcia migdałŐw. Znajomy krytyk - wyjNotkowe ścierwo - wychwalał nowNo powieśÖ Roc-Tusowa i było to nader tajemnicze, ponieważ ksiNożka była naprawdË dobra. Podszedł kelner, jakiś nowy, nieznajomy, po przyjacielsku doradził ostrygi, przyjNoł zamŐwienie, pomachał serwetkNo nad obrusem i oddalił siË. Wiktor odłożył gazety, zapalił, usiadł wygodniej i zaczNoł myśleÖ o pracy. Po dobrym pijaÓstwie zawsze z ochotNo rozmyślał o pracy. Dobrze byłoby napisaÖ optymistycznNo, wesołNo ksiNożkË... O tym, jak żyje sobie na świecie człowiek, kocha swojNo pracË, niegłupi, lubi przyjaciŐł, a przyjaciele go ceniNo, o tym jak mu z tym dobrze - sympatyczny chłopak, dowcipny, trochË dziwak. Nie ma fabuły. A jeśli nie ma fabuły, to znaczy, że nudne. A w ogŐle, jeśli już usiNośÖ do takiej powieści, to trzeba siË zastanowiÖ, dlaczego temu miłemu człowiekowi jest tak dobrze, a wtedy niewNotpliwie dojdzie siË do wniosku, że dobrze jest mu wyłNocznie dlatego, że ma ukochanNo pracË, a wszystko inne mu po prostu zwisa. A w takim razie co to za człowiek, jeśli wszystko ma gdzieś oprŐcz swojej pracy. Można oczywiście napisaÖ o człowieku, ktŐrego sensem życia jest miłośÖ blińniego i jest mu dobrze na świecie, ponieważ kocha swoich blińnich i kocha swojNo pracË, ale o takim człowieku parË tysiËcy lat temu napisali już panowie Łukasz, Mateusz, Jan i jeszcze jakiś - w sumie było ich czterech. Tak w ogŐle, to było ich znacznie wiËcej, ale tylko ci czterej pisali odpowiednio, a pozostali byli pozbawieni rŐżnych rzeczy, jeden świadomości narodowej, drugi prawa korespondencji... a człowiek, o ktŐrym pisali, niestety był szalony... Właściwie byłoby zajmujNoce opisaÖ, jak Chrystus przychodzi na ZiemiË dzisiaj, nie tak, jak o tym pisał Dostojewski, ale tak jak pisał ten Łukasz z kumplami... Chrystus przychodzi do sztabu generalnego i proponuje: kochajcie swoich blińnich. A w sztabie, rzecz jasna, siedzi jakiś antysemita... - Pan pozwoli, panie Baniew? - zahuczał nad nim sympatyczny, mËski głos. Był to pan burmistrz we własnej osobie. Nie tamten apoplektycznie purpurowy, kwiczNocy z niezdrowego podniecenia wieprz na ogromnym łożu Roschepera, lecz elegancko zaokrNoglony, idealnie wygolony, ubrany bez zarzutu imponujNocy mËżczyzna ze skromnNo wstNożeczkNo w klapie i z emblematem Legiii na lewym ramieniu. - ProszË - powiedział Wiktor bez cienia radości. Pan burmistrz usiadł, rozejrzał siË i położył dłonie na stole. - Postaram siË nie dokuczaÖ panu zbyt długo swojNo obecnościNo - oznajmił - i sprŐbujË nie przeszkodziÖ w paÓskiej biesiadzie, jednakże problem, z ktŐrym zamierzam siË do pana zwrŐciÖ, dojrzał już ostatecznie, abyśmy wszyscy, wielcy i mali, ci ktŐrym drogi jest honor i dobrobyt naszego miasta byli gotowi odłożyÖ własne sprawy, aby go jak najszybciej i najefektywniej rozwiNozaÖ. - Słucham pana - rzekł Wiktor. - Spotykamy siË tu panie Baniew, raczej nieoficjalnie, ponieważ zdajNoc sobie sprawË z tego, że jest pan nadzwyczaj zajËty, nie chciałem niepokoiÖ pana w czasie pracy, szczegŐlnie biorNoc pod uwagË jej specyfikË. Jednakże zwracajNoc siË obecnie do pana jako osobistośÖ oficjalna - i w swoim własnym imieniu i w imieniu całego magistratu... Kelner przyniŐsł butelkË białego wina i ostrygi. Burmistrz zatrzymał go wzniesionym palcem. - Przyjacielu - powiedział. - PŐl porcji kitchigaÓskiej i kieliszek miËtŐwki. Jesiotr bez sosu... A wiËc pozwolË sobie kontynuowaÖ - oznajmił, ponownie zwracajNoc siË do Wiktora. - Obawiam siË co prawda, że naszNo rozmowË trudno bËdzie uznaÖ za pogawËdkË przy stole, ponieważ mowa bËdzie o sprawach i okolicznościach nie tylko smutnych, ale, powiedziałbym, nieapetycznych. Zamierzałem porozmawiaÖ z panem o tak zwanych mokrzakach, o tym złośliwym nowotworze, ktŐry już nie pierwszy rok zżera nasz nieszczËsny region. - Tak, tak - przytaknNoł Wiktor. Zaczynało go to interesowaÖ. Burmistrz niezbyt głośno wygłosił dobrze przemyślane i nieskazitelne stylistycznie przemŐwienie. Opowiedział, jak dwadzieścia lat temu, od razu po okupacji, w KoÓskim WNowozie zbudowano leprozorium, obŐz - kwarantannË dla osŐb cierpiNocych na tak zwany żŐłty trNod czyli chorobË okularniczNo. ZresztNo prawdË mŐwiNoc choroba ta, jak dobrze wiadomo panu Baniewowi, pojawiła siË w naszym kraju jeszcze w niepamiËtnych czasach, przy czym, jak dowodzNo specjalnie przeprowadzone badania, szczegŐlnie czËsto atakowała ona nie wiedzieÖ czemu mieszkaÓcŐw właśnie naszego regionu. Jednakże wyłNocznie dziËki wysiłkom pana prezydenta, chorobie tej poświËcono niezmiernie wiele uwagi i tylko na skutek jego osobistego zalecenia pozbawieni opieki lekarskiej, rozproszeni po całym kraju i czËstokroÖ niesprawiedliwie prześladowani przez zacofane grupy ludności, zaś przez okupantŐw fizycznie likwidowani, nieszczËśnicy ci zostali wreszcie przewiezieni w jedno miejsce, gdzie stworzono im warunki znośnej egzystencji, odpowiedniej do ich sytuacji. Wszystko to nie budzi żadnego sprzeciwu, przedsiËwziËte środki można jedynie pochwalaÖ, jednakże, jak to u nas czasami siË zdarza, najlepsze i najszlachetniejsze inicjatywy zwracajNo siË przeciwko nam. Nie bËdziemy w tej chwili szukaÖ winnych. Nie bËdziemy prowadziÖ śledztwa w sprawie działalności niejakiego doktora Golema, działalności byÖ może ofiarnej, ale jednak brzemiennej, jak siË teraz okazało, w nadzwyczaj nieprzyjemne skutki. Nie bËdziemy także zajmowaÖ siË przedwczesnym krytykanctwem, chociaż stanowisko niektŐrych wystarczajNoco wysokich instancji uporczywie ignorujNocych nasze protesty nam osobiście wydaje siË dośÖ zagadkowe. Przejdńmy do faktŐw... - Burmistrz wypił miËtŐwkË, ze smakiem zakNosił jesiotrem i jego głos stał siË jeszcze bardziej aksamitny, nie sposŐb było wyobraziÖ sobie, że ten człowiek zastawia potrzaski na ludzi. Wielosłownie wyraził pragnienie nieprzeciNożania uwagi pana Baniewa krNożNocymi po mieście plotkami, ktŐre to plotki, jak musi wyznaÖ wprost, sNo rezultatem niedostatecznie precyzyjnego i jednoznacznego wykonywania zaleceÓ pana prezydenta przez wszystkie szczeble administracyjne, mamy na myśli nadzwyczaj rozpowszechniony poglNod o fatalnej roli tak zwanych mokrzakŐw, obciNożanie ich odpowiedzialnościNo za gwałtownNo zmianË klimatu, zwiËkszenie liczby poronieÓ i procentu bezpłodnych małżeÓstw, za gwałtowny exodus niektŐrych zwierzNot domowych, za inwazjË szczegŐlnego rodzaju pluskwy domowej a konkretnie - pluskwy skrzydlatej... - Panie burmistrzu - powiedział z westchnieniem Wiktor. - MuszË panu wyznaÖ, że jest mi niezmiernie trudno śledziÖ paÓskie długie okresy. Może porozmawiajmy wprost, jak dobrzy synowie jednego narodu. Może nie bËdziemy mŐwiÖ, o czym nie bËdziemy mŐwiÖ, a bËdziemy - o czym bËdziemy. Burmistrz obrzucił go szybkim spojrzeniem, coś sobie obliczył, coś pokojarzył, diabli go tam wiedzNo, co tam skojarzył, ale zapewne wszystko co trzeba - i to, że Wiktor pił z Roscheperem i to, że w ogŐle pił, hałaśliwie z cyrkiem i fajerwerkiem, na cały kraj, i to, że Irma jest wunderkindem, i to, że jest na świecie niejaka Diana i jeszcze zapewne niemało innych rzeczy - tak, że blichtr pana burmistrza po prostu w oczach mocno przyblakł i pan burmistrz krzyknNoł, żeby mu przynieśli kieliszek koniaku. Wiktor też poprosił o koniak. Burmistrz zarechotał, obejrzał pustNo już salË, leciutko uderzył piËściNo w stŐł i oznajmił. - Rzeczywiście, co ja tu bËdË krËcił. Życie w mieście stało siË niemożliwe - może pan za to podziËkowaÖ paÓskiemu Golemowi - nawiasem mŐwiNoc, czy pan wie, że Golem to tajny komunista? Tak, tak, zapewniam pana, sNo na niego materiały... ten paÓski Golem wisi na włosku... A wiËc, powiadam - na naszych oczach demoralizujNo nasze dzieci. Te ścierwa przenikły do szkŐł i doszczËtnie zdemoralizowały nam dzieci... wyborcy sNo niezadowoleni, niektŐrzy wyjeżdżajNo z miasta, zaczyna siË ferment, tylko patrzeÖ, jak rozpocznNo siË samosNody, oto jak wyglNoda sytuacja. - Osuszył kieliszek. - MuszË siË panu przyznaÖ, że ja ich nienawidzË, zabijałbym jak szczury, tylko nie chcË sobie brudziÖ rNok. Nie uwierzy pan, panie Baniew, doszedłem do tego, że zastawiam na nich potrzaski... No dobrze, zdemoralizowali dzieci, mŐwi siË trudno. Dzieci to dzieci, można je demoralizowaÖ dzieÓ i noc, a im wszystkiego mało. Ale niech pan siË postawi w mojej sytuacji. Te deszcze, to jednak ich robota, chociaż nie wiem, jak oni to robiNo. Zbudowaliśmy sanatorium, lecznicze wody, cudowny klimat, spaliśmy na pieniNodzach. Przyjeżdżali do nas ze stolicy, a jak siË to wszystko skoÓczyło? Deszcze, mgły, kuracjusze zakatarzeni, im dalej, tym gorzej, przyjechał tu znany fizyka.. zapomniałem nazwiska, zresztNo pan na pewno go zna... pomieszkał dwa tygodnie i gotowe - choroba okularnicza, marsz do leprozorium. Świetna reklama dla sanatorium! Potem jeszcze jeden przypadek i jeszcze, no i koniec - kuracjuszy ani na lekarstwo. Restauracja za chwilË zbankrutuje, sanatorium ledwie dyszy - Bogu dziËki znalazł siË trener kretyn, trenuje specjalnNo drużynË do gry w kraj ach o deszczowym klimacie... No i pan Roscheper oczywiście pomaga nam w jakimś stopniu... Pan mnie rozumie? PrŐbowałem dogadaÖ siË z tym Golemem - jak groch o ścianË - czerwony, to zawsze czerwony. Pisałem na gŐrË - żadnych rezultatŐw. Pisałem wyżej - to samo. Jeszcze wyżej - odpowiadajNo, że przyjËli do wiadomości i skierowali sprawË do rozpatrzenia we właściwych instancjach na dole... NienawidzË ich, ale siË przemogłem i sam pojechałem do leprozorium. Wpuścili. Prosiłem, udowadniałem... Co za wstrËtne typy! MrugajNo swoimi wyliniałymi ślepiami jak na jakiegoś wrŐbla, jakbym był powietrzem... - pochylił siË do Wiktora i wyszeptał. - BojË siË buntu, krew siË poleje. Pan mnie rozumie? - Owszem - powiedział Wiktor. - Ale co ja mam z tym wspŐlnego? Burmistrz rozparł siË w fotelu, wyjNoł cygaro z aluminiowego futerału, zapalił. - W mojej sytuacji - oznajmił - zostaje tylko jedno - uruchomiÖ wszystkie dńwignie. Potrzebna jest jawnośÖ. Magistrat uchwalił petycjË do departamentu ochrony zdrowia, podpisze jNo pan Roscheper, mam nadziejË pan rŐwnież, ale to jeszcze niewiele daje. Potrzebna jest jawnośÖ! Potrzebny jest dobry artykuł w stołecznej gazecie podpisany głośnym nazwiskiem. PaÓskim nazwiskiem, panie Baniew. A problem jest palNocy, wymarzony dla takiego trybuna jak pan. Bardzo pana proszË. I w swoim własnym imieniu i w imieniu magistratu, i w imieniu nieszczËśliwych rodzicŐw... Trzeba zrobiÖ wszystko co w naszej mocy, żeby leprozorium zabrali stNod do wszystkich diabłŐw! DokNodkolwiek, ale żeby z mokrzakŐw nie zostało tu ani śladu, żebyśmy mogli zapomnieÖ o tej zarazie. Oto, co chciałem panu powiedzieÖ. - Tak... rozumiem - wolno odparł Wiktor. - Bardzo dobrze pana rozumiem. Ty bydlaku, myślał, ty gruba świnio, naprawdË mogË ciË zrozumieÖ. Ale co siË stało z mokrzakami? Byli cisi, przygarbieni, chodzili boczkiem, niczego takiego siË o nich nie słyszało, tylko niektŐrzy mŐwili, że podobno mokrzaki śmierdzNo, że podobno sNo zarańliwi, podobno robiNo niezwykłe zabawki i w ogŐle rŐżne rzeczy z drzewa... matka Fryda mŐwiła, o ile pamiËtam, że umiejNo rzucaÖ uroki, i przez nich mleko kwaśnieje, że mogNo ściNognNoÖ na nas wojnË, mŐr i głŐd... A teraz siedzNo za drutem kolczastym, i co też oni robiNo tam u siebie? Oj, robiNo, robiNo i to dużo. PogodË robiNo, i dzieci zwabiajNo do siebie (po co?), koty przepËdzili (też dlaczego?), pluskwy zmusili do latania... - Pewnie pan sNodzi, że my tutaj siedzimy z założonymi rËkami - powiedział burmistrz. - W żadnym wypadku. Ale co my możemy? PrzygotowujË proces przeciwko Golemowi. Pan inspektor sanitarny Pawor Summan zgodził siË zostaÖ konsultantem. Położymy nacisk na infekcyjnośÖ choroby - w tej sprawie nie zostało jeszcze powiedziane ostatnie słowo, a Golem jako tajny komunista oczywiście ten fakt wykorzystuje. To jedno. NastËpnie prŐbujemy odpowiedzieÖ terrorem na terror. Miejscowa Legia, nasza duma, chłopcy jak złoto jeden w drugiego, no, po prostu orły... ale to jakoś nie to. Przecież nie otrzymujemy żadnych instrukcji z gŐry... Policja znajduje siË w fałszywej sytuacji... i w ogŐle... A wiËc przeciwdziałamy jak tylko możemy. Zatrzymujemy ładunki, ktŐre do nich idNo... prywatne, oczywiście, nie żywnośÖ i nie pościel rzecz jasna, ale rozmaite ksiNożki, oni zamawiajNo bardzo dużo ksiNożek... Dzisiaj na przykład zatrzymaliśmy ciËżarŐwkË, i od razu jakoś lżej na duszy. Ale to wszystko drobiazgi, żeby siË pocieszyÖ, a należałoby radykalnie... - Tak - powiedział Wiktor. - WiËc orły jeden w drugiego. Jak mu tam... Flamenda? Ten, no bratanek... - Famenco Juventa - oznajmił burmistrz. - MŐj zastËpca do spraw Legii, orzeł! Pan go już poznał? - TrochË poznałem - rzekł Wiktor. - Ale po co zatrzymujecie ksiNożki? - Jak to po co? To oczywiście głupota, ale człowiek jest tylko człowiekiem i w ktŐrymś momencie nie wytrzymuje. A poza tym... - burmistrz uśmiechnNoł siË wstydliwie. - Śmieszne, naturalnie, ale chodzNo plotki, że oni bez ksiNożek nie mogNo... jak normalni ludzie bez jedzenia i tak dalej... Zapadła cisza. Wiktor bez apetytu dłubał widelcem w befsztyku i rozmyślał. Mało wiem o mokrzakach, a to co wiem, nie budzi we mnie sympatii. ByÖ może chodzi o to, że niezbyt lubiłem ich w dzieciÓstwie. Ale za to burmistrza i jego bandË znam dobrze - sadło i śmietanka narodu, sfora prezydenta, czarna sotnia... Nie, jeśli wy jesteście przeciwko mokrzakom, to znaczy, że w mokrzakach coś jednak jest... Z drugiej strony mogË napisaÖ artykuł, choÖby nie wiem jak rozpasany, to i tak nikt nie zaryzykuje jego druku, a burmistrz bËdzie zadowolony, miałbym przynajmniej z tego jakNoś korzyśÖ, żyłbym sobie tutaj śpiewajNoco... Jaki prawdziwy pisarz może siË pochwaliÖ, że żyje jak pNoczek w maśle? MŐgłbym siË tu urzNodziÖ, dostaÖ synekurË, zostaÖ na przykład jakimś inspektorem magistrackim do spraw miejskich plaż i pisaÖ sobie na zdrowie... o tym jak wspaniale żyje siË człowiekowi pochłoniËtemu ukochanNo pracNo... i wygłaszaÖ na ten temat odczyty dla wunderkindŐw... E tam, wszystka polega na tym, żeby kiedy ci plujNo w pysk, udawaÖ, że to deszcz i spokojnie siË wytrzeÖ. Na poczNotku ze wstydem, potem ze zdziwieniem, a wreszcie, zanim siË człowiek obejrzy, zacznie siË wycieraÖ z godnościNo i nawet bËdzie miał z tego satysfakcjË. - My, rzecz jasna, w żadnym razie nie nakłaniamy pana do pośpiechu - powiedział burmistrz. - Jest pan człowiekiem zapracowanym i tak dalej. Powiedzmy w granicach tygodnia, co? Wszystkie materiały otrzyma pan od nas, możemy nawet dostarczyÖ coś w rodzaju schematu, planu, według ktŐrego życzylibyśmy sobie... a pan tylko wygładzi wprawnNo rËkNo i rzecz nabierze właściwego blasku. A podpisaliby siË pod tym artykułem trzej wybitni synowie naszego miasta - poseł do parlamentu Roscheper Nant, sławny pisarz Baniew i paÓstwowy laureat doktor Rem Kwadryga... Nieńle mu to idzie, pomyślał Wiktor. A my, ci z drugiej strony, nie mamy nawet cienia takiej wytrwałości. Byłoby bicie piany, chodzenie dookoła Wojtek - żeby tylko nie uraziÖ człowieka, nie poddawaÖ go przesadnej presji, żeby tylko, nie daj Boże, nie posNodził nas o prywatË... Wybitni synowie miasta! A przecież ten łajdak jest absolutnie pewny, że ja artykuł napiszË i podpiszË, że nie mam wyjścia, że zesłany Baniew bËdzie musiał podnieśÖ rËce do gŐry i w pocie duszy odpracowaÖ swŐj beztroski pobyt w rodzinnym mieście... I o schemacie wspomniał... dobrze wiemy, jaki to musi byÖ schemat, żeby obryzganego prezydenckNo ślinNo Baniewa nawet teraz można było wydrukowaÖ. Ta - ak, panie Baniew, lubi pan koniak, lubi pan dziewczynki, i marynowane minogi z cebulkNo też pan lubi, wiËc musisz pan polubiÖ pana burmistrza... - ZastanowiË siË nad paÓskNo propozycjNo - powiedział, uśmiechajNoc siË. - Pomysł wydaje mi siË wystarczajNoco interesujNocy, ale zrealizowanie go wymaga pewnej ugody z sumieniem - obleśnie mrugnNoł do burmistrza. Burmistrz zarechotał. - No a jak! "Sumienie narodu, precyzyjne zwierciadło" i tak dalej... PamiËtam, jakże inaczej... - ponownie nachylił siË do Wiktora z minNo spiskowca. - Zapraszam pana na jutro do siebie - zahuczał. - BËdNo wyłNocznie sami swoi. Tylko, uprzedzam, bez żon. No? - Tu - oznajmił Wiktor wstajNoc - jestem zmuszony stanowczo odrzuciÖ paÓskNo propozycjË. Mam ważne sprawy - znowu obleśnie mrugnNoł. - W sanatorium. Rozstali siË nieomal jak przyjaciele. Pisarz Baniew został zaliczony do miejscowej elity i żeby doprowadziÖ do porzNodku roztrzËsione takim zaszczytem nerwy, zmuszony był wychłeptaÖ szklaneczkË koniaku natychmiast, jak tylko plecy pana burmistrza znikły za drzwiami. Można oczywiście wyjechaÖ stNod do wszystkich diabłŐw, myślał Wiktor. Za granicË mnie nie wypuszczNo, zresztNo nie chcË wyjeżdżaÖ za granicË, co ja tam bËdË robił, wszËdzie jest tak samo. Ale i w tym kraju znajdzie siË sporo miejsc, w ktŐrych można siË schowaÖ i przesiedzieÖ. Wyobraził sobie słoneczne przestrzenie, bukowe zagajniki, upajajNoce powietrze, milczNocych farmerŐw, zapachy mleka i miodu... i nawozu, i komary, i smrŐd wychodka, i straszliwNo nudË... staroświeckie telewizory oraz miejscowNo inteligencjË: cwany pop - dziwkarz, wiecznie pijany nauczyciel, samogon... ZresztNo, co tu gadaÖ, jest gdzie pojechaÖ. Ale przecież tylko tego im trzeba, żebym gdzieś wyjechał, żebym zszedł z oczu, skrył siË w mysiej dziurze, i to z własnej woli, bez przymusu, ponieważ gdyby mnie zesłali, podniŐsłby siË krzyk, hałas, mieliby kłopoty... na tym polega cały kłopot, że bËdNo bardzo zadowoleni - wyjechał, zamknNoł siË, nikt o nim nie pamiËta, przestał brzdNokaÖ... Wiktor zapłacił, poszedł do swojego numeru, włożył płaszcz i wyszedł na deszcz. Ni stNod ni zowNod nagle bardzo zapragnNoł znowu zobaczyÖ IrmË, porozmawiaÖ z niNo o postËpie, wyjaśniÖ dlaczego tak dużo pije (a rzeczywiście, dlaczego ja tak dużo pijË?) i byÖ może siedzi tam u niej Bol-Kunac, ale Loli z pewnościNo nie bËdzie... Ulice były mokre, szare, puste, w ogrŐdkach spokojnie konały jabłonie. Wiktor po raz pierwszy zauważył, że niektŐre domy majNo drzwi i okna zabite deskami. Jednak miasto bardzo siË zmieniło - pochylone płoty, pod gzymsy zapełzła biała pleśÓ, wypłowiały kolory, a na ulicach niepodzielnie krŐlował deszcz. Deszcz padał po prostu jak deszcz, deszcz kropił z dachŐw drobniutkim wodnym pyłem, deszcz zbierał siË na wietrze w mgliste wirujNoce słupy wËdrujNoce od ściany do ściany, deszcz rozlewał siË po jezdni i pomykał po wyżłobionych miËdzy kamieniami rowkach. Czarno - szare chmury powoli pełzły tuż nad dachami. Człowiek był nieproszonym gościem na ulicach i deszcz nie okazywał mu żadnych wzglËdŐw. Wiktor wyszedł na plac i zobaczył ludzi, ktŐrzy stali pod daszkiem przed wejściem na komendË policji - dwŐch policjantŐw w mundurowych płaszczach i niziutki, umorusany chłopak w roboczym kombinezonie. Przed wejściem, lewymi kołami na trotuarze stał niezgrabny furgon z brezentowNo budNo. Jednym z policjantŐw był policmajster, patrzył w bok wysuwajNoc naprzŐd potËżnNo szczËkË, a chłopiec, rozpaczliwie gestykulujNoc, o czymś go przekonywał płaczliwym głosem. Drugi policjant rŐwnież milczał z niezadowolonym wyrazem twarzy i palił papierosa. Wiktor zbliżył siË do nich i kiedy pozostało mu jeszcze mniej wiËcej piËtnaście krokŐw, zaczNoł słyszeÖ, co mŐwi chłopiec. Chłopiec krzyczał: - A co ja mam z tym wspŐlnego? Jechałem prawidłowo? Prawidłowo. Papiery mam w porzNodku? W porzNodku. Ładunek legalny, tu sNo faktury. Co, pierwszy raz tu przyjeżdżam, czy co? Policmajster zauważył Wiktora i na jego twarzy pojawił siË wyjNotkowo nieprzyjemny grymas. OdwrŐcił siË, i jakby w ogŐle nie zauważajNoc kierowcy, powiedział do policjanta. - A wiËc zostajesz tutaj. Pilnuj, żeby wszystko było w porzNodku. Nie włań do kabiny, bo wszystko po - kradnNo. I nikomu nie wolno zbliżaÖ siË do samochodu. Jasne? - Jasne - odpowiedział policjant. Był wyjNotkowo niezadowolony. Szef policji zszedł ze schodkŐw, wsiadł do swojego samochodu i odjechał. Umorusany chłopak splunNoł ze złościNo i odwołał siË do Wiktora. - Niech chociaż pan powie, czy ja jestem winny, czy nie? - Wiktor przystanNoł i chłopca to zdopingowało. - Normalnie sobie jadË. WiozË ksiNożki do obozu specjalnego. Woziłem już tysiNoce razy. A teraz, znaczy, zatrzymujNo mnie i każNo jechaÖ na policjË. Za co? Jechałem prawidłowo? Prawidłowo. Papiery mam w porzNodku? W porzNodku, tu jest faktura. LicencjË mi zabrali, żebym nie uciekł. A dokNod mam uciekaÖ? - PrzestaÓ już siË wydzieraÖ - powiedział policjant. Chłopiec żywo odwrŐcił siË do niego. - WiËc co ja takiego zrobiłem? Niech pan powie, czy przekroczyłem szybkośÖ? Nie przekroczyłem. Przecież mi potrNocNo za przestŐj. I papiery mi zabraliście... - Wszystko siË wyjaśni - oznajmił policjant. - Słowo dajË, czego ty siË denerwujesz? Idń, posiedń sobie w knajpie i radzË ci, pilnuj swego nosa. - Ech, władzuchna kochana! - zawołał chłopak i z rozmachem wcisnNoł kaszkiet na głowË. - Nie ma sprawiedliwości na świecie! Jeńdzisz na lewo - zatrzymujNo, na prawo jeńdzisz - też zatrzymujNo - zaczNoł schodziÖ ze stopni, ale przystanNoł i zwrŐcił siË do policjanta. - Może mandat pan weńmie, albo jakoś inaczej? - Idń, już idń - powiedział policjant. - Bo mnie obiecali premiË za pośpiech! CałNo noc jechałem. - Idń stNod, powiedziałem! - powtŐrzył milicjant. Chłopak ponownie splunNoł, podszedł do swojej furgonetki, dwa razy kopnNoł przednie koło, potem nagle przygarbił siË, wsunNoł rËce do kieszeni i pobiegł przez plac. Policjant spojrzał na Wiktora, spojrzał na ciËżarŐwkË, spojrzał na niebo, papieros mu zgasł, wypluł niedopałek i odrzucajNoc po drodze kaptur, wszedł do budynku komendy. Wiktor stał przez czas jakiś, nastËpnie powoli obszedł ciËżarŐwkË dookoła. CiËżarŐwka była ogromna, potËżna, kiedyś na takich wożono piechotË zmotoryzowanNo. Wiktor rozejrzał siË. Kilka metrŐw przed samochodem stał skrËciwszy na bok przednie koło i moknNoł pod deszczem policyjny "Harley", i nic wiËcej w pobliżu nie było. DogoniÖ, to mnie dogoniNo, pomyślał Wiktor, ale diabła zjedzNo, jeśli mnie zatrzymajNo. Nagle zrobiło mu siË wesoło. A co, pomyślał znany pisarz Baniew znowu siË schlał i porwał w celach rozrywkowych cudzy samochŐd, na szczËście obeszło siË bez ofiar... Wiedział, że sprawa wcale nie wyglNoda tak prosto, że nie bËdzie pierwszym, ktŐry dostarczy władzom eleganckiego pretekstu, aby przymknNoÖ niewygodnego człowieka, ale nie miał ochoty siË zastanawiaÖ, miał ochotË poddaÖ siË impulsowi. W ostatecznym razie napiszË tej kanalii artykuł, pomyślał mimochodem. Szybko otworzył drzwi do szoferki i usiadł przy kierownicy. Klucza w stacyjce nie było, musiał zerwaÖ kable zapłonu i połNoczyÖ druty. Kiedy silnik zapalił, Wiktor zanim zatrzasnNoł drzwi, spojrzał za siebie na wejście do komendy. Stał tam ten sam policjant z tym samym wyrazem niezadowolenia na twarzy i z papierosem w kNociku warg. Było jasne, że jeszcze nic do niego nie dotarło. Wiktor zamknNoł drzwi, precyzyjnie zjechał na jezdniË, zmienił bieg i dał gazu w najbliższNo ulicË. To było bardzo przyjemne - pËdziÖ po pustych ulicach wznoszNoc kołami wielkie wodospady z głËbokich kałuż, obracaÖ ciËżkNo kierownicË napierajNoc na niNo całym ciałem - obok fabryki konserw, obok stadionu, na ktŐrym "Bracia w sapiencji" jak mokre mechanizmy wciNoż kopali swoje piłki i dalej szosNo, po wyrwach, podskakujNoc na siedzeniu i słyszNoc jak z tyłu, w skrzyni ciËżarŐwki, za każdym razem ciËżko opada ńle umocowany ładunek. W lusterku nie widaÖ było pogoni, zresztNo trudno byłoby jNo zauważyÖ w takim deszczu. Wiktor czul siË bardzo młody, bardzo komuś potrzebny i nawet trochË pijany. Z dachu szoferki mrugały do niego śliczne dziewczyny wyciËte z ilustrowanych pism, w schowku znalazł paczkË papierosŐw i było mu tak dobrze, że omal nie przegapił skrzyżowania, ale w porË przyhamował i skrËcił zgodnie z drogowskazem "Leprozorium - 6 km". I wtedy poczuł siË jak odkrywca nieznanych drŐg, ponieważ nigdy tËdy nie jeńdził i nie chodził. A droga okazała siË dobra, zupełnie inaczej niż magistracka szosa - poczNotkowo bardzo rŐwny i zadbany asfalt, potem nawet beton i kiedy zobaczył betonowe płyty, od razu przypomniał sobie o żołnierzach i drucie kolczastym a po piËciu minutach to zobaczył. Ogrodzenie - jeden rzNod drutŐw - ciNognËło siË po obu stronach betonowej drogi i znikało gdzieś w deszczu. Zamykała drogË wysoka brania z budkNo strażniczNo, drzwi budki były otwarte i na jej progu stał już żołnierz w hełmie, w długich butach i w wojskowej pelerynie, spod ktŐrej wysuwała siË lufa automatu. Jeszcze jeden żołnierz, bez hełmu, wyglNodał przez okienko. "Nigdy jeszcze nie siedziałem w łagrze - zanucił Wiktor - ale lepiej nie mŐwcie - podziËkuj za to Bogu..." Zwolnił i zahamował przed samNo bramNo. Żołnierz wyszedł z budki i podszedł do ciËżarŐwki - bardzo młody, piegowaty żołnierzyk, mŐgł mieÖ najwyżej osiemnaście lat. - DzieÓ dobry - powiedział. - Czemu tak pŐńno? - Wynikły pewne okoliczności - odpowiedział Wiktor zdumiony takim liberalizmem. Żołnierz przyjrzał siË Wiktorowi i nagle zesztywniał. - PaÓskie dokumenty - rzekł sucho. - Jakie tam dokumenty - odparł wesoło Wiktor. - MŐwiË przecież - zaistniały okoliczności. Żołnierz zacisnNoł wargi. - Co pan przywiŐzł? - zapytał. - KsiNożki - oznajmił Wiktor. - A przepustkË pan ma? - Jasne, że nie mam. - Aha - powiedział żołnierz i jego twarz siË rozjaśniła. - Ja też patrzË... W takim razie proszË poczekaÖ. W takim razie trzeba bËdzie poczekaÖ. - Niech pan weńmie pod uwagË - rzekł Wiktor unoszNoc wskazujNocy palec - że mogNo mnie ścigaÖ. - Nie szkodzi, ja szybko - odpowiedział żołnierz i przytrzymujNoc automat na piersi załomotał buciorami do wartowni. Wiktor wysiadł z kabiny i stojNoc na stopniu obejrzał siË za siebie. Przez deszcz nie było nic widaÖ. Wobec tego wrŐcił za kierownicË i zapalił papierosa. Wszystko wyglNodało bardzo zabawnie. Przed nim, za drutami i za bramNo także wirował deszcz, można było domyśleÖ siË, że stojNo tam jakieś ciemne budowle - ni to domy, ni to wieże, ale wypatrzyÖ cokolwiek konkretnego było nie sposŐb. Czyżby mieli mnie nie zaprosiÖ do środka? - pomyślał Wiktor. To bËdzie świÓstwo, jeśli mnie nie zaproszNo. Można wprawdzie sprŐbowaÖ odwołaÖ siË do Golema, on na pewno gdzieś tu jest... Tak właśnie zrobiË, pomyślał. Czyżbym nadaremnie okazał siË bohaterem?... Żołnierz znowu wyszedł z wartowni, a za nim wybiegł stary znajomy, pryszczaty chłopiec nihilista w samych kNopielŐwkach, bardzo teraz wesoły i bez żadnych śladŐw wszechświatowego smutku. Wyprzedziwszy żołnierza wskoczył na stopieÓ ciËżarŐwki, zajrzał do szoferki, poznał, zdumiał siË i roześmiał. - DzieÓ dobry, panie Baniew! To pan? Jak fajnie... PrzywiŐzł pan ksiNożki, prawda? A my czekamy, czekamy... - No jak, wszystko w porzNodku? - zapytał zbliżywszy siË żołnierz. - Tak, to nasz samochŐd. - Wobec tego wjeżdżaj - powiedział żołnierz. - A pan niestety bËdzie musiał wyjśÖ i zaczekaÖ. - Chciałbym zobaczyÖ siË z doktorem Golemem - oznajmił Wiktor. - Można go wywołaÖ tutaj - zaproponował żołnierz. - Hm - mruknNoł Wiktor i znaczNoco popatrzył na chłopca. Chłopiec rozłożył rËce ze skruchNo. - Nie ma pan przepustki - wyjaśnił. - A oni bez przepustki nikogo nie wpuszczajNo. My byśmy z radościNo.... Nie pozostało nic innego, jak wyleńÖ na deszcz. Wiktor zeskoczył na drogË, włożył kaptur i patrzył, jak rozwarła siË brama, ciËżarŐwka szarpnËła i podrygujNoc wpełzła za ogrodzenie. I brama zamknËła siË. Czas jakiś jeszcze Wiktor słyszał wycie silnika i skowyt hamulcŐw, a potem nie było słychaÖ już nic oprŐcz plusku i szmeru. A wiËc tak, pomyślał Wiktor. A ja? Poczuł rozczarowanie. Dopiero teraz zrozumiał, że zdecydował siË na bohaterstwo nie całkiem bezinteresownie, że miał nadziejË dużo zobaczyÖ i dużo zrozumieÖ... przeniknNoÖ, jeśli można tak powiedzieÖ, do epicentrum. No i diabli z wami, pomyślał. Popatrzył na drogË. Do skrzyżowania sześÖ kilometrŐw, od skrzyżowania do miasta kilometrŐw dwadzieścia. Można oczywiście od skrzyżowania do sanatorium - dwa kilometry. NiewdziËczne świnie... Na deszczu... W tym momencie zauważył, że deszcz osłabł. DziËki Bogu choÖ za to, pomyślał. - WiËc mam wywołaÖ pana Golema? - zapytał żołnierz. - Golema? - Wiktor siË ożywił. Właściwie dobrze by było przegoniÖ tego starego grzyba pod deszczem tam i z powrotem, a poza tym Golem ma samochŐd. I flaszkË. - A tak, poproszË. - To jest do zrobienia - powiedział żołnierzyk. - Wywołamy go. Tylko, że on raczej nie przyjdzie, na pewno powie, że jest zajËty. - To nic - odrzekł Wiktor. - Niech pan mu powie, że Baniew go prosi. - Baniew? Dobrze, powiem. Ale on i tak nie przyjdzie. Ale dla mnie to żaden kłopot. Znaczy, Banie w... - i żołnierzyk odszedł, taki sympatyczny żołnierzyk, nic tylko same piegi pod hełmem. Wiktor zapalił papierosa i wtedy rozległ siË trzask motocykla. Zza mgielnej zasłony z obłNokanNo szybkościNo wynurzył siË "Harley" z przyczepNo, podjechał pod samNo bramË i zahamował. Na siodełku siedział ten sam policjant z niezadowolonNo twarzNo, drugi, zakutany w brezent po same oczy siedział w przyczepie. Zaraz siË zacznie, pomyślał Wiktor naciNogajNoc głËbiej kaptur. Ale nic mu to nie pomogło. Policjant z niezadowolonNo twarzNo zsiadł z motocykla podszedł do Wiktora i ryknNoł: - Gdzie ciËżarŐwka? - Jaka ciËżarŐwka? - ze zdumieniem zapytał Wiktor, żeby zyskaÖ na czasie. - Niech pan nie udaje! - wrzasnNoł policjant. - Widziałem pana! SNod siË panem zajmie! Porwanie aresztowanego samochodu! - ProszË na mnie nie wrzeszczeÖ! - zaprotestował Wiktor z godnościNo. - Co to za chamstwo? ZłożË na pana skargË. Drugi policjant wyplNotujNoc siË po drodze z brezentowych pokrowcŐw podszedł i zapytał: - Ten? - Jasne, że ten! - stwierdził policjant z niezadowolonNo twarzNo wyciNogajNoc z kieszeni kajdanki. - No - no! - powiedział Wiktor cofajNoc siË o krok. - Co to za samowola? Jak pan śmie?! - Niech pan nie pogarsza swojej sytuacji stawianiem oporu - poradził drugi policjant. - A ja nie poczuwam siË do żadnej winy - bezczelnie oświadczył Wiktor i wsadził rËce do kieszeni. - Chyba mnie z kimś pomyliliście panowie. - Uprowadził pan ciËżarŐwkË - powiedział drugi policjant. - JakNo ciËżarŐwkË? - krzyknNoł Wiktor. - JakNo znowu ciËżarŐwkË? Przyszedłem tu w gości do pana Golema, naczelnego lekarza. Zapytajcie wartownikŐw. Co ma z tym wspŐlnego jakaś ciËżarŐwka? - A może to nie ten? - zwNotpił drugi policjant. - Jak to nie ten? - zaprotestował policjant z niezadowolonNo minNo. TrzymajNoc w pogotowiu kajdanki ruszył na Wiktora. - No, dawaÖ rËce! - polecił rzeczowym tonem. W tym momencie trzasnËły drzwi wartowni i wysoki, przerańliwy głos zawołał: - RozejśÖ siË! Wiktor i policjant wzdrygnËli siË. Na progu wartowni stał piegowaty żołnierzyk wystawiajNoc spod peleryny automat. - OdejśÖ od bramy! - krzyknNoł. - Ej, ty, spokojniej! - powiedział policjant z niezadowolonNo twarzNo. - Policja! - Gromadzenie siË przed bramNo strefy specjalnej w ilości wiËkszej od jednego postronnego jest zabronione! Po trzykrotnym ostrzeżeniu bËdË strzelaÖ! CofnNoÖ siË od bramy! - Lepiej odejdńcie panowie - z zatroskaniem poradził Wiktor, lekko popychajNoc obu policjantŐw. Policjant z niezadowolonNo twarzNo popatrzył na niego strapiony, odsunNoł jego rËkË i zrobił krok w kierunku żołnierza. - Czyś ty chłopcze oszalał? - zapytał. - Ten typ uprowadził ciËżarŐwkË. - Żadnych ciËżarŐwek! - przeciNogle i przerańliwie wrzasnNoł sympatyczny i serdeczny żołnierzyk. - Ostatnie ostrzeżenie! Dwaj majNo odejśÖ na sto metrŐw od bramy! - Słuchaj, Roch - powiedział drugi policjant. - Chodń, odejdziemy, niech ich trafi szlag. Facet nam nigdzie nie ucieknie. Policjant z niezadowolonNo twarzNo, purpurowy z wściekłości nawet ponownie otworzył usta, ale wtedy w drzwiach pojawił siË gruby sierżant z ogryzionNo kanapkNo w jednym rËku i ze szklankNo w drugiej. - Szeregowy Dżura - zapytał przeżuwajNoc. - Dlaczego nie otwieracie ognia? Na piegowatej twarzy pod hełmem pojawiło siË zezwierzËcenie. Policjanci rzucili siË do motocykla, osiodłali go, zawrŐcili obok Wiktora, ktŐry stanNoł w pozie regulujNocego ruch i odjechali. Purpurowy policjant coś do niego krzyknNoł, czego nie sposŐb było usłyszeÖ w trzeszczeniu silnika. Odjechali o piËÖdziesiNot krokŐw i zatrzymali siË. - Blisko - powiedział sierżant z - dezaprobatNo. - Na co ty czekasz? Przecież za blisko. - Dalej! - przerańliwym głosem krzyknNoł żołnierzyk wymachujNoc automatem. Policjanci odjechali dalej i znikli z oczu. - Nauczyli siË postronni gromadziÖ pod bramNo - zawiadomił sierżant żołnierza patrzNoc na Wiktora. - No dobra - pełnij dalej służbË. - WrŐcił na wartowniË, a piegowaty żołnierzyk, uspokajajNoc siË z wolna, kilkakrotnie przespacerował siË tam i z powrotem przed bramNo. Odczekawszy kilka minut Wiktor zapytał ostrożnie. - Przepraszam bardzo, ale co słychaÖ z doktorem Golemem. - Nie ma go - odburknNoł żołnierz. - Jaka szkoda - powiedział Wiktor. - W takim razie chyba sobie pŐjdË... - popatrzył na mgłË i deszcz, w ktŐrej skryli siË policjanci. - Jak to - pŐjdzie sobie pan? - zaniepokoił siË żołnierz. - A co - nie można? - rŐwnież niespokojnie zapytał Wiktor. - Dlaczego nie można? - odpowiedział żołnierz. - A co z ciËżarŐwkNo? Pan odejdzie, a ciËżarŐwka? CiËżarŐwki należy odprowadzaÖ od bramy. - A co ja mam do tego? - zapytał Wiktor coraz bardziej zaniepokojony. - Jak to - co? Pan jNo przyprowadził, pan jNo... tego... Zawsze siË tak robi, jakże inaczej? Do diabła, pomyślał Wiktor, co ja z nim zrobiË. Z odległości stu metrŐw dobiegał trzask silnika motocykla pracujNocego na jałowym biegu. - Pan jNo naprawdË porwał? - zapytał żołnierzyk z ciekawościNo. - A tak! Policja zatrzymała kierowcË, a ja jak głupi postanowiłem wam pomŐc... - Ta - aak... - wspŐłczujNoco powiedział żołnierz. - NaprawdË nie wiem, co panu poradziÖ. - A jeśli, powiedzmy, teraz sobie pŐjdË? - chytrze zapytał Wiktor. - Nie bËdzie pan strzelaÖ? - Nie wiem - uczciwie przyznał żołnierz. - Tak jakby nie było rozkazu. ZapytaÖ? , - ZapytaÖ - przytaknNoł Wiktor zastanawiajNoc siË, czy zdNoży uciec poza granicË widoczności czy nie. W tej samej chwili za bramNo odezwał siË klakson. Brama otwarła siË i ze strefy powoli wytoczyła siË pechowa ciËżarŐwka. Zatrzymała siË obok Wiktora, drzwi siË uchyliły i Wiktor zobaczył, że za kierownicNo siedzi już nie chłopiec, jak oczekiwał, lecz łysy, przygarbiony mokrzak i patrzy na niego. Wiktor nie ruszył siË z miejsca, wtedy mokrzak zdjNoł z kierownicy rËkË w czarnej rËkawiczce i zapraszajNoco poklepał siedzenie obok siebie. Raczyli siË zniżyÖ, gorzko pomyślał Wiktor. Żołnierzyk radośnie oznajmił: - No wiËc wszystko dobrze siË skoÓczyło, niech pan jedzie z Bogiem. Wiktorowi przeleciała przez głowË myśl, że jeśli już mokrzak sam zamierza odstawiÖ samochŐd do miasta, czy gdzieś tam jeszcze, słowem, jeśli zamierza wdaÖ siË w konflikt z policjNo, to dobrze byłoby siË natychmiast pożegnaÖ i prosto przez pole daÖ nogË do sanatorium, omijajNoc zaczajonego w zasadzce "Harleya". - Tam na drodze czeka policja - powiedział do mokrzaka. - Nie szkodzi, niech pan siada - odparł mokrzak. - Rzecz polega na tym, że ja ukradłem tË ciËżarŐwkË, chociaż była zatrzymana. - Wiem - cierpliwie wyjaśnił mokrzak. - Niech pan siada. Okazja była stracona. Wiktor uprzejmie i serdecznie pożegnał siË z żołnierzem, wdrapał siË na siedzenie i zatrzasnNoł drzwi. CiËżarŐwka ruszyła i po minucie zobaczyli "Harleya". "Harley" stał w poprzek szosy, obaj policjanci stali obok i gestami nakazywali zjechaÖ na pobocze. Mokrzak zahamował, zgasił silnik, i wysuwajNoc siË z szoferki powiedział: - ProszË zabraÖ motocykl, panowie zagrodziliście drogË. - ZjechaÖ na pobocze! - rozkazał policjant o niezadowolonej twarzy. - I okazaÖ dokumenty. - JadË na komendË policji - powiedział mokrzak. - ByÖ może tam sobie porozmawiamy? Policjant nieco siË stropił i wymruczał coś w rodzaju "znamy was". Mokrzak spokojnie czekał. - Dobrze - powiedział wreszcie policjant. - Tylko ja poprowadzË samochŐd, a tamten niech siË przesiNodzie do motocykla. - ProszË bardzo - zgodził siË mokrzak. - Ale jeśli można, motocyklem pojadË ja. - Jeszcze lepiej - mruknNoł policjant o niezadowolonej twarzy i nieomal siË rozjaśnił. - Niech pan wysiada. Zamienili siË miejscami. Policjant złowieszczo zezujNoc na Wiktora zaczai siË krËciÖ i wierciÖ na siedzeniu poprawiajNoc płaszcz, a Wiktor zezujNoc na policjanta patrzył jak mokrzak, podobny z tyłu do wielkiej , chudej małpy, garbiNoc siË jeszcze bardziej i człapiNoc idzie w stronË motocykla i usadawia siË w przyczepie. Deszcz znowu lunNoł jak z cebra i policjant włNoczył wycieraczki. Kawalkada ruszyła. Chciałbym wiedzieÖ, czym to wszystko siË skoÓczy, z niejakNo niewygodNo psychicznNo pomyślał Wiktor. NiewyrańnNo nadziejË budził zamiar mokrzaka pojawienia siË na policji. Jakieś rozwydrzone sNo te dzisiejsze mokrzaki... Ale grzywnË w każdym wypadku ze mnie zedrNo, tego nie uniknË. Nie ma takiej policji, ktŐra nie zedrze z człowieka grzywny, jeżeli tylko ma okazjË... A tam, olewam ich, tak czy inaczej bËdË musiał zwijaÖ żagle. Wszystko bËdzie dobrze. W ostateczności chociażby jest mi lżej na duszy... WyciNognNoł paczkË papierosŐw i poczËstował policjanta. Policjant chrzNoknNoł z oburzeniem, ale papierosa wziNoł. Zapalniczka mu siË popsuła, wiËc musiał chrzNoknNoÖ po raz wtŐry, kiedy Wiktor podał mu ogieÓ. Właściwie można go było zrozumieÖ, tego niemłodego, gdzieś tak czterdziestopiËcioletniego człowieka, ktŐry ciNogle jeszcze był młodszym policjantem, prawdopodobnie byłego kolaboranta, sadzał nie tych co trzeba, i nie tym co trzeba właził w dupË, zresztNo, skNod taki może siË znaÖ na cudzych dupach - ktŐra właściwa, a ktŐjra nie... Policjant palił papierosa i minË miał już mniej niezadowolonNo. Ech, gdybym miał przy sobie flaszkË, pomyślał Wiktor. Dałbym mu golnNoÖ, opowiedziałbym kilka irlandzkich kawałŐw, naurNogałbym władzy, co to wyłNocznie swoich protegowanych awansuje, studentom bym naubliżał i kto wie, może facet by siË rozchmurzył. - Ależ leje, coś niebywałego - powiedział Wiktor. Policjant chrzNoknNoł w miarË neutralnie, bez złości. - Przecież jaki tu kiedyś był klimat - ciNognNoł Wiktor - i w tym momencie go olśniło. - A zauważył pan? U nich tam w leprozorium deszcz nie pada, a kiedy tylko podjeżdża siË do miasta, od razu ulewa. - Szkoda słŐw - powiedział policjant. - Oni siË tam w leprozorium nieńle urzNodzili. Kontakt był coraz lepszy. Porozmawiali o pogodzie - jaka kiedyś była i jaka siË, do wszystkich diabłŐw, zrobiła. Odkopali wspŐlnych znajomych w mieście. Pogadali o życiu w stolicy, o mini - spŐdniczkach, o trNodzie homoseksualizmu, o importowanej brandy i o narkotykach z przemytu. Naturalnie zgodzili siË, że nie ma teraz prawdziwego porzNodku - nie to co przed wojnNo i zaraz po wojnie. Że policjant ma pieskie życie, chociaż piszNo w gazetach: szlachetni i surowi strŐże porzNodku, niezastNopione koło napËdowe paÓstwowego mechanizmu. A tymczasem znowu podwyższyli wiek emerytalny, za to obniżyli emerytury, za zranienie przy pełnieniu obowiNozkŐw służbowych dajNo grosze, i do tego odebrali teraz broÓ - komu w takich warunkach chce siË wyłaziÖ ze skŐry... Słowem powstała taka sytuacja, że gdyby jeszcze parË dobrych łykŐw to policjant powiedziałby "Dobra chłopie, BŐg z tobNo, ja ciebie nie widziałem i ty mnie nie widziałeś". Jednakże paru łykŐw nie było, a chwila dla wrËczenia stosownego banknotu nie dojrzała, tak że kiedy ciËżarŐwka podjechała pod komendË, policjant znowu sponurzał i sucho przykazał Wiktorowi iśÖ za sobNo i to szybko. Mokrzak odmŐwił udzielenia wyjaśnieÓ dyżurnemu oficerowi i zażNodał, aby niezwłocznie zaprowadzono ich do komendanta. Dyżurny odpowiedział, że proszË bardzo, naczelnik z pewnościNo osobiście pana przyjmie, co zaś dotyczy tego tu pana, to jest on oskarżony o uprowadzenie samochodu, wiËc do naczelnika iśÖ nie ma po co, natomiast należy go przesłuchaÖ i sporzNodziÖ odpowiedni protokŐł. Nie, twardo i spokojnie powiedział mokrzak, nic z tych rzeczy, pan Baniew nie bËdzie musiał odpowiadaÖ na żadne pytania, i żadnych protokŐłŐw pan Baniew nie bËdzie podpisywał, ponieważ istniejNo w tej sprawie okoliczności dotyczNoce wyłNocznie pana policmajstra. Dyżurny, ktŐremu było dokładnie wszystko jedno, wzruszył ramionami i poszedł zameldowaÖ. W czasie, kiedy meldował, zjawił siË kierowca w roboczym kombinezonie, ktŐry o niczym nie wiedział i był na niezłej bani, wiËc z miejsca zaczNoł krzyczeÖ o sprawiedliwości, niewinności i innych okropnych rzeczach. Mokrzak ostrożnie zabrał mu fakturË, ktŐrNo szofer wymachiwał, przysiadł na barierce i podpisał papier według wszelkich formalności. Szofer tak siË zdumiał, że aż zamilkł, i wtedy Wiktora z mokrzakiem zaproszono do policmajstra. Policmajster przyjNoł ich surowo. Na mokrzaka patrzył z niezadowoleniem, a na Wiktora starał siË nie patrzeÖ w ogŐle. - Czego panowie sobie życzNo? - zapytał. - Pozwoli pan, że usiNodziemy? - poinformował siË mokrzak. - ProszË - z przymusem powiedział policmajster po krŐtkiej pauzie. Wszyscy usiedli. - Panie policmajstrze - oznajmił mokrzak. - Jestem upoważniony do złożenia na paÓskie rËce stanowczego protestu z powodu powtŐrnego, sprzecznego z prawem zatrzymania ładunkŐw adresowanych do leprozorium. - Tak, słyszałem o tym - stwierdził policmajster. - Kierowca był pijany, i byliśmy zmuszeni zatrzymaÖ go. Przypuszczam, że w najbliższych dniach Wszystko siË wyjaśni. - Policja zatrzymała nie kierowcË, tylko ładunek - oświadczył mokrzak. - Jednakże nie jest to takie istotne. DziËki uprzejmości pana Baniewa ładunek został dostarczony z niewielkim zaledwie opŐńnienie i powinien pan byÖ zobowiNozany obecnemu tu panu Baniewowi, ponieważ istotnie opŐńnienie ładunku z paÓskiej, panie policmajstrze, winy, mogłoby staÖ siË przyczynNo poważnych nieprzyjemności dla pana osobiście. - To zabawne - powiedział policmajster. - Nie rozumiem i nie życzË sobie rozumieÖ, o czym pan mŐwi, ponieważ jako osoba oficjalna nie zamierzam słuchaÖ pogrŐżek. Co zaś dotyczy pana Baniewa, to na tË okolicznośÖ istniejNo określone artykuły kodeksu karnego, w ktŐrych takie przypadki sNo przewidziane. - Wyrańnie unikał patrzenia na Wiktora. - WidzË, że pan naprawdË nie rozumie swojej sytuacji - oznajmił mokrzak. - Ale jestem upoważniony do zawiadomienia pana, że w przypadku kolejnego zatrzymania naszych ładunkŐw bËdzie pan miał do czynienia z generałem Pferdem. Zapadło milczenie. Wiktor nie wiedział, kto to taki generał Pferd, natomiat policmajstrowi to nazwisko najwidoczniej było dobrze znane. - Wydaje mi siË, że to jest grońba - stwierdził niepewnie. - Owszem - zgodził siË mokrzak - i do tego grońba wiËcej niż realna. Policmajster gwałtownie wstał. Wiktor i mokrzak rŐwnież. - PrzyjmujË do wiadomości wszystko, co dzisiaj usłyszałem - oznajmił policmajster. - PaÓski ton pozostawia wprawdzie sporo do życzenia, jednakże obiecujË osobom, ktŐre pana upoważniły, że zajmË siË sprawNo i jeżeli znajdNo siË winni, zostanNo ukarani. W jednakowym stopniu dotyczy to rŐwnież pana Baniewa. - Panie Baniew - rzekł mokrzak. - Jeśli policja bËdzie panu robiła wstrËty z powodu tego incydentu, proszË niezwłocznie zawiadomiÖ doktora Golema. Do widzenia - powiedział do policmajstra. - Wszystkiego dobrego - odpowiedział tamten. O Ősmej wieczorem Wiktor zszedł do restauracji i już zamierzał udaÖ siË do swojego stolika, przy ktŐrym rezydowało zwykłe towarzystwo, kiedy odwołał go Teddy. - Czołem Teddy - powiedział Wiktor opierajNoc siË o ladË. - Co słychaÖ - i w tym momencie przypomniał sobie. - A! Rachunek... Czy ja wczoraj bardzo? - Rachunek to głupstwo - wymruczał Teddy. - Nic poważnego, rozbiłeś lustro i wyrwałeś umywalkË. Ale czy pamiËtasz policmajstra? - A co takiego? - zdziwił siË Wiktor. - No tak, wiedziałem, że nie zapamiËtasz. Oczy miałeś, bracie, niczym gotowany prosiak, nic nie kombinowałeś. A wiËc ty - wycelował w pierś Wiktora palec wskazujNocy - zamknNołeś biedaka w kiblu, podparłeś drzwi miotłNo i nie wypuszczałeś. A myśmy nie wiedzieli, kto tam siedzi, on dopiero co przyszedł, sNodziliśmy, że to Kwadryga. No to i dobrze, my ślimy, niech sobie posiedzi.... A potem go stamtNod wyciNognNołeś, zaczNołeś krzyczeÖ, ach, biedak, jak on siË uświnił! - i wsadziłeś mu łeb do umywalki. Umywalka urwała siË, a my ledwie ciË odciNognËliśmy. - Serio? - zapytał Wiktor. - No, no. To już wiem, dlaczego on dzisiaj patrzy na mnie wilkiem. Teddy wspŐłczujNoco pokiwał głowNo. - O, do diabła - powiedział Wiktor. - Głupia historia. Chyba muszË go przeprosiÖ... Ale jak mi siË udało? Taki silny chłop... - BojË siË, żeby ciË nie wrobili - rzekł Teddy. - Dziś rano łaził tu jeden tajniak, spisywał zeznania... sześÖdziesiNoty trzeci artykuł masz jak w banku - naruszenie godności osobistej w obciNożajNocych okolicznościach. A może byÖ jeszcze gorzej. Akt terrorystyczny. Rozumiesz, czym to pachnie? Ja bym na twoim miejscu... - Teddy pokrËcił głowNo. - Co? - zapytał Wiktor. - Podobno przychodził do ciebie burmistrz - oznajmił Teddy. - Tak. - No i co? - Głupstwo. Chce, żebym napisał artykuł. Przeciwko mokrzakom. - Aha! - powiedział Teddy i ożywił siË. - No, to w takim razie rzeczywiście głupstwo. Napisz mu ten artykuł i wszystko bËdzie w porzNodku. Jeśli burmistrz bËdzie zadowolony, policmajster nie odważy siË słowa pisnNoÖ, choÖbyś go codziennie wpychał do sedesu. Burmistrz ma go o tutaj... - Teddy pokazał ogromnNo kościstNo piËśÖ. - WiËc wszystko w porzNodku. Z tej okazji nalejË ci na rachunek zakładu. Czystej? - Może byÖ czysta - odparł Wiktor z zadumNo. Wizyta burmistrza objawiła mu siË teraz w nowym świetle. WiËc oni ze mnNo w ten sposŐb, pomyślał Wiktor. Ta - ak... Albo siË wynoś, albo rŐb co ci każNo, albo ciË wykoÓczymy. Nawiasem mŐwiNoc, wynieśÖ siË też nie bËdzie łatwo. Akt terrorystyczny - bËdNo szukaÖ i znajdNo. Jesteś, bracie, alkoholikiem, aż przykro patrzeÖ. I żeby chociaż byle kogo, ale policmajstra. MŐwiNoc szczerze, wymyślone i zrealizowane całkiem nieńle. Nie pamiËtał nic oprŐcz zalanych wodNo kafelkŐw na podłodze, ale bardzo dobrze wyobrażał sobie tË scenË. Tak, kochany mŐj Wiktorze Baniew, mŐj ty gotowany prosiaku, kuchenny opozycjonisto, może nawet nie kuchenny tylko łazienkowy - pupilku pana prezydenta... tak, widocznie przyszedł twŐj czas i pora, że tak powiem, siË sprzedaÖ... Roc-Tusow, człowiek doświadczony, ma swoje zdanie na ten temat: sprzedawaÖ należy siË łatwo i drogo - im uczciwsze jest twoje piŐro, tym drożej za nie zapłacNo dzierżNocy władzË, wiËc nawet sprzedajNoc siË przynosisz straty przeciwnikowi i należy staraÖ siË, aby straty te były maksymalne... Wychylił kieliszek czystej, nie czujNoc najmniejszej satysfakcji. - Dobra, Teddy - powiedział. - DziËkujË. Daj rachunek. Dużo tam tego? - Twoja kieszeÓ wytrzyma - uśmiechnNoł siË Teddy. WyjNoł z kasy kartkË. - Należy siË od ciebie: za lustro w toalecie - siedemdziesiNot siedem, za umywalkË, porcelanowNo, dużNo - sześÖdziesiNot cztery, razem, jak sam rozumiesz, sto czterdzieści jeden. A lampË zapisaliśmy na tamtNo awanturË. Jednego tylko nie rozumiem - ciNognNoł, patrzNoc, jak Wiktor odlicza pieniNodze - czym to lustro rozbiłeś? Wielka tafla gruba na dwa palce. GłowNo w nie tłukłeś, czy co? - CzyjNo? - ponuro zapytał Wiktor. - Dobra, nie przejmuj siË - rzekł Teddy biorNoc pieniNodze. - Napiszesz artykuł, zrehabilitujesz siË, jeszcze honorarium podłapiesz i wyjdziesz na swoje. Jeszcze jednNo? - Nie trzeba, pŐńniej... PrzyjdË, jak zjem kolacjË - odparł Wiktor i poszedł na swoje miejsce. W restauracji wszystko było jak zwykle - pŐłmrok, zapachy, dńwiËk naczyÓ w kuchni; młody mËżczyzna z teczkNo i swoim nieodłNocznym towarzyszem nad butelkNo wody mineralnej; zgarbiony doktor R. Kwadryga; wyprostowany, elegancki pomimo kataru Pawor; rozlewajNocy siË w fotelu Golem z gNobczastym nosem rozpitego proroka. Kelner. - Minogi - rzucił Wiktor. - ButelkË piwa. I jakieś miËso. - No i doigrał siË pan - powiedział Pawor z wyrzutem. - MŐwiłem, żeby pan przestał piÖ. . - Kiedy mi pan to mŐwił? Bo jakoś nie pamiËtam. - A czego siË doigrałeś? - zainteresował siË doktor R. Kwadryga. - Nareszcie zamordowałeś kogoś? - A ty nic nie pamiËtasz? - zapytał Wiktor. - Pytasz o wczoraj? - Tak, o wczoraj... Spiłem siË jak pszczoła - wyjaśnił Wiktor Golemowi - zapËdziłem pana policmajstra do klozetu... - A - a - a! - stwierdził R. Kwadryga. - To wszystko kłamstwo. Tak właśnie powiedziałem śledczemu. Dziś rano przyszedł do mnie śledczy. Rozumiecie panowie, straszliwa zgaga, głowa pËka, siedzË, wyglNodam przez okno i wtedy pojawia siË ten wał i zaczyna wrabiaÖ człowieka, fastrygowaÖ przestËpstwo... - Jak pan powiedział? - zapytał Golem. - FastrygowaÖ? - No tak, fastrygowaÖ - oznajmił R. Kwadryga przekłuwajNoc wyobrażonNo igłNo wyobrażony materiał. - Tylko nie spodnie, a przestËpstwo... Powiedziałem mu wprost: wszystko lipa, wczoraj cały wieczŐr przesiedziałem w restauracji, było cicho, przyzwoicie jak zawsze, żadnych skandali, jednym słowem okropna nuda... BËdzie dobrze - pocieszał Wiktora. - Nie przejmuj siË... A dlaczego to zrobiłeś? Nie lubisz go? - Może nie mŐwmy już o tym - zaproponował Wiktor. - To o czym mamy mŐwiÖ? - zapytał urażony R. Kwadryga. - Ci dwaj bez przerwy siË spierajNo, kto kogo nie wpuszcza do leprozorium. Jak już raz na sto lat wydarzyło siË coś ciekawego - to od razu - nie mŐwmy. Wiktor odgryzł połowË minogi, zjadł jNo, odpił łyk piwa i zapytał: - Kto to jest generał Pferd? - KoÓ - odpowiedział R. Kwadryga. - KoÓ. Der Pferd. Albo das. - A jednak - rzekł Wiktor - czy ktŐryś z panŐw zna takiego generała? - Kiedy służyłem w wojsku - powiedział doktor R. Kwadryga - naszNo dywizjNo dowodził jego ekscelencja generał od infanterii Arschmann. - No i co z tego? - zapytał Wiktor. - Arsch po niemiecku dupa - oznajmił milczNocy do tej chwili Golem. - Doktor żartuje. - A gdzie pan usłyszał o generale Pferdzie? - zapytał Pawor. - W gabinecie policmajstra - odparł Wiktor. - No i co dalej? - Nic. WiËc nikt nie wie? I bardzo dobrze. Ja tylko tak sobie zapytałem. - A feldfebel nazywał siË Buttock - oznajmił R. Kwadryga. - Feldfebel Buttock. - Angielski też pan zna? - zapytał Golem. - Lepiej napijmy siË - zaproponował Wiktor. - Kelner, butelkË koniaku! - Po co butelkË? - zapytał Pawor. - Żeby starczyło dla wszystkich. - Znowu wywoła pan jakiś skandal. - Niech pan przestanie, Pawor - powiedział Wiktor. - Abstynent siË znalazł. - Nie jestem abstynentem - zaprotestował Pawor. - LubiË wypiÖ i nigdy nie przepuszczam okazji, żeby wypiÖ, jak zresztNo przystało na prawdziwego mËżczyznË. Ale nie rozumiem, po co siË upijaÖ. A już zupełnie nie rozumiem, po co upijaÖ siË co wieczŐr. - On tu znowu jest - oznajmił z rozpaczNo R. Kwadryga. - I kiedy tylko zdNożył? - Nie bËdziemy siË upijaÖ - odparł Wiktor rozlewajNoc wszystkim koniak. - Po prostu wypijemy. Jak to robi w tej chwili połowa narodu. Druga połowa upija siË, no i BŐg z niNo, a my po prostu sobie wypijemy. - I na tym właśnie wszystko polega - stwierdził Pawor. - Kiedy kraj tonie w wŐdzie, i to nie tylko kraj, ale cały świat, każdy przyzwoity człowiek powinien zachowaÖ zdrowy rozsNodek. - Pan uważa nas za przyzwoitych ludzi? - zapytał Golem. - W każdym razie za kulturalnych. - Moim zdaniem - rzekł Wiktor - kulturalni ludzie majNo znacznie wiËcej powodŐw, żeby siË upijaÖ niż niekulturalni. - Możliwe - zgodził siË Pawor. - Jednakże człowiek kulturalny jest obowiNozany trzymaÖ siË w ryzach. Kultura zobowiNozuje... My tu na przykład siedzimy każdego wieczora, rozmawiamy, pijemy, gramy w kości. A czy ktoś z nas przez cały ten czas powiedział coś jeżeli nawet nie mNodrego, to chociażby na serio? Śmiechy, żarciki - ... wyłNocznie żarty i śmiechy. - A po co - serio? - zapytał Golem. - A po to, że wszystko leci w przepaśÖ, a my siË śmiejemy i żartujemy. Ucztujemy w czasie zarazy. Moim zdaniem, panowie, to wstyd. - No dobrze, Pawor - stwierdził ugodowo Wiktor. - Niech pan powie coś serio. Może nie byÖ mNodre, ale chociażby na serio. - Nie życzË sobie niczego na serio - zakomunikował R. Kwadryga. - Pijawki. SËpy. Tfu! - Cicho - powiedział mu Wiktor. - Śpij jak ci dobrze... Słusznie, Golem, porozmawiajmy chociaż raz o czymś poważnym. Pawor, niech pan zaczyna i opowie nam o przepaści. - Znowu pan żartuje? - zapytał Pawor z goryczNo. - Nie - odparł Wiktor. - Słowo honoru, nie żartujË. ByÖ może jestem ironiczny. Ale to dlatego, że przez całe swoje życie słucham gadania o przepaściach. Wszyscy powtarzajNo, że ludzkośÖ stoi nad przepaściNo, ale udowodniÖ tego nikt nie potrafi. A kiedy przychodzi do konkretŐw, okazuje siË, że ten cały filozoficzny pesymizm jest wynikiem kłopotŐw rodzinnych, lub braku środkŐw finansowych... - Nie - powiedział Pawor. - Nie... LudzkośÖ stoi nad przepaściNo, ponieważ ludzkośÖ zbankrutowała. - Brak środkŐw finansowych - wymamrotał Golem. Pawor zignorował go. Pochylił głowË i mŐwił patrzNoc spode łba zwracajNoc siË wyłNocznie do Wiktora. - LudzkośÖ zbankrutowała biologicznie - wskańnik urodzeÓ jest coraz niższy, wzrasta czËstotliwośÖ raka, niedorozwŐj, nerwice, ludzie stajNo siË narkomanami. PołykajNo setki hektolitrŐw alkoholu, nikotyny, po prostu narkotykŐw, poczNowszy od haszyszu i kokainy, a skoÓczywszy na LSD. Po prostu degenerujemy siË. NaturalnNo przyrodË zniszczyliśmy, a sztuczna zniszczy nas. Dalej. Zbankrutowaliśmy ideologicznie - roztrzNosaliśmy wszystkie systemy filozoficzne, i wszystkie zdyskredytowaliśmy, wyprŐbowaliśmy wszystkie możliwe rodzaje moralności i etyki, ale pozostaliśmy tak samo amoralnymi bydlakami jak troglodyci. Ale najstraszniejsze jest to, że cała ta szara ludzka masa w naszych czasach jest rŐwnie łajdacka, jak zawsze była. Nieustannie pragnie i domaga siË bogŐw, wodzŐw i porzNodku, i za każdym razem, kiedy otrzymuje bogŐw, wodzŐw i porzNodek, jest niezadowolona, ponieważ tak naprawdË niczego jej nie trzeba ani bogŐw, ani porzNodku, tylko chaosu, anarchii, chleba i igrzysk. Teraz spËtana jest żelaznNo koniecznościNo otrzymywania co tydzieÓ koperty z wypłatNo, ale ta koniecznośÖ jest jej wstrËtna, wiËc ucieka od niej każdego wieczora w alkohol i narkotyki. ZresztNo diabli z niNo, z tNo kupNo gnijNocego gŐwna, ktŐre cuchnie już dziewiËÖ tysiËcy lat i do niczego innego siË nie nadaje - może tylko śmierdzieÖ i cuchnNoÖ. Straszne jest co innego - rozkład ogarnia i nas, ludzi z dużej litery, prawdziwe osobowości. Widzimy ten rozkład i wydaje siË nam, że nas on nie dotyczy, ale przecież i nas zatruwa beznadziejnościNo, osłabia naszNo wolË, powoli wchłania... A do tego nowe przekleÓstwo - demokratyczne wychowanie: egalite, fraternite, wszyscy ludzie sNo braÖmi, wszyscy ulepieni z tej samej gliny... Nieustannie utożsamiamy siË z motłochem, i mamy do siebie pretensjË, jeśli przypadkiem odkrywamy, że jesteśmy od niego mNodrzejsi, że mamy inne potrzeby, inne cele w życiu. Pora to zrozumieÖ i wyciNognNoÖ wnioski - pora siË ratowaÖ. - Pora siË napiÖ - oznajmił Wiktor. Już żałował, że zgodził siË na poważnNo rozmowË z inspektorem sanitarnym. Na Pawora nieprzyjemnie było patrzeÖ. Za bardzo siË gorNoczkował, zaczNoł nawet zezowaÖ. Wypadł z roli, a jak wszyscy apologeci przepaści mŐwił straszliwe banały. Aż prosiło siË, żeby mu powiedzieÖ - niech siË pan przestanie kompromitowaÖ, Pawor, lepiej niech pan siË ustawi profilem i ironicznie uśmiechnie. - To wszystko, co mi pan ma do powiedzenia? - zapytał Pawor. - MogË jeszcze daÖ panu radË. WiËcej ironii, Pawor. Niech siË pan tak nie gorNoczkuje. I tak nic pan nie może zrobiÖ. A nawet gdyby pan mŐgł, to nie wiedziałby pan co mianowicie. Power uśmiechnNoł siË ironicznie. - A właśnie, że akurat wiem - powiedział. - No? - Jest tylko jeden sposŐb, żeby powstrzymaÖ rozkład. - Wiemy, wiemy - lekkomyślnie powiedział Wiktor - włożyÖ wszystkim idiotom złote koszule i kazaÖ im maszerowaÖ. Cała Europa pod stopami. To już było. - Nie - powiedział Pawor. - To tylko odroczenie. A wyjście jest jedno - zlikwidowaÖ masË. - Jest pan dzisiaj w wyśmienitym nastroju - powiedział Wiktor. - ZlikwidowaÖ dziewiËÖdziesiNot procent ludności - ciNognNoł Pawor. - ByÖ może nawet dziewiËÖdziesiNot piËÖ. Masy wypełniły swoje przeznaczenie - zrodziły kwiat ludzkości, twŐrcŐw cywilizacji. Teraz sNo martwe jak zgniła bulwa kartofla, ktŐra dała życie roślinie. A kiedy trup zaczyna gniÖ, to znaczy, że pora go pogrzebaÖ. - O Boże - powiedział Wiktor - i to wszystko z powodu kataru i dlatego, że nie dajNo panu przepustki do leprozorium? Albo może kłopoty rodzinne? - Niech pan nie udaje głupiego - powiedział Pawor. - Dlaczego nie chce pan zastanowiÖ siË nad sprawami, o ktŐrych panu świetnie wiadomo? Z jakiego powodu ulegajNo degeneracji najwspanialsze idee? Z powodu tËpoty mas. Z jakiego powodu mamy wojny, chaos i inne obrzydliwości? Z powodu tËpoty mas, ktŐre wybierajNo rzNody godne siebie. Z jakiego powodu Złoty Wiek jest rŐwnie odległy jak w czasie stworzenia Ziemi? Z powodu obskurantyzmu mas. W zasadzie Hitler miał słusznośÖ, podświadomNo słusznośÖ, czuł, że na świecie jest wielu zbytecznych. Ale był z krwi i kości motłochu, wiËc wszystko zepsuł. Głupie było likwidowanie według przynależności rasowej. A poza tym nie miał w dyspozycji odpowiednich środkŐw masowej zagłady. - A według jakich cech pan zamierza przeprowadziÖ selekcjË? - zapytał Wiktor. - Według nijakości - odparł Pawor. - Jeśli człowiek jest przeciËtny, nijaki, to znaczy że go należy zlikwidowaÖ. - A kto bËdzie decydowaÖ, czy człowiek jest przeciËtny, czy nie? - Niech pan siË nie martwi, to sNo szczegŐły. Ja panu formułujË zasadË, a kto, co i jak - to sNo szczegŐły. - A po co kombinuje pan z burmistrzem? - zapytał Wiktor, ktŐrego Pawor znudził. - To znaczy? - Na diabła panu ten proces? Rozmienia siË pan na drobne, Pawor! Zawsze tak koÓczycie, wy, nadludzie. Zamierzacie przebudowaÖ świat, nie zgadzacie siË na mniej niż trzy miliardy trupŐw, a tymczasem albo martwicie siË o stanowisko, albo leczycie trypra, albo za niewielkie wynagrodzenie pomagacie marnym kanciarzom załatwiaÖ ich ciemne sprawy. - Może jednak trochË ostrożniej na zakrËtach - powiedział Pawor. WidaÖ było, że jest straszliwie wściekły. - Przecież pan sam jest tylko pijakiem i nierobem... - Ale przynajmniej nie organizujË dËtych procesŐw politycznych i nie zamierzam przebudowaÖ świata. - Tak - oznajmił Pawor. - Pan nawet do tego nie jest zdolny, Baniew. Pan to przecież zaledwie bohema, czyli krŐtko mŐwiNoc, łajdak, tani opozycjonista, wichrzyciel i gŐwno. Sam pan nie wie czego chce, i robi pan tylko to, czego chcNo od pana. DogadzajNoc gustom łajdakŐw podobnych sobie, wyobraża pan sobie, że jest wolnym artystNo, co to rusza z posad świat, a nie po prostu obrzydliwym wierszokletNo z tych, co to piszNo na ścianach publicznych szaletŐw. - To prawda - zgodził siË Wiktor. - Szkoda tylko, że nie powiedział pan tego wcześniej. Musiałem pana obraziÖ, żeby to usłyszeÖ. No i wynika z tego, że jest pan nikczemnym typkiem, Pawor. Jednym z wielu. I jeśli bËdNo likwidowaÖ, to pana też zlikwidujNo. Na podstawie przeciËtności. FilozofujNocy inspektor sanitarny? Do pieca z nim! Ciekawe, jak my wyglNodamy z boku, pomyślał. Pawor jest odrażajNocy. Co za uśmieszek! Co mu siË dzisiaj stało? Kwadrygaśpi, co mu tam kłŐtnie, masy i cała ta filozofia... A Golem rozwalił siË w fotelu niczym w teatrze, kieliszek w palcach, rËka za oparciem, czeka, kto mu przyłoży. Jakoś Pawor trochË za długo milczy. ArgumentŐw szuka, czy co? - No dobrze - rzekł w koÓcu Pawor. - Porozmawialiśmy i wystarczy. Uśmieszek znikł mu z twarzy, i oczy miał znowu jak sturmbahnfuhrer. Rzucił banknot na stŐł, dopił koniak i odszedł bez pożegnania. Wiktor poczuł przyjemne rozczarowanie. - Jednak jak na pisarza fatalnie zna siË pan na ludziach - oznajmił Golem. - To nie moja rzecz - lekko powiedział Wiktor. - Niech na ludziach znajNo siË psychologowie i departament bezpieczeÓstwa. Moja rzecz, to wychwytywanie tendencji zaostrzonNo wrażliwościNo artysty... A w zwiNozku z czym pan to powiedział? Znowu: "Wiktor, niech pan przestanie brzdNokaÖ"? - Uprzedzałem - niech pan nie zaczepia Pawora. - Co u diabła? - zaprotestował Wiktor - po pierwsze, wcale go nie zaczepiałem, tylko on mnie zaczepił. A po drugie to świnia. Czy pan wie, że Pawor pomaga burmistrzowi, ktŐry chce pana przymknNoÖ? - Domyślam siË. - I nie jest pan zaniepokojony? - Nie. MajNo za krŐtkie rËce. To znaczy burmistrz ma za krŐtkie rËce. I sNod. - A Pawor? - A Pawor ma rËce długie - powiedział Golem. - I dlatego niech pan przestanie przy nim brzdNokaÖ. Widzi pan przecież, że ja przy nim nie brzdNokam. - Ciekawe, przy kim pan brzdNoka? - mruknNoł Wiktor. - Czasami brzdNokam przy panu. Mam do pana słabośÖ. ProszË mi nalaÖ koniaku. - Z przyjemnościNo - Wiktor nalał. - Może obudzimy KwadrygË? Co on sobie myśli, nawet nie bronił mnie przed Faworem. - Nie, nie trzeba go budziÖ. Lepiej porozmawiajmy. Po co pan siË w to miesza? Kto pana prosił o porywanie ciËżarŐwki? - Tak mi siË spodobało - oznajmił Wiktor - To świÓstwo, żeby aresztowaÖ ksiNożki. A oprŐcz tego zdenerwował mnie burmistrz. To był zamach na mojNo wolnośÖ. Zawsze, kiedy ktoś prŐbuje dokonaÖ zamachu na mojNo wolnośÖ, zmieniam siË w chuligana... A nawiasem mŐwiNoc, Golem, czy generał Pferd wstawi siË za mnNo u burmistrza? - Generał Pferd kicha na pana razem z burmistrzem - odparł Golem. - Ma wiËksze zmartwienia. - No to proszË mu powiedzieÖ, żeby siË za mnNo wstawił. Bo inaczej napiszË pogromowy artykuł przeciwko waszemu leprozorium: o tym jak wykorzystujecie krew chrześcijaÓskich niemowlNot w celu leczenia okularniczej choroby. Myśli pan, że nie wiem, po co mokrzaki zwabiajNo dzieci? Oni, po pierwsze, wysysajNo z nich krew, a po drugie, deprawujNo je. OkryjË was haÓbNo przed całym światem. Krwiopijca i zboczeniec pod maskNo lekarza. - Wiktor stuknNoł siË z Goleniem i wypił. - Bez żartŐw, mŐwiË poważnie. Burmistrz zmusza mnie do napisania takiego artykułu. Pan, oczywiście, rŐwnież o tym wie. - Nie - stwierdził Golem. - Ale to nieważne. - Jak widzË, dla pana wszystko jest nieważne - powiedział Wiktor. - Całe miasto jest przeciwko panu - nieważne. ChcNo pana oddaÖ pod sNod - nieważne. Inspektora sanitarnego Pawora irytuje paÓskie zachowanie - nieważne. A może generał Pferd to pseudonim pana Prezydenta? A propos, czy ten wszechpotËżny generał wie, że pan jest komunistNo? - A dlaczego irytuje siË pisarz Baniew? - spokojnie zapytał Golem. - Tylko niech pan tak nie wrzeszczy, Teddy siË oglNoda. - Teddy to nasz człowiek - wyjaśnił Wiktor. - On zresztNo też jest zirytowany - myszy mu żyÖ nie dajNo. - Wiktor zmarszczył brwi i zapalił papierosa. - ChwileczkË, o co mnie pan pytał?... A, tak. Jestem zirytowany dlatego, że nie wpuścił mnie pan do leprozorium. A ja przecież zachowałem siË bardzo szlachetnie. Powiedzmy nawet, że głupio, ale każdy szlachetny uczynek jest głupi. A jeszcze przed tym niosłem mokrzaka na plecach. - I bił siË pan w jego obronie - dodał Golem. - O właśnie. Biłem siË. - Z faszystami - powiedział Golem. - Właśnie z faszystami. - A przepustkË pan ma? - zapytał Golem. - PrzepustkË... Pawora też nie wpuszczacie i on na moich oczach przemienił siË w demofoba. - Tak, Faworowi tu siË nie wiedzie - przytaknNoł Golem. - Właściwie jest zdolnym funkcjonariuszem, ale tutaj nic mu nie wychodzi. WciNoż czekam, kiedy wreszcie zacznie popełniaÖ głupstwa. Zdaje siË, że już zaczyna. Doktor R. Kwadryga podniŐsł rozkudłanNo głowË i rzekł: - Mocno. WejdË tam, a potem siË zobaczy. Dach wybijË - Jego głowa znowu ze stukiem upadła na stŐł. - MiËdzy nami, Golem - zapytał Wiktor zniżajNoc głos. - To prawda, że jest pan komunistNo? - O ile pamiËtam, partia komunistyczna jest u nas zakazana - zauważył Golem. - O Boże - powiedział Wiktor. - A jaka partia u nas nie jest zakazana? Przecież nie o partiË pytam, tylko o pana... - Ja, jak pan widzi jestem dozwolony - oznajmił Golem. - ZresztNo, jak pan sobie chce - stwierdził Wiktor. - Mnie tam wszystko jedno. Ale burmistrz... ZresztNo, burmistrza ma pan gdzieś. Ale jeżeli to dojdzie do generała Pferda... - Ale my mu przecież nie powiemy - konfidencjonalnie szepnNoł Golem. - Po co generałowi zawracaÖ głowË drobiazgami? Generał wie, że jest leprozorium, a w leprozorium jakiś Golem, jakieś mokrzaki - no i wystarczy. - Dziwny generał - rzekł z zadumNo Wiktor. - Generał od leprozorium. A nawiasem mŐwiNoc, z powodu mokrzakŐw już niedługo czekajNo go spore nieprzyjemności, CzujË to nadwrażliwym instynktem artysty. W naszym mieście mokrzaki stały siË po prostu pËpkiem świata. - Gdyby tylko w mieście - powiedział Golem. - A co chodzi? Przecież to tylko chorzy ludzie. I nawet, zdaje siË, nie sNo zarańliwi. - Niech pan nie bËdzie taki chytry. Wiktor. Świetnie pan wie, że to nie sNo zwyczajnie chorzy ludzie. Nawet zarańliwi nie sNo tak zwyczajnie. - To znaczy? - To znaczy, że na przykład Teddy nie może siË od nich zaraziÖ. I burmistrz nie może, nie mŐwiNoc już o policmajstrze. A ktoś inny - może. - Na przykład pan. - Ja też nie mogË. Już. - A ja? - Nie wiem. ZresztNo, to tylko moja hipoteza. Niech pan nie zwraca uwagi. - Nie zwracam - smutnie powiedział Wiktor. - A co jeszcze jest w nich niezwykłego? - Co jest w nich niezwykłego - powtŐrzył Golem. - Sam pan mŐgł zauważyÖ, że wszyscy ludzie dzielNo siË na trzy wielkie grupy. Dokładniej, na dwie duże i jednNo małNo.... SNo ludzie, ktŐrzy nie mogNo żyÖ bez przeszłości, cali sNo w przeszłości mniej lub bardziej odległej. ŻyjNo tradycjNo, obyczajem, przykazaniami, czerpiNo z przeszłości radośÖ i przykład. Powiedzmy jak pan prezydent. Co by on poczNoł, gdybyśmy nie mieli naszej wielkiej przeszłości? Do czego by siË odwoływał i w ogŐle skNod by siË wziNoł? NastËpnie sNo ludzie, ktŐrzy żyjNo terańniejszościNo, i nawet słyszeÖ nie chcNo ani o przeszłości ani o przyszłości, i nic ich nie obchodzi ani przeszłośÖ, ani przyszłośÖ. Jak na przykład pan. Wszystkie wyobrażenia o przeszłości zepsuł panu prezydent, w jakNokolwiek przeszłośÖ by pan zajrzał, zawsze zobaczy pan wyłNocznie prezydenta. Jeżeli zaś chodzi o przyszłośÖ, to nie ma pan o niej zielonego wyobrażenia, i na moje oko boi siË pan mieÖ... No i wreszcie sNo ludzie, ktŐrzy żyjNo przyszłościNo. Po przeszłości nie oczekujNo, i zupełnie słusznie, niczego dobrego, a terańniejszośÖ to dla nich wyłNocznie materiał, z ktŐrego budujNo przyszłośÖ, surowiec. .. ZresztNo tak naprawdË, oni już żyjNo w przyszłości... na wysepkach przyszłości, ktŐre powstajNo dokoła nich w czasie terańniejszym... - Golem uśmiechajNoc siË jakoś dziwnie, wzniŐsł oczy do sufitu. - Oni sNo mNodrzy - powiedział z czułościNo. - SNo diabelnie mNodrzy w odrŐżnieniu od wiËkszości ludzi. Wszyscy co do jednego utalentowani, Wiktorze. Ich pragnienia sNo dziwne, a zwyczajnych pragnieÓ w ogŐle nie majNo. - Zwyczajne pragnienia - to na przykład kobiety... - W pewnym sensie - tak... - WŐdka, igrzyska? - Bez wNotpienia. - Straszna choroba - stwierdził Wiktor - ja nie chcË... ZresztNo dalej nie rozumiem... Nic nie rozumiem. No, to że mNodrych ludzi wsadza siË za druty kolczaste - to oczywiście rozumiem. Ale dlaczego ich siË wypuszcza, a do nich nie wpuszcza... - A może to nie oni siedzNo za drutem kolczastym, tylko pan? Wiktor uśmiechnNoł siË. - ChwileczkË - powiedział. - To jeszcze nie wszystko, czego nie rozumiem. Co tu na przykład robi Pawor? Mnie siË nie wpuszcza - zgoda, jestem człowiekiem postronnym. Ale przecież ktoś musi sprawdziÖ stan bielizny pościelowej i wychodkŐw? Może macie tam antysanitarne warunki? - A jeżeli interesujNo go wcale nie warunki sanitarne? Speszony Wiktor popatrzył na Golema. - Znowu pan żartuje? - zapytał. - Znowu nie - odpowiedział Golem. - WiËc kto to jest według pana - szpieg? - Szpieg to zbyt ogŐlnikowe pojËcie - zaprotestował Golem. - ChwileczkË - rzekł Wiktor. - ProszË mŐwiÖ wprost. Kto otoczył leprozorium drutem i postawił żołnierzy. - Och, ten drut kolczasty - westchnNoł Golem. - Ile ubraÓ na nim porwano, a żołnierze bez przerwy chorujNo na biegunkË. Wie pan, jakie jest najlepsze lekarstwo na biegunkË? TytoÓ z portweinem, a raczej portwein z tytoniem. - Dobra - powiedział Wiktor. - To znaczy generał Pferd. Aha... - powiedział - i ten młody człowiek z teczkNo... A wiËc to tak! To znaczy, że to jest normalny wojskowy instytut naukowy. Jasne... A Pawor, znaczy siË, nie jest wojskowym. Z innego, znaczy siË, resortu. Albo byÖ może, to nie nasz szpieg, tylko zagraniczny? - Niech BŐg broni! - zaprotestował Golem ze zgrozNo. - Tego nam jeszcze brakowało! - Tak... A czy on wie, kim jest ten facet z teczkNo? - MyślË, że tak - stwierdził Golem. - A ten facet wie, kim jest Pawor? - MyślË, że nie - stwierdził Golem. - Pan mu nic nie powiedział? - A co mnie to obchodzi? - I generałowi też pan nie powiedział? - Nawet mi do głowy nie przyszło. - To niesprawiedliwe - oznajmił Wiktor. - Trzeba powiedzieÖ. - Niech pan posłucha, Wiktor - powiedział Golem. - Tylko dlatego pozwoliłem panu gadaÖ na ten temat, żeby pan siË przestraszył i przestał pchaÖ palce w cudze drzwi. Nie jest to do niczego potrzebne. I tak jest pan już namierzony, mogNo pana uciszyÖ i to tak, że nawet nie zdNoży siË pan zdziwiÖ. - Mnie akurat jest łatwo wystraszyÖ - rzekł Wiktor z westchnieniem. - Jestem wystraszony od dziecka. Ale pomimo wszystko nie mogË zrozumieÖ - czego oni wszyscy chcNo od mokrzakŐw? - Jacy - oni? - zmËczonym głosem zapytał z wyrzutem Golem. - Pawor. Pferd. Facet z teczkNo. Te wszystkie krokodyle. - Boże - odparł Golem. - No, czego w naszych czasach mogNo chcieÖ krokodyle od mNodrych i utalentowanych ludzi? Za to ja nie rozumiem, czego pan od nich chce. Po co pan siË wtrNoca w to wszystko? Mało panu własnych kłopotŐw? Mało panu prezydenta? - Dużo - odpowiedział Wiktor. - PotNod. - No i świetnie. Niech pan jedzie do sanatorium, weńmie ze sobNo ryzË papieru... MogË panu podarowaÖ maszynË do pisania, chce pan? - Ja piszË starym systemem - odrzekł Wiktor. - Jak Hemingway. - No i świetnie. PodarujË panu ogryzek ołŐwka. ProszË pracowaÖ, kochaÖ DianË. Może jeszcze daÖ panu fabułË? Może pan siË już wypisał? - Fabuły rodzNo siË z tematu - dostojnie oznajmił Wiktor. - A ja studiujË życie. - ProszË bardzo - powiedział Golem. - Niech pan studiuje życie, ile dusza zamarzy. Tylko niech siË pan nie wtrNoca do procesŐw. - To niemożliwe - oświadczył Wiktor. - PrzyrzNod w nieunikniony sposŐb wpływa na obraz eksperymentu. Czyżby pan zapomniał o prawach fizyki? Przecież my obserwujemy nie świat jako taki, tylko świat plus wpływ obserwatora. - Już raz dostał pan kastetem po głowie, a nastËpnym razem mogNo pana zwyczajnie zastrzeliÖ. - No - powiedział Wiktor. - Po pierwsze, byÖ może wcale nie kastetem, tylko cegłNo. A po drugie - czy mało jest miejsc, w ktŐrych można dostaÖ po głowie? W każdej chwili mogNo mnie wrobiÖ, wiËc co - mam nie wychodziÖ z pokoju? Goleni przygryzł dolnNo wargË. Miał żŐłte, koÓskie zËby. - Niech pan posłucha, przyrzNodzie - oznajmił. - WtrNocił siË pan wtedy w eksperyment najzupełniej przypadkowo - i z miejsca dostał pan po głowie. Jeśli teraz wtrNoci siË pan świadomie... - Nie wtrNocałem siË w żaden eksperyment - zaprzeczył Wiktor. - Szedłem sobie spokojnie do Loli i nagle widzË... - Idiota - stwierdził Golem. - Idzie sobie i widzi. Trzeba było przejśÖ na drugNo stronË, wymŐżdżona gapo! - Dlaczego ni stNod ni zowNod miałbym przechodziÖ na drugNo stronË? - A dlatego, że jeden paÓski dobry znajomy zajmował siË akurat wypełnianiem swoich bezpośrednich obowiNozkŐw, a pan tam wlazł jak baran. Wiktor wyprostował siË. - Jaki znowu mŐj dobry znajomy? Tam nie było ani jednego znajomego. - Znajomy znalazł siË z tyłu, z kastetem. Ma pan znajomych z kastetami? Wiktor jednym haustem dopił swŐj koniak. Ze zdumiewajNocNo wyrazistościNo przypomniał sobie - Pawor, z czerwonym zagrypionym nosem, wyjmuje z kieszeni chusteczkË i kastet ze stukiem spada na podłogË - ciËżki, matowy, porËczny. - Wykluczone - zaprotestował Wiktor i odkaszlnNol. - Zawracanie głowy. Pawor nie mŐgł... - Nie wymieniałem żadnych nazwisk - zastrzegł siË Golem. Wiktor położył rËce na stole i popatrzył na swoje zaciśniËte piËści. - Co majNo z tym wspŐlnego jego bezpośrednie obowiNozki? - zapytał. - Najwidoczniej komuś potrzebny był żywy mokrzak. Kidnaping. - A ja w tym przeszkodziłem? - PrŐbował pan przeszkodziÖ. - To znaczy, że oni go jednak porwali? - I wywieńli. Może pan dziËkowaÖ Bogu, że nie zabrali i pana - w celu unikniËcia przeciekŐw informacji. Ich przecież nie interesujNo losy literatury. - To znaczy, że Pawor... - wolno powiedział Wiktor. - Żadnych nazwisk - surowo przypomniał Golem. - Sukinsyn - stwierdził Wiktor. - Dobra, jeszcze zobaczymy... A po co był im potrzebny mokrzak? - Jak to - po co? Informacja... SkNod wziNoÖ informacjË? Sam pan wie - druty kolczaste, żołnierze, generał Pferd... - To znaczy, że teraz go przesłuchujNo? - zapytał Wiktor. Golem długo milczał. Potem rzekł: - On nie żyje. - Zatłukli go? - Nic. przeciwnie - Golem znowu zamilkł. - To bałwany. Nie pozwalali mu czytaÖ, wiËc umarł z głodu. Wiktor szybko popatrzył na niego. Golem uśmiechał siË smutnie. Albo płakał. Wiktor poczuł nagłe przerażenie i żałośÖ, duszNocNo żałośÖ. Przygasło światło stojNocej lampy. Było to podobne do ataku serca. Wiktorowi zabrakło powietrza i z trudem rozluńnił wËzeł krawata. Boże mŐj, pomyślał, jakaż to kanalia, co za szubrawiec, bandyta, zimny morderca.. a po tym wszystkim, po godzinie, umył rËce, uperfumował siË, wstËpnie obliczył, ile bËdzie warta wdziËcznośÖ zwierzchnikŐw, siedział obok, pił ze mnNo jak z kolegNo, łajdak, łgał, śmiał siË ze mnie w kułak, szydził, a kiedy siË odwracałem, sam do siebie puszczał oko, potem zaś wspŐłczujNoco pytał jak tam moja głowa... Niby przez czarnNo mgłË Wiktor widział, jak doktor R. Kwadryga powoli podniŐsł głowË, rozciNogał w bezgłośnym krzyku spierzchłe wargi i zaczNoł konwulsyjnie macaÖ drżNocymi rËkami po obrusie jak ślepy. Oczy miał jak ślepiec, kiedy potrzNosał głowNo i wciNoż krzyczał, i krzyczał, a Wiktor nic nie słyszał... Dobrze mi tak, sam jestem gŐwno, nikomu niepotrzebny, mały człowiek, po mordzie mnie, butem, trzymajNoc przy tym za rËce, nie pozwalaÖ mi siË obetrzeÖ, na jakiego diabła jestem komuś potrzebny, trzeba było biÖ jeszcze mocniej, żebym już nie wstał. a ja jak przez sen, piËści z waty, i Boże mŐj, po jakiego diabła ja w ogŐle żyjË, po jakiego diabła żyjNo wszyscy, przecież to takie proste, podejśÖ z tyłu i rNobnNoÖ w głowË żelazem, i nic siË nie zmieni, nic na świecie siË nie zmieni, tysiNoc kilometrŐw stNod, w tej samej sekundzie, urodził siË taki sam szubrawiec... Tłusta twarz Golema obrzmiała jeszcze bardziej i poczerwieniała do ciemnej szczeciny, oczy mu zapłonËły. Leżał nieruchomo w fotelu jak bukłak ze zjełczałNo oliwNo, poruszały siË tylko palce, kiedy powoli brał kieliszek za kieliszkiem, bezdńwiËcznie odłamywał nŐżkË, wypuszczał i znowu brał, znowu łamał i wypuszczał... Nikogo nie kocham, nie mogË pokochaÖ Diany, mało z kim sypiam, spaÖ wszyscy umiejNo, ale czy można kochaÖ kobietË, ktŐra ciebie nie kocha, a kobieta nie może kochaÖ, kiedy ty jej nie kochasz, i tak wszystko siË krËci w przeklËtym, nieludzkim kole, tak jak krËci siË żmija, jak goni za swoim własnym ogonem, jak zwierzËta kopulujNo i uciekajNo od siebie, tylko że zwierzËta nie wymyślajNo słŐw i nie układajNo wierszy, tylko po prostu kopulujNo i uciekajNo od siebie... A Teddy płakał oparty łokciami o ladË baru, oparł kościsty podbrŐdek na kościstych piËściach, jego łysa głowa szafranowe lśniła pod lampNo, a po zapadniËtych policzkach nieustannie płynËły łzy i też lśniły pod lampNo... A wszystko dlatego, że jestem gŐwnem, a nie pisarzem, jaki ze mnie u diabła pisarz, jeśli nienawidzË pisania, jeśli pisanie to dla mnie mËka, wstydliwe, nieprzyjemne zajËcie, coś w rodzaju bolesnego fizjologicznego wyprŐżnienia, coś w rodzaju biegunki, w rodzaju wyciskania ropy z wrzodzianki, nienawidzË, strach pomyśleÖ, że bËdË musiał to robiÖ przez całe życie, że już jestem skazany, że teraz już mnie nie zwolniNo, tylko wciNoż bËdNo siË domagaÖ - daj, daj i ja bËdË dawaÖ, ale teraz nie mogË, nawet myśleÖ o tym nie mogË, bo zwymiotujË. .. Bol-Kunac stał za plecami R. Kwadrygi i patrzył na zegarek, smukły, mokry, z mokrNo, świeżNo twarzNo o przepiËknych ciemnych oczach i wiało od niego, rozrywajNoc gËstNo gorNocNo duchotË, rześkim zapachem - zapachem trawy i ńrŐdlanej wody, zapachem lilii, słoÓca i konikŐw polnych nad jeziorem... I świat powrŐcił. Tylko jakieś niejasne wspomnienie, albo odczucie, czy może wspomnienie odczucia znikało za zakrËtem - czyjś rozpaczliwy, zamilkły nagle krzyk, niepojËty zgrzyt, brzËk, chrzËst szkła... Wiktor oblizał wargi i siËgnNoł po butelkË. Doktor R. Kwadryga leżNoc głowNo na obrusie chrypiał i mamrotał: "Nic nie trzeba. Ukryjcie mnie. Niech ich..." Zatroskany Golem zmiatał ze stołu kawałki szkła. Bol-Kunac powiedział: - Przepraszam bardzo, ale przyniosłem panu list - położył przed Golemem kopertË i znowu spojrzał na zegarek. - DzieÓ dobry panu, panie Baniew - rzekł. - Dobry wieczŐr - odpowiedział Wiktor nalewajNoc sobie koniaku. Golem uważnie czytał list. Teddy za ladNo hałaśliwie wycierał nos wielkNo, kraciastNo chustkNo. - Posłuchaj, Bol-Kunac - powiedział Wiktor. - Czy widziałeś, kto mnie wtedy uderzył? - Nie - odparł Bol-Kunac, patrzNoc mu w oczy. - Jak to - nie? - zapytał Wiktor i zachmurzył siË. - Stał do mnie plecami - wyjaśnił Bol-Kunac. - Ty go znasz - stwierdził Wiktor. - Kto to był? Golem wydał z siebie nieokreślony dńwiËk. Wiktor obejrzał siË szybko. Golem, nie zwracajNoc na nikogo uwagi, z zadumNo rwał list na drobne kawałki. StrzËpy schował do kieszeni. - Jest pan w błËdzie - powiedział Bol-Kunac. - Nie znam go. - Baniew - mamrotał R. Kwadryga. - ProszË ciË... Ja tam nie mogË sam jeden. Jedń ze mnNo... Bardzo okropnie... Golem wstał, pogrzebał palcem w kieszonce marynarki, a potem krzyknNoł: - Teddy! ProszË zapisaÖ na mŐj rachunek... i pamiËtaj, że stłukłem cztery kieliszki... No, to ja idË - rzekł do Wiktora. - Niech pan siË zastanowi i radzË podjNoÖ rozsNodnNo decyzjË. ByÖ może lepiej bËdzie, jeśli pan stNod wyjedzie. - Do widzenia, panie Baniew - grzecznie powiedział Bol-Kunac. Wiktorowi wydało siË, że chłopiec ledwie dostrzegalnie pokrËcił przeczNoco głowNo. - Do widzenia, Bol-Kunac - odparł. - Do widzenia. Tamci wyszli. Wiktor w zadumie dopił koniak. Podszedł kelner, twarz miał opuchniËtNo, w czerwonych plamach. ZaczNoł sprzNotaÖ ze stołu i jego ruchy były zaskakujNoco niezrËczne i niepewne. - Pan tu jest niedawno? - zapytał Wiktor. - Tak, panie Baniew. Od dzisiejszego rana. - A co z Peterem? Zachorował? - Nie, proszË pana. Peter wyjechał. Nie wytrzymał. Ja pewnie też wyjadË... Wiktor spojrzał na R. KwadrygË. - ProszË go pŐńniej odprowadziÖ do pokoju. - Tak, oczywiście, panie Baniew - niezdecydowanie odpowiedział kelner. Wiktor zapłacił, pomachał Teddyemu na pożegnanie i wyszedł do hallu. Wszedł na pierwsze piËtro, znalazł drzwi Pawora, podniŐsł rËkË, żeby zapukaÖ, stał tak przez chwilË i nie zapukawszy, ponownie zszedł na dŐł. Recepcjonista za swoim kantorem oglNodał ze zdumieniem własne dłonie. Dłonie miał mokre, oblepione kosmykami włosŐw, a na twarzy, na obu policzkach nabrzmiewały świeże zadrapania. Spojrzał na Wiktora - w oczach miał szaleÓstwo. Ale teraz nie wolno było dostrzegaÖ tych niepojËtych rzeczy, to byłoby nietaktowne i okrutne, i tym bardziej nie wolno było o tym mŐwiÖ, koniecznie należało udawaÖ, że nic siË nie stało, wszystko trzeba odłożyÖ na pŐńniej, na jutro, albo byÖ może nawet na pojutrze. Wiktor zapytał: - Gdzie zatrzymał siË ten... - wie pan, młody facet w okularach, ten co zawsze chodzi z teczkNo. Recepcjonista nieco siË spłoszył. Jakby w poszukiwaniu wyjścia popatrzył na tablicË z kluczami, potem jednak powiedział: - W trzysta szesnastym, panie Baniew. - DziËkujË - rzekł Wiktor kładNoc na kantorze monetË. - Tylko oni nie lubiNo, żeby im przeszkadzaÖ. - Wiem - odparł Wiktor. - Nie mam zamiaru im przeszkadzaÖ. Po prostu, tak sobie zapytałem... chciałem, wie pan, powrŐżyÖ sobie - jeśli w parzystym, to wszystko bËdzie dobrze. Recepcjonista uśmiechnNoł siË blado. - Ależ jakie może pan mieÖ kłopoty, panie Baniew - powiedział uprzejmie. - Rozmaite - westchnNoł Wiktor. - I wiËksze, i mniejsze. Dobrej nocy. Wszedł na trzecie piËtro i kroczył niespiesznie, celowo niespiesznie, jakby po to aby wszystko przemyśleÖ, rozważyÖ, zastanowiÖ siË nad ewentualnymi konsekwencjami i obliczyÖ trzy ruchy naprzŐd, w rzeczywistości jednak myślał tylko o tym, że dawno już pora zmieniÖ bardzo wyliniały i wytarty chodnik na schodach. I dopiero wtedy, kiedy miał już zapukaÖ do drzwi apartamentu trzysta dwunastego (lux, dwie sypialnie i salon, telewizor pierwszej klasy, radioodbiornik, lodŐwka i barek), omal nie powiedział na głos: "Czy mam przyjemnośÖ z krokodylami? Bardzo mi przyjemnie. DziËki mnie zaraz zaczniecie siË wzajemnie zjadaÖ". PukaÖ musiał dosyÖ długo - najpierw delikatnie, kostkami palcŐw, a kiedy nikt nie reagował - bardziej zdecydowanie, piËściNo, a kiedy i to nie poskutkowało - tylko deska podłogi zaskrzypiała i ktoś zasapał w dziurkË do klucza - wtedy odwrŐciwszy siË tyłem, obcasem, już zupełnie na chama. - Kto tam? - zapytał wreszcie głos za drzwiami. - SNosiad - odpowiedział Wiktor. - Ja na chwilË. - Czego pan chce? - Mam panu do powiedzenia parË słŐw. - ProszË przyjśÖ rano - odezwał siË głos za drzwiami. - My już śpimy. - Niech to diabli wezmNo - powiedział Wiktor rozgniewany. - Chce pan, żeby mnie ktoś tu zobaczył? ProszË otworzyÖ, czego siË pan boi? SzczËknNoł klucz, drzwi siË uchyliły i w szczelinie ukazało siË mËtne oko wysokiego profesjonalisty. Wiktor pokazał mu otwarte dłonie. - ParË słŐw - powiedział. - Niech pan wejdzie - odparł wysoki. - Tylko bez wygłupŐw. Wiktor wszedł do przedpokoju, wysoki zamknNoł za nim drzwi i zapalił światło. PrzedpokŐj był ciasny i we dwŐch z trudem siË w nim mieścili. - No, to niech pan mŐwi - powiedział wysoki. Był w piżamie wymazanej czymś na samym przodzie. Wiktor zdumiał siË - poczuł zapach alkoholu. PrawNo rËkË wysoki trzymał jak należy, w kieszeni. - BËdziemy tu tak staÖ i rozmawiaÖ? - rzekł Wiktor. - Tak. - Nie - stwierdził Wiktor. - Tu rozmawiaÖ nie bËdË. - Jak pan chce - powiedział wysoki. - Jak pan chce - oznajmił Wiktor. - Mnie nie zależy. Przez chwilË milczeli. Wysoki już całkiem jawnie obmacywał Wiktora oczami. - Zdaje siË, że nazywa siË pan Baniew? - zapytał. - Zdaje siË. - Aha - powiedział ponuro wysoki - To jaki z pana sNosiad? Przecież mieszka pan na drugim piËtrze. - SNosiad z hotelu - wyjaśnił Wiktor. - Aha... no wiËc, czego pan sobie życzy, bo nie rozumiem. - ŻyczË sobie pana o czymś zawiadomiÖ - powiedział Wiktor. - Jest pewna informacja. Ale już zaczynam siË zastanawiaÖ, czy warto. - No dobra - rzekł wysoki. - Chodńmy do łazienki. - Wie pan co? - stwierdził Wiktor. - Ja chyba sobie pŐjdË. - A dlaczego nie chce pan iśÖ do łazienki? Co to za kaprysy? - Wie pan - oznajmił Wiktor - rozmyśliłem siË. Chyba jednak pŐjdË. Koniec koÓcŐw to nie moja sprawa - ruszył do drzwi. Wysoki aż zastËkał, rozdzierany sprzecznymi uczuciami. - Pan jest, jaki mi siË zdaje, pisarzem - powiedział. - Czy może z kimś pana mylË? - Pisarzem, pisarzem - przytaknNoł Wiktor. - Do widzenia. - Ależ niech pan poczeka. Trzeba było od razu tak mŐwiÖ. ProszË. O, tutaj. Weszli do salonu dokładnie obwieszonego portierami - z prawej strony portiery, z lewej portiery, portiery na ogromnym oknie. Ogromny telewizor w kNocie błyskał kolorowym ekranem, dńwiËk był wyłNoczony. W przeciwległym kNocie patrzył na Wiktora z miËkkiego fotela pod lampNo młody człowiek w okularach - rŐwnież ubrany w piżamË i kapcie. Obok niego, na stoliku do gazet stała prostokNotna butelka i syfon. Teczki nigdzie nie było widaÖ. - Dobry wieczŐr - powiedział Wiktor." Młody człowiek w milczeniu skłonił głowË. - To do mnie - oznajmił wysoki. - Nie zwracaj uwagi. - ProszË tutaj - rzekł wysoki. Weszli do sypialni po prawej stronie i wysoki usiadł na łŐżku. - Tam jest fotel - powiedział. - Niech pan siada i mŐwi. Wiktor usiadł. W sypialni ciËżko śmierdziało zastałym tytoniowym dymem i oficerskNo wodNo koloÓskNo. Wysoki siedział na łŐżku i patrzył na Wiktora nie wyjmujNoc rËki z kieszeni. W salonie szeleściła gazeta. - Dobra - oznajmił Wiktor. Czuł, że nie udało mu siË całkowicie przezwyciËżyÖ obrzydzenia ale jeśli już tu przyszedł, trzeba było mŐwiÖ. - Mniej wiËcej domyślam siË, kim panowie jesteście. ByÖ może siË mylË, i w takim razie wszystko w porzNodku. Ale jeżeli siË nie mylË, może przyda siË wam wiadomośÖ, że was śledzNo i starajNo siË wam przeszkodziÖ. - ZałŐżmy - stwierdził wysoki. - A wiËc kto nas śledzi? - Bardzo siË wami interesuje niejaki Pawor Summan. - Kto? - zapytał wysoki. - Ten inspektor sanitarny? - On nie jest inspektorem sanitarnym. I to jest właściwie wszystko, co chciałem panu powiedzieÖ. - Wiktor wstał, ale wysoki siË nie ruszył. - ZałŐżmy - powtŐrzył. - A skNod właściwie pan to wie? - To ważne? - spytał Wiktor. Wysoki czas jakiś rozmyślał. - ZałŐżmy, że nieważne - odparł w koÓcu. - Sprawdzanie to wasza rzecz - rzekł Wiktor. - A ja nic wiËcej nie wiem. Do widzenia. - Ależ dokNod siË pan śpieszy - powiedział wysoki. Pochylił siË nad nocnym stolikiem, wyjNoł butelkË i szklankË - Najpierw chciał pan za wszelkNo cenË wejśÖ, a teraz już pan chce iśÖ... Nie szkodzi, że z jednej szklanki? - Zależy co - odrzekł Wiktor i znowu usiadł. - Szkocka - oznajmił długi. - Pasuje? - Prawdziwa szkocka? - Prawdziwy scotch. Niech pan trzyma - wrËczył Wiktorowi szklankË. - Nieńle siË wam żyje - stwierdził Wiktor i wypił. - Gdzie nam do pisarzy - odparł wysoki i też wypił. - Opowiedziałby mi pan wszystko dokładnie... - Mowy nie ma - zaoponował Wiktor - za to płacNo wam pensje. Podałem wam nazwisko, adres znacie sami, wiËc siË nim zajmijcie. Tym bardziej że naprawdË nic już wiËcej nie wiem. Może tylko... - przerwał i udał, że go nagle olśniło. Wysoki natychmiast połknNoł haczyk. - No? - zapytał. - No? - Wiem, że porwał jednego mokrzaka i że organizował to razem z miejscowNo LegiNo. Jak mu tam... Flamenta... Juventa... - Flamento Juventa - podsunNoł wysoki. - O to, to. - O tym mokrzaku - to pewna wiadomośÖ? - Tak. PrŐbowałem im przeszkodziÖ i pan inspektor sanitarny trzasnNoł mnie po głowie kastetem. A potem, kiedy leżałem nieprzytomny, wywieńli mokrzaka samochodem. - Tak, tak - powiedział wysoki. - WiËc to był Summan... Niech pan posłucha, Baniew, wspaniały z pana człowiek! Chce pan jeszcze whisky? - ChcË - przytaknNoł Wiktor. Cokolwiek by sobie nie wmawiał, jak by siË nie podkrËcał, jak by siË nie podbechtywał, czuł siË wstrËtnie. No i bardzo dobrze - pomyślał. DziËki chociaż za to, że przyna jmniej nie mam kwalifikacji na kapusia. Żadnej przyjemności, chociaż teraz rzeczywiście zacznNo siË wzajemnie zagryzaÖ. Golem miał racjË - niepotrzebnie siË w to wdałem. Czy też może Golem jest chytrzejszy niż przypuszczałem? - ProszË - rzekł wysoki podajNoc mu pełnNo szklankË. * - KtŐra godzina? - zapytała sennie Diana. Wiktor starannie zdjNoł brzytwNo pasemko mydła z lewego policzka, spojrzał w lustro, a potem powiedział. - Śpij, mała, śpij. Jest jeszcze wcześnie. - Rzeczywiście - przytaknËła Diana. Kanapa zaskrzypiała. - DziewiNota. A co ty robisz? - GolË siË - oznajmił Wiktor, zdejmujNoc nastËpne pasemko mydła. - Nagle zachciało mi siË ogoliÖ. Co tam, myślË. WezmË i siË ogolË. - Wariat - stwierdziła Diana ziewajNoc. - Trzeba siË było ogoliÖ wieczorem. CałNo mnie podrapałeś swŐj No szczecinNo. Kaktus. Widział w lustrze jak Diana niepewnym krokiem podeszła do fotela, wlazła na niego z nogami i zaczËła patrzeÖ na Wiktora. Wiktor mrugnNoł do niej. Znowu była inna - czuła, miËkka, serdeczna, zwinËła siË jak syta kotka, zadbana, ugłaskana, wypieszczona - zupełnie inna niż ta, ktŐra wpadła wczoraj wieczorem do pokoju. - Dzisiaj jesteś podobna do kotki - oznajmił. Nawet nie do kotki, tylko do koteczki, koszatki... Dlaczego siË uśmiechasz? - Nie z twojego powodu. Po prostu coś sobie przypomniałam. Słodko ziewnËła i przeciNognËła siË. TonËła w piżamie Wiktora, z bezkształtnych zwojŐw jedwabiu w fotelu wyglNodała tylko jej prześliczna twarz i smukłe rËce. Jak z morskich fal. Wiktor zaczai goliÖ siË szybciej. - Nie śpiesz siË - powiedziała. - Pokaleczysz siË. I tak już na mnie czas, muszË jechaÖ. - Dlatego siË śpieszË - rzekł Wiktor. - Nie, ja tak nie .lubiË. Tak tylko kotki... Jak tam moje szmatki? Wiktor wyciNognNoł rËkË, pomacał jej sukienkË i poÓczochy, rozwieszone na grzejniku. Wszystko wyschło. - Gdzie siË śpieszysz? - Przecież ci mŐwiłam. Do Roschepera. - Jakoś nic nie pamiËtam. Co tam z Roscheperem? - No, bo przecież siË uszkodził - oznajmiła Diana. - Ach tak! - stwierdził Wiktor. - Tak, tak, coś mŐwiłaś. SkNodś tam wypadł. Bardzo siË potłukł? - Ten głupek - rzekła Diana - nagle postanowił skoÓczyÖ ze sobNo i wyskoczył przez okno. Rzucił siË jak byk, głowNo naprzŐd, wyłamał futrynË, ale przy tym zapomniał, że to parter. Uszkodził kolano, zaczNoł wrzeszczeÖ, a teraz leży. - Co mu siË stało? - zapytał Wiktor. - Biała gorNoczka? - Coś w tym rodzaju. - Poczekaj - powiedział Wiktor. - To znaczy, że przez niego dwa dni nie przyjeżdżałaś do mnie? Przez tego wołu? - No tak! Lekarz naczelny kazał mi przy nim siedzieÖ, dlatego że on, to znaczy Roscheper, nie mŐgł beze mnie. Nie mŐgł i już. Nic nie mŐgł, nawet siË odlaÖ. Musiałam udawaÖ szmer wody i opowiadaÖ mu o pisuarach. - Co ty tam wiesz - wymamrotał Wiktor. - Ty mu opowiadałaś o pisuarach, a ja siË tu mËczyłem sam jeden, też nic nie mogłem, ani jednej linijki nie napisałem. Wiesz, ja w ogŐle nie lubiË pisaÖ, a już ostatnio.... W ogŐle moje życie ostatnio... - zamilkł. Co to jNo obchodzi, pomyślał. Przespali siË i pobiegli każde w swojNo stronË. - Ale, ale, słuchaj.... Kiedy, powiedziałaś, Roscheper wypadł? - Trzy dni temu - odparła Diana. - Wieczorem? - Uhm - przytaknËła Diana gryzNoc herbatnik. - O dziesiNotej wieczorem - stwierdził Wiktor. - MiËdzy dziesiNotNo a jedenastNo. Diana przestała gryńÖ. - Zgadza siË - oznajmiła. - A skNod wiesz? PrzyjNołeś jego nekrobiotycznNo depeszË? - Poczekaj - powiedział Wiktor. - Zaraz opowiem ci coś bardzo interesujNocego. Ale najpierw - co wtedy robiłaś? - Co robiłam? Ach, tak. Tego wieczoru, o ile pamiËtam, wpadłam w okropny dołek. Zwijałam bandaże i nagle ogarnNoł mnie taki smutek, że nic, tylko siË powiesiÖ. Wsadziłam twarz w te bandaże i ryczË, I to jak ryczË - jakby mnie kto zarzynał, od dziecka tak nie ryczałam... - I nagle wszystko minËło - powiedział Wiktor. Diana zamyśliła siË. - Tak... Nie... Wtedy nagle Roscheper jak nie zawyje na ulicy, przestraszyłam siË i wybiegłam... Chciała jeszcze coś dodaÖ, ale znienacka ktoś zapukał do drzwi, szarpnNoł klamkË i głos Teddyego zachrypiał z korytarza: "Wiktor! Wiktor! Obudń siË! Otwieraj, Wiktor!" Wiktor zamarł z brzytwNo w rËku. "Wiktor - chrypiał Teddy - Otwieraj!" i wściekle szarpał klamkË. Diana zeskoczyła z fotela i przekrËciła klucz. Drzwi siË rozwarły, wpadł do środka Teddy - mokry, złachmaniony i z obrzynem w rËku. - Gdzie jest Wiktor? - zaryczał ochryple. Wiktor wyszedł z łazienki. - Co siË stało!? - zapytał. Serce mu zamarło. Aresztowanie... Wojna... - Dzieci odeszły - dyszNoc ciËżko, odparł Teddy. - Zbieraj siË, dzieci odeszły! - Poczekaj - rzucił Wiktor. - Jakie dzieci? Teddy rzucił obrzyn na stŐł, na stosy zapisanych i pokreślonych papierŐw. - Zwabili dzieci dranie! - wrzasnNoł. - Zwabili, szubrawcy! No, ale teraz już koniec! DosyÖ siË nacierpieliśmy... Koniec! Wiktor nic jeszcze nie rozumiał, widział tylko, że Teddy jest w furii. Takiego Teddyego widział tylko raz, kiedy w czasie straszliwej awantury w restauracji, ktoś wykorzystał okazjË i włamał siË do kasy. Wiktor, kompletnie zagubiony, gapił siË jak sroka w gnat, Diana zaś schwyciła bieliznË wiszNocNo na oparciu krzesła, przemknËła do łazienki i zatrzasnËła za sobNo drzwi. W tym samym momencie nerwowo i gwałtownie zadzwonił telefon. Wiktor złapał słuchawkË. To była Lola. - Wiktor - zaskomliła. - Ja nic nie rozumiem, Irma gdzieś przepadła, zostawiła list, że już nigdy nie wrŐci, a wszyscy mŐwiNo, że dzieci odeszły z miasta... BojË siË! ZrŐb coś... - prawie płakała. - Dobrze, dobrze, zaraz - odparł Wiktor. - Dajcie mi przynajmniej włożyÖ spodnie. - Rzucił słuchawkË i obejrzał siË na Teddyego. Barman siedział na rozgrzebanym łŐżku i mamroczNoc dziwne słowa, wlewał do szklanki resztki z butelek. - Poczekaj - powiedział Wiktor. - Tylko bez paniki. Ja zaraz... WrŐcił do łazienki i zaczNoł spiesznie goliÖ namydlony podbrŐdek, kilkakrotnie zaciNoł siË, nie miał czasu naostrzyÖ brzytwy, a Diana tymczasem wyskoczyła spod prysznica i szeleściła ubraniem za jego plecami, twarz miała twardNo i zdecydowanNo, jakby szykowała siË do walki, ale była absolutnie spokojna. ... A dzieci szły nie koÓczNocNo siË, szarNo kolumnNo po szarych rozmytych drogach, szły potykajNoc siË i ślizgajNoc, padajNoc pod ulewnym deszczem, szły zgarbione, przemoczone na wskroś, ściskajNoc w posiniałych łapkach żałosne, mokre tobołki, szły maleÓkie, bezradne, nic nie rozumiejNoce, szły płaczNoc, szły milczNoc, szły oglNodajNoc siË, szły trzymajNoc siË za rËce i za szelki, a po bokach drogi maszerowały mroczne czarne postacie bez twarzy, zamiast twarzy miały czarne przepaski, nad przepaskami zimno i bezlitośnie patrzyły nieludzkie oczy, rËce w czarnych rËkawiczkach ściskały automaty, deszcz padał na oksydowanNo stal, krople wody drżały i spływały po stali... Co za głupstwa, myślał Wiktor, to zupełnie coś innego, to nie teraz, widziałem tamto, ale tamto było bardzo dawno, teraz jest zupełnie inaczej... ...Odchodziły radośnie, deszcz był ich przyjacielem, wesoło człapały po kałużach ciepłymi, bosymi stopami, wesoło rozmawiały i śpiewały, i nie oglNodały siË, ponieważ o wszystkim już zapomniały, miały przed sobNo tylko przyszłośÖ dlatego zapomniały na zawsze o swoim stËkajNocym, chrapiNocym w przedrannej godzinie mieście, o tym skupisku pluskiew, gnieńdzie małostkowych intryg i nikczemnych pragnieÓ, brzemiennym w potworne zbrodnie, bezustannie wyrzucajNocym z siebie zbrodnie i zbrodnicze zamierzenia, tak jak krŐlowa mrŐwek nieprzerwanie wyrzuca z siebie jajka, odeszły szczebioczNoc i rozmawiajNoc, i znikły we mgle, a my, pijani, nadal zachłystujemy siË stËchłym powietrzem wśrŐd obrzydliwych koszmarŐw, ktŐrych one nigdy nie widziały i nigdy nie zobaczNo... WciNognNoł spodnie, skaczNoc na jednej nodze, kiedy zadrżały szyby i niskie, mechaniczne wycie dotarło do pokoju. Teddy rzucił siË do okna, ale za oknem był ciNogle ten sam deszcz, pusta mokra ulica i samotny cyklista - mokry brezentowy worek z wysiłkiem poruszajNocy pedałami. A szyby drżały i podzwaniały nadal, a niski, żałośliwy ryk nie ustawał i po minucie dołNoczyło do niego urywane, smËtne buczenie. - Idziemy - powiedziała Diana. Była już w płaszczu. - Nie, poczekaj - powiedział Teddy. - Wiktor, masz broÓ? Jakikolwiek pistolet, automat?... Masz? Wiktor nie odpowiedział, złapał swŐj płaszcz i we trŐjkË zbiegli po schodach do hallu, zupełnie pustego, bez portiera oraz recepcjonisty. Wydało siË, że w hotelu nie ma już żywej duszy, tylko w restauracji, przy stoliku siedział R. Kwadryga, ktŐry ze zdumieniem krËcił głowNo i najwidoczniej od dawna oczekiwał śniadania. Wybiegli na ulicË, gdzie stała ciËżarŐwka Diany i wszyscy troje wsiedli do kabiny. Diana usiadła przy kierownicy i popËdzili przez miasto. Diana milczała, Wiktor palił, starajNoc siË zebraÖ myśli, Teddy zaś pŐłgłosem wciNoż wyrzucał z siebie potok nieprawdopodobnych przekleÓstw. Nawet Wiktor nie rozumiał znaczenia wielu słŐw, ponieważ takie słowa mŐgł znaÖ tylko Teddy - szczur z przytułku, wychowanek portowych slumsŐw, potem handlarz narkotykami, potem wykidajło w domu publicznym, potem żołnierz plutonu grzebiNocego zwłoki, potem bandyta i maruder, a potem barman, barman, barman, i znowu barman. Ludzi w mieście prawie nie było widaÖ, tylko na rogu Słonecznej Diana przyhamowała, żeby zabraÖ spłoszonNo parË małżeÓskNo. Niskie wycie syren przeciwlotniczych i piskliwe zawodzenie fabrycznych nie ustawało i było coś apokaliptycznego w tym jËku mechanicznych głosŐw nad bezludnym miastem. Aż ściskało w środku i człowiek chciał gdzieś biec, ni to ukryÖ siË, ni to strzelaÖ i nawet "Bracia w sapiencji" na stadionie kopali piłkË bez zwykłego entuzjazmu, niektŐrzy zaś rozglNodali siË na boki z otwartymi ustami jakby prŐbujNoc cokolwiek zrozumieÖ. Na szosie, za miastem ludzi było coraz wiËcej. NiektŐrzy szli pieszo, zachłystujNoc siË deszczem, żałosni, przerażeni, nie zdajNoc sobie sprawy co robiNo i po co. Inni jechali na rowerach i też już tracili siły, ponieważ trzeba było jechaÖ pod wiatr. Kilkakrotnie ciËżarŐwka mijała porzucone samochody, zepsute, lub takie, ktŐrym zabrakło benzyny; jeden wpadł nawet do rowu. Diana zatrzymywała siË, zabierała wszystkich i bardzo prËdko skrzynia okazała siË zapchana do ostatniego miejsca. Wiktor z Teddym też przenieśli siË na gŐrË ustËpujNoc miejsca kobiecie z dzieckiem przy piersi i jakiejś na wpŐł oszalałej staruszce. PŐńniej nawet w skrzyni nie było już miejsca, Diana przestała siË zatrzymywaÖ, ciËżarŐwka pËdziła naprzŐd mijajNoc i oblewajNoc potokami wody dziesiNotki i setki ludzi wËdrujNocych do leprozorium. Kilkakrotnie ciËżarŐwkË wyprzedzały furgonetki wypełnione ludńmi, motocykliści, a jakaś ciËżarŐwka dogoniła ich i jechała teraz z tyłu. Diana przywykła woziÖ koniak dla Roschepera, albo pËdziÖ pustym samochodem po okolicy dla własnej przyjemności i w ciËżarŐwce działy siË rzeczy straszne. Wszyscy nie mogli usiNośÖ, nie było miejsca, i ci, ktŐrzy stali, wczepiali siË jeden w drugiego, w głowy siedzNocych, każdy starał siË trzymaÖ jak najdalej od bokŐw skrzyni, nikt siË nie odzywał, wszyscy tylko sapali i klËli pod nosem, a jedna kobieta bez przerwy płakała. I padał deszcz - taki deszcz jakiego Wiktor nie widział jeszcze nigdy w życiu, nawet nie wyobrażał sobie, że na świecie może padaÖ taki deszcz - gËsta, tropikalna ulewa, ale nie ciepła, tylko lodowata na wpŐł z gradem, ktŐry porywisty wiatr niŐsł na spotkanie idNocych. WidocznośÖ była żadna - piËtnaście metrŐw z przodu i piËtnaście z tyłu, i Wiktor okropnie siË bał, że Diana kogoś potrNoci na szosie, albo wpadnie na hamujNocy samochŐd. Ale wszystko jakoś siË udało, tylko Wiktorowi ktoś mocno nadepnNoł na nogË, kiedy wszyscy polecieli na siebie po raz ostatni i ciËżarŐwkË zarzuciło przed skupiskiem samochodŐw stojNocych pod bramNo leprozorium. Zapewne zgromadziło siË tu całe miasto. Deszcz w tym miejscu nie padał i można było pomyśleÖ, że miasto przybiegło tu ratujNoc siË przed potopem. Na prawo i na lewo od szosy, jak daleko siËgał wzrok, wzdłuż ogrodzenia z drutu kolczastego stał wielotysiËczny tłum, w ktŐrym tonËły rozrzucone tu i Őwdzie puste samochody - luksusowe krNożowniki szos, mocno zużyte kabriolety z brezentowymi dachami, ciËżarŐwki, autobusy i nawet jeden samobieżny dńwig, na ramieniu ktŐrego siedziało kilku ludzi. Nad tłumem wisiał głuchy szum, czasami rozlegały siË przerańliwe krzyki. Wszyscy wyskoczyli z ciËżarŐwki i Wiktor od razu stracił z oczu DianË i Teddyego. WokŐł były same nieznajome twarze, ponure, rozwścieczone, zdumione, płaczNoce, krzyczNoce, z oczami w słup, nieprzytomne, szczerzNoce zËby... Wiktor sprŐbował przedostaÖ siË do bramy, ale po kilku krokach beznadziejnie uwiNozł. Ludzie stali nieruchomNo ścianNo, nikt nie zamierzał ustËpowaÖ miejsca, można ich było pchaÖ, kopaÖ, biÖ, nawet siË nie odwracali, tylko wciskali głowy w ramiona i za wszelkNo cenË starali siË przesunNoÖ naprzŐd, naprzŐd, bliżej bramy, bliżej swoich dzieci, stawali na palcach, wyciNogali szyje i nic nie było widaÖ poza kołyszNocym siË morzem kapturŐw i kapeluszy. - Boże, za co? Czym tak strasznie zgrzeszyliśmy, o Boże? - Ścierwa! Dawno trzeba było ich wyrżnNoÖ. MNodrzy ludzie zawsze mŐwili... - A gdzie burmistrz? Co on u diabła robi? Gdzie jest policja? Gdzie te wszystkie grube świnie? - Sym, zaraz mnie zadepczNo... Sym, duszË siË! Och, Sym... - Czego im brakowało? Niczego dla nich nie żałowaliśmy... Odejmowaliśmy sobie od ust ostatni kËs, chodziliśmy jak łachmaniarze, żeby tylko je ubraÖ i obuÖ... - ZebraÖ siË do kupy i rraz! Brama wyleci... - Ja go w życiu palcem nie tknËłam. Widziałam, jak pan za swoim latał z pasem, ale u nas w domu nigdy nic takiego... - Widziałeś karabiny maszynowe? A to niby po co, żeby do ludzi strzelaÖ? Za to, że my po swŐj e dzieci? - MŐj Municzka! Municzka! Municzka! Municzka! - CŐż to siË wyrabia, panowie? Przecież to jakiś obłËd. Gdzie to widziane? - To nic, Legia im jeszcze pokaże... SNo tam z tyłu, rozumiesz? OtworzNo nam bramË, a my wszyscy razem... - A karabiny maszynowe widziałeś? O to właśnie chodzi... - PuśÖcie mnie! PrzepuśÖcie mnie, słyszycie! Tam jest moja cŐrka! - Dawno siË już zbierały, sama zauważyłam, tylko bałam siË zapytaÖ. - A może nic im nie bËdzie? Przecież to nie jakieś bestie i pomimo wszystko nie okupanci, nie na rozwałkË poszły, nie do piecŐw... - ZabijË, gardło przegryzË! - Ta - ak, widocznie jedno wielkie gŐwno z nas zostało, jeśli rodzone dzieci od nas odeszły do tych zarażonych... Nie gadaj głupstw, same odeszły, nikt ich silNo nie zmuszał... - Ej, kto ma broÓ? WychodziÖ! Kto ma broÓ, niech wychodzi, powtarzam! ZbieraÖ siË tu przy mnie! Wszyscy do mnie, tu jestem! - To sNo moje dzieci, mŐj panie, moje własne i bËdË nimi rzNodził tak jak mi siË podoba! - Gdzie jest policja, o Boże! - Trzeba wysłaÖ telegram do pana prezydenta! PiËÖ tysiËcy podpisŐw - to nie w kij dmuchał! - KobietË zadusili! OdsuÓ siË, mŐwiË draniu! Nie widzisz? - Municzka! MŐj Municzka! Municzka! - GŐwno warte sNo te wszystkie petycje. Nie lubiNo u nas petycji. Jeszcze dostaniemy tNo petycjNo po uszach... - OtwieraÖ bramË, twoja maÖ! Mokrzaki parszywe! Ścierwa! - BramË! Wiktor zawrŐcił. Było to trudne, kilkakrotnie uderzono go. ale mimo wszystko wydostał siË, odnalazł ciËżarŐwkË i znowu wdrapał siË na gŐrË. Nad leprozorium wisiała mgła i dziesiËÖ metrŐw za ogrodzeniem nie było już nic widaÖ. Brama była zamkniËta, przed niNo, na pustej przestrzeni, stali rozkraczeni żołnierze służby wewnËtrznej w hełmach nasuniËtych na oczy - było ich mniej wiËcej dziesiËciu. Przed wejściem do wartowni unoszNoc siË na palcach ze zdenerwowania, natËżajNoc głos wykrzykiwał coś do tłumu oficer, ale nie sposŐb go było usłyszeÖ. Nad dachem wartowni, niczym olbrzymia etażerka, wznosiła siË we mgle drewniana wieża i na jej gŐrnej platformie stał karabin maszynowy i krËcili siË mËżczyńni w " szarych mundurach. NastËpnie tam, za ogrodzeniem, ledwie dosłyszalnie pobrzËkujNoc żelazem przejechał wzdłuż drutŐw transporter opancerzony, podskoczył kilka razy na wybojach i zniknNoł we mgle. Na widok transportera tłum przycichł, tak że nawet można było usłyszeÖ wysilone okrzyki oficera ("... SpokŐj... mam rozkaz... do domŐw...") a potem tłum znowu zahuczał, wydał pomruk i zaryczał. Przed bramNo zaczNoł siË jakiś ruch. WśrŐd ciemnych, granatowych i szarych płaszczy zalśniły dobrze znane miedziane hełmy i złote koszule. Pojawiły siË w tłumie jak plamy światła, przedzierały siË na wolnNo przestrzeÓ i tam łNoczyły w żŐłtozłotNo masË. Chłopcy jak dËby - w złotych koszulach do kolan, przepasani szerokimi, oficerskimi pasami o szerokich sprzNoczkach, w błyszczNocych miedzianych hełmach, dziËki ktŐrym żołnierzy Legii nazywano po prostu strażakami - mieli też krŐtkie, masywne pałki i niezliczonNo ilośÖ emblematŐw Legii - na sprzNoczce, na lewym rËkawie, na piersi, na pałce, na hełmie, emblemat na mordzie, za samNo mordË piËÖ lat bez sNodu, na sportowej, muskularnej mordzie o wilczych oczach... i znaczki, gwiazdozbiory znaczkŐw. Znaczek strzelca wyborowego i Wyborowego spadochroniarza, i Wyborowego nurka i jeszcze znaczki z portretem pana prezydenta, i jego ziËcia, założyciela Legii, i jego syna oberszefa Legii... i u każdego w kieszeni granat z gazem łzawiNocym, a jeżeli chociaż jeden z tych bałwanŐw w porywie chuligaÓskiego entuzjazmu rzuci taki granat - odezwie siË karabin maszynowy na wieżyczce, karabiny maszynowe transportera, automaty żołnierzy i bËdNo strzelaÖ do tłumu, do tłumu, a nie do złotych koszul. Legia formowała już szereg przed żołnierzami, wzdłuż szeregu biegał machajNoc pałkNo Flamenco Juventa, bratanek, i Wiktor już z rozpaczNo zaczai siË oglNodaÖ dookoła nie wiedzNoc co robiÖ, ale wtedy oficerowi przyniesiono z wartowni megafon. Oficer strasznie siË ucieszył, nawet siË uśmiechnNoł i zaryczał piorunowym głosem, ale zdNożył tylko ryknNoÖ "Uwaga! ProszË wszystkich zgromadzonych ...", kiedy megafon widocznie znowu siË zepsuł, oficer pobladł, dmuchnNoł w tubË, a Flamenco Juventa, ktŐry nawet przygotował siË do wysłuchania, ze zdwojonNo energiNo zaczNoł biegaÖ i wymachiwaÖ pałkNo. Tłum nagle grońnie zahuczał - wydawało siË, że krzyknËli wszyscy razem i ci ktŐrzy krzyczeli już przedtem, i ci ktŐrzy do tej pory milczeli albo po prostu rozmawiali, albo płakali, albo modlili siË i Wiktor też zaczai krzyczeÖ nieprzytomny z przerażenia na myśl o tym co siË zaraz wydarzy. "ZabraÖ tych bałwanŐw! - krzyczał - ZabraÖ strażakŐw! To śmierÖ! Nie wolno! Diana!" Nie wiadomo kto i co krzyczał W tłumie, ale tłum do tej chwili nieruchomy, zaczai rŐwnomiernie kołysaÖ siË jak pŐłmisek gigantycznej galarety. Oficer upuścił megafon i zaczai cofaÖ siË do drzwi wartowni, twarze żołnierzy pod hełmami stały siË twarzami rozjuszonych zwierzNot, na gŐrze, na wieżyczce, nikt siË już nie ruszał, wszyscy znieruchomieli przy karabinie. I wtedy rozległ siË Głos. Był jak grzmot, dobiegał ze wszystkich stron jednocześnie i od razu zagłuszył wszystkie pozostałe dńwiËki. Był spokojny, nawet melancholijny, pobrzmiewało w nim bezgraniczne znudzenie, bezgraniczna pobłażliwośÖ, jakby przemawiał ktoś ogromny, wyniosły, stojNocy tyłem do natrËtnego tłumu, ktoś kto mŐwi przez ramiË oderwany na chwilË od ważnych spraw z powodu irytujNocych głupstw. - PrzestaÓcie wreszcie krzyczeÖ - powiedział Głos. - PrzestaÓcie wymachiwaÖ rËkami i odgrażaÖ siË. Czy to doprawdy takie trudne - przestaÖ gadaÖ i przez chwilË spokojnie pomyśleÖ? Przecież świetnie wiecie, że wasze dzieci odeszły od was dlatego, że same tego chciały, nikt ich nie zmuszał, nikt nie ciNognNoł za kołnierz. Odeszły dlatego, że obrzydliście im doszczËtnie i ostatecznie. One nie chcNo już dłużej żyÖ tak jak żyjecie wy i wasi przodkowie. Nadzwyczaj lubicie naśladowaÖ swoich przodkŐw i uważacie, że to jedna z waszych zalet - ale one uważajNo inaczej. Nie chcNo wyrosnNoÖ na pijakŐw i rozpustnikŐw, ludzi małodusznych, konformistŐw i niewolnikŐw, nie chcNo, żeby zdobiono z nich przestËpcŐw, nie chcNo waszych rodzin i waszego paÓstwa. Głos umilkł na chwilË. Przez całNo minutË nie było słychaÖ ani jednego dńwiËku - tylko jakiś szelest, jakby szeleściła mgła pełznNoc nad ziemiNo. Potem Głos przemŐwił znowu: - Możecie byÖ zupełnie spokojni o swoje dzieci. BËdzie im dobrze - lepiej niż z wami i znacznie lepiej, niż wam samym. Dzisiaj nie mogNo was przyjNoÖ, ale od jutra - przychodńcie. W KoÓskiej Dolinie zostanie przygotowany Dom SpotkaÓ i od trzeciej po południu możecie przychodziÖ choÖby codziennie. Codziennie o pŐł do trzeciej z placu miejskiego bËdNo odchodziÖ trzy autobusy. To za mało, w każdym razie na jutro - niech wasz burmistrz zatroszczy siË o dodatkowy transport. Głos zamilkł znowu. Tłum stał nieruchomym murem. Ludzie jakby bali siË poruszyÖ. - Tylko weńcie pod uwagË - ciNognNoł Głos. - To od was samych zależy czy dzieci zechcNo siË z wami spotykaÖ. W pierwszych dniach możemy jeszcze je nakłoniÖ, aby przychodziły na widzenia, nawet jeżeli nic bËdNo miały na to ochoty... ale potem... to już jak tam siË sami z nimi dogadacie. A teraz rozejdńcie siË Przeszkadzacie i nam, i dzieciom, i sobie. Bardzo wam radzË, pomyślcie, sprŐbujcie pomyśleÖ, co możecie daÖ swoim dzieciom. Przyjrzyjcie siË sobie. Wydaliście je na świat i okaleczacie je na swŐj obraz i podobieÓstwo. Pomyślcie i o tym, ale teraz wracajcie do domŐw. Tłum pozostał nieruchomy. ByÖ może prŐbował myśleÖ. W każdym razie Wiktor prŐbował. Były to oderwane myśli. Nawet nie myśli, lecz po prostu strzËpy wspomnieÓ, fragmenty rozmŐw, głupia, umalowana twarz Loli. A może jednak lepiej skrobankË? Po co nam to teraz... Ojciec z wargami drżNocymi z wściekłości... Ja z ciebie zrobiË człowieka, parszywy szczeniaku, skŐrË z ciebie zedrË... Okazało siË, że mam dwunastoletniNo cŐrkË, czy możesz pomŐc mi jakoś jNo urzNodziÖ w mieście w przyzwoitym miejscu?... Irma z ciekawościNo patrzy na rozmamłanego Roschepera... nie na Roschepera tylko na mnie... właściwie jest mi nawet wstyd, ale co ona tam rozumie, smarkata? Marsz na miejsce! Masz tu lalkË, ładna lalka? Jesteś jeszcze mała, dowiesz siË jak dorośniesz... - No i dlaczego stoicie? - zapytał piorunowy Głos. - Odejdńcie!. Nadleciał ciËżki, zimny wiatr, uderzył w twarz i ucichł. - No, idńcie już - powiedział Głos. I ponownie nadleciał wiatr już prawie zupełnie materialny, jak ciËżka wilgotna dłoÓ, ktŐra legła na twarzy, popchnËła - i znikła. Wiktor otarł policzki i zobaczył, że tłum siË cofa. Ktoś głośno krzyknNoł, rozległy siË dńwiËczNoce dośÖ niepewnie nawoływania, wokŐł samochodŐw i autobusŐw powstały niewielkie wiry. Ludzie zaczËli ze wszystkich stron wdrapywaÖ siË do skrzyni ciËżarŐwki, wszyscy poczËli siË śpieszyÖ, rozpychaÖ, tłoczyÖ w drzwiach samochodŐw, niecierpliwie rozdzielaÖ sczepione kierownicami rowery, zawarczały silniki, wielu ludzi odchodziło pieszo, czËsto oglNodajNoc siË, ale nie patrzyli ani na żołnierzy, ani na karabin maszynowy na wieży, nie na transporter, ktŐry właśnie podjechał z łoskotem żelaza i stanNoł na widocznym miejscu. Wiktor wiedział, dlaczego ludzie siË odwracajNo i dlaczego siË śpieszNo, paliły go policzki i jeżeli czegokolwiek siË bał, to tego, że Głos znowu powie: "Idńcie"! i znowu ciËżka wilgotna dłoÓ z odrazNo legnie na jego twarzy. Grupka kretynŐw w złotych koszulach wciNoż jeszcze niepewnie dreptała przed bramNo, ale było ich już mniej, do pozostałych zaś podszedł oficer i wrzasnNoł na nich - imponujNocy, pewny siebie, spełniajNocy przyjemny obowiNozek i oni rŐwnież cofnËli siË, nastËpnie zawrŐcili i powlekli precz, zbierajNoc po drodze rzucone na ziemiË szare, granatowe; ciemne płaszcze, i oto już nie pozostała ani jedna złota plama, obok przejeżdżały autobusy, samochody osobowe, a ludzie w skrzyni ciËżarŐwki rozglNodali siË niespokojnie i pytali jeden drugiego: "Gdzie jest kierowca?" Potem nie wiadomo skNod wynurzyła siË Diana, Diana Gniewna stanËła na stopniu, spojrzała w gŐrË, po czym krzyknËła surowo: "Tylko do skrzyżowania! SamochŐd jedzie do sanatorium!" i nikt nie ośmielił siË zaprotestowaÖ, wszyscy byli wyjNotkowo cisi i zgadzali siË na wszystko. Teddy nie pojawił siË do kopca, prawdopodobnie zabrał siË innym samochodem. Diana zakrËciła i pojechali znajomNo betonowNo szosNo mijajNoc grupy pieszych oraz rowerzystŐw, a ich z kolei wyprzedzały przeciNożone samochody osobowe, z jËkiem przysiadajNoce na amortyzatorach. Deszcz nie padał, była tylko mgła i mżył drobny kapuśniaczek. Deszcz zaczNoł siË dopiero wtedy, kiedy Diana podjechała do skrzyżowania, ludzie wysiedli, a Wiktor przesiadł siË do szoferki. Oboje milczeli do samego sanatorium. Diana od razu poszła do Roschepera - tak przynajmniej powiedziała - Wiktor zaś zrzuciwszy płaszcz uwalił siË na łŐżko w swoim pokoju, zapalił papierosa i zaczNoł gapiÖ siË w sufit. ByÖ może godzinË, byÖ może dwie, bez przerwy palił, wiercił siË na łŐżku, wstawał, spacerował po pokoju, bezmyślnie wyglNodał przez okno, zasuwał i odsuwał portiery, pil wodË z kranu, ponieważ mËczyło go pragnienie i znowu padał na łŐżko. ...Upokorzenie, myślał. Tak, oczywiście. Bili po twarzy, wymyślali od łobuzŐw, jak ostatniemu żebrakowi, ale pomimo wszystko to byli ojcowie i matki, pomimo wszystko kochali swoje dzieci, mogli je biÖ, ale gotowi byli oddaÖ za nie życie, demoralizowali swoim przykładem, ale przecież nieumyślnie, lecz przez swojNo ciemnotË,... matki rodziły je w bŐlach, ojcowie karmili i ubierali, przecież byli dumni ze swoich dzieci, chwalili siË nimi, czËsto je wyklinali, ale nie wyobrażali sobie bez nich życia... i rzeczywiście, teraz ich życie zrobiło siË puste, nic im przecież nie zostało. Czy wolno wiËc traktowaÖ ich aż tak okrutnie, tak zimno, tak pogardliwie, tak rozumnie i jeszcze na pożegnanie nakłaśÖ po pysku... ...Czyżby naprawdË, u diabla, obrzydliwe jest wszystko, co pozostało w człowieku od zwierzËcia? Nawet macierzyÓstwo, nawet uśmiech Madonny, czułe, serdeczne rËce podajNoce pierś niemowlËciu... Tak, oczywiście, instynkt i cala religia zbudowana na instynkcie... pewnie całe nieszczËście polega na tym, że tË religiË prŐbuje siË przenieśÖ na wychowanie, to znaczy na takie dziedziny, z ktŐrymi instynkty nie majNo już nic wspŐlnego, a jeżeli majNo, to przynoszNo wyłNocznie szkodË... dlatego że wilczyca mŐwi wilczËtom: "KNosajcie jak ja" i to wystarczy, zajËczyca uczy swoje zajNoczki: "Uciekajcie tak jak ja" i to także wystarczy, ale człowiek uczy swoje małe: "Myśl tak jak ja" i to już jest zbrodnia... No a ci, jak im tam - mokrzaki, gady, zarazy, wszystko co kto chce, ale na pewno nie ludzie, co najmniej nadludzie - jak oni to robiNo? Najpierw: "Przyjrzyj siË, jak myśleli przed tobNo, zobacz co z tego wyszło, wyszło niedobrze, dlatego, że to i to, a powinno byÖ tak i tak. Zobaczyłeś? A teraz zacznij myśleÖ sam, myśl co zrobiÖ, żeby nie wyszło to i to, tylko tak i tak". Tylko, że ja nie wiem, czym jest to i to, i co to jest tak i tak, a w ogŐle wszystko to już było, wszystko to już wyprŐbowaliśmy, zrealizowali siË poszczegŐlni świetni ludzie, ale przeważajNoce masy pchały siË starNo drogNo, nigdzie nie skrËcajNoc, zwyczajnie, po naszemu... ZresztNo jak człowiek ma wychowywaÖ swoje małe, kiedy jego ojciec nie wychowywał go, tylko tresował: "KNosaj jak ja, chowaj siË tak jak ja", i tak samo tresował ojca dziad, dziada pradziad, i dalej do tej pierwszej jaskini, do kosmatych nosicieli oszczepŐw, pożeraczy mamutŐw. Żal mi tych bezwłosych potomkŐw, żal mi ich, bo żal mi samego siebie, ale tamci majNo to gdzieś, nie jesteśmy im w ogŐle potrzebni, nie zamierzajNo nas reedukowaÖ, nie zamierzajNo nawet burzyÖ starego świata, stary świat ich nie interesuje, majNo swoje sprawy, a od starego świata żNodajNo tylko jednego - żeby siË od nich odczepił. Teraz stało siË to możliwe, teraz można handlowaÖ ideami, mamy teraz potËżnych kupcŐw idei, oni bËdNo ciË chroniÖ, zapËdzNo cały świat za druty kolczaste, żeby stary świat ci nie przeszkadzał, bËdNo ciË karmiÖ, bËdNo ciË pielËgnowaÖ... bËdNo w sposŐb najbardziej ugrzeczniony ostrzyÖ topŐr, ktŐrym odrNobujesz gałNoń, na ktŐrej oni zasiadajNo błyskajNoc orderami i szamerunkami. ...I do diabła, to jest na swŐj sposŐb wspaniałe - wszystko już wyprŐbowano, tylko tego jeszcze nie wyprŐbowano - zimny wychŐw bez słodkiego szczebiotu, bez łez... chociaż co ja tu wymyślam, skNod mogË wiedzieÖ jak wyglNoda to ich wychowanie... ale wszystko jedno - okrucieÓstwo i pogardË widaÖ gołym okiem... Nic im z tego nie wyjdzie, dlatego że - no dobrze, intelekt, myślcie, uczcie siË, analizujcie - ale co z rËkami matki, czułymi dłoÓmi, ktŐre kojNo bŐl i ogrzewajNo świat. I kłujNocy zarost ojca, ktŐry bawi siË w wojnË i w tygrysa, uczy siË boksowaÖ, jest najsilniejszy i wszystko wie? A przecież to też było! Nie tylko wrzaskliwe (albo ciche) kłŐtnie rodzicŐw, nie tylko pasek i pijany bełkot, nie tylko bezsensowne targanie za uszy na zmianË z nagłym i niepojËtym deszczem cukierkŐw i miedziakŐw na kino... ZresztNo, skNod ja mogË wiedzieÖ - może oni majNo jakiś ekwiwalent tego dobrego, co zawiera w sobie macierzyÓstwo i ojcostwo... jak Irma patrzyła na tego mokrzaka! jakim trzeba byÖ, żeby na ciebie tak patrzono... i w każdym razie ani Bol-Kunac, ani Irma, ani pryszczaty nihilista - demaskator nigdy nie włożNo złotych koszul, a czy to mało? Do diabla - niczego wiËcej od ludzi nie wymagam! .. .Nie tak prËdko, powiedział do siebie. Znajdń najważniejsze. Jesteś z nimi, czy przeciwko nim? Jest jeszcze trzecie wyjście - mieÖ wszystko w nosie. Ale mnie nie jest wszystko jedno. Ach, jak ja bym chciał byÖ cynikiem, jak łatwo, prosto i przyjemnie jest byÖ cynikiem!... no, coś takiego - przez całe życie robiNo ze mnie cynika, starajNo siË, nie żałujNoc sił i środkŐw, kuł, najpiËkniejszych frazesŐw, papieru, nie żałujNo piËści, nie żałujNo ludzi, niczego im nie żal, żebym tylko został cynikiem - a ja nic... No dobrze, już dobrze. Ale jednak - jestem za czy przeciw? Oczywiście przeciw - nie znoszË lekceważenia, nienawidzË elit, nienawidzË wszelkiej nietolerancji, i nie lubiË, och, jak ja nie lubiË, kiedy mnie bijNo po mordzie i wyganiajNo precz... I jestem za, ponieważ lubiË ludzi mNodrych, utalentowanych, nienawidzË głupcŐw, nienawidzË tËpakŐw, nienawidzË złotych koszul, faszystŐw i jest jasne, że do niczego nie dojdË, zbyt mało o nich wiem, a z tego co wiem, co widziałem sam, rzuca siË w oczy raczej to, co złe - okrucieÓstwo, pogarda, odczłowieczenie, wreszcie fizyczna szpetota... A w rezultacie - z nimi jest Diana, ktŐrNo kochani, i Irma, ktŐrNo kocham, i Golem, ktŐrego szanujË, i Bol-Kunac, i pryszczaty nihilista... a kto jest przeciw? Burmistrz jest przeciw, to stare ścierwo, faszysta i demagog, i ta sprzedajna gnida policmajster, i Roscheper Nant, i ta idiotka Lola, ta banda w złotych koszulach, i Fawor... Co prawda, z drugiej strony - jest z nimi ten wysoki zawodowiec, a także niejaki generał Pferd - nie znoszË generałŐw, przeciwko zaś Teddy i z pewnościNo jeszcze wielu takich jak Teddy... Tak, wiËkszościNo głosŐw niczego siË tu nie rozwiNoże. To coś w rodzaju demokratycznych wyborŐw - wiËkszośÖ zawsze popiera łobuzŐw... Około drugiej przyszła Diana, Diana Zwyczajna i Wesoła w ciasno przepasanym białym fartuchu, uczesana i podmalowana. - Jak idzie praca? - zapytała. - PłonË - odpowiedział. - Spalam siË, świecNoc innym. - Fakt, dużo dymu. ChoÖbyś okno otworzył... Chcesz jeśÖ? - Tak, do diabła! - odparł Wiktor. Przypomniał sobie, że nie jadł śniadania. - Do diabła, w takim razie idziemy! Zeszli do jadalni. Przy długich stołach, w solennym milczeniu chłeptali dietetycznNo zupË "Bracia w sapiencji", poczerniali z fizycznego zmËczenia. Gruby trener w opiËtym granatowym swetrze chodził za ich plecami, klepał po ramionach, targał im czupryny i uważnie zaglNodał do talerzy. - Poznam ciË teraz z pewnym człowiekiem - oznajmiła Diana. - Zjemy razem obiad. - Co to za jeden? - z niezadowoleniem zapytał Wiktor. Miał ochotË milczeÖ przy jedzeniu. - MŐj mNoż - odrzekła Diana. - MŐj były mNoż. - Aha - powiedział Wiktor. - Aha. No cŐż... Bardzo mi milo. Co też przyszło jej do głowy, pomyślał smËtnie. I komu to potrzebne. Popatrzył żałośnie na DianË, ale już zmierzali szybko do służbowego stolika w kNocie sali. MNoż wstał na ich powitanie, żŐłtoskŐry, garbatonosy, w ciemnym garniturze i w czarnych rËkawiczkach. Nie podał Wiktorowi rËki, tylko skłonił siË i powiedział niegłośno: - DzieÓ dobry, cieszË siË, że pana widzË. - Baniew - przedstawił siË Wiktor z fałszywNo serdecznościNo, ktŐra go zawsze ogarniała na widok mËżŐw. - My siË właściwie już znamy - stwierdził mNoż. - Jestem Zurtzmansor. - Ach tak! - zawołał Wiktor. - Ależ oczywiście! MuszË siË panu przyznaÖ, że moja pamiËÖ... - zamilkł. - ChwileczkË - zapytał. - Jaki Zurtzmansor? - Paweł Zurtzmansor. Pan zapewne mnie czytał, a niedawno nadzwyczaj energicznie walczył pan w mojej obronie w restauracji. Poza tym spotkaliśmy siË w jeszcze jednym miejscu w nader niemiłych okolicznościach... Może usiNodziemy? Wiktor usiadł. No dobrze, pomyślał. Niech tak bËdzie. To znaczy oni tak wyglNodali bez przepasek. Kto by pomyślał? Pardon, ale gdzie jego "okulary"? Zurtzmansor - nie wiedzieÖ czemu mNoż Diany, czyli garbonosy tancerz, grajNocy tancerza, ktŐry gra tancerza, ktŐry tak naprawdË jest mokrzakiem, albo nawet czterema mokrzakami naraz, albo nawet piËcioma, liczNoc razem z restauracyjnym - Zurtzmansor nie miał "okularŐw", jakby rozpłynËły siË po całej twarzy barwiNoc jNo na latynoamerykaÓski kolor. Diana z dziwnym, nieomal macierzyÓskim uśmiechem patrzyła to na niego, to na swojego mËża. I to było nieprzyjemne. Wiktor poczuł coś w rodzaju zazdrości, ktŐrej do tej pory nigdy nie doznawał, kiedy miał do czynienia z mËżami. Kelnerka przyniosła zupË. - DziËkujË - automatycznie powiedział Wiktor. WziNoł łyżkË i zaczNoł jeśÖ nie czujNoc smaku. Zurtzmansor rŐwnież jadł, spoglNodajNoc spode łba na Wiktora - bez uśmiechu, ale z jakimś rozbawionym wyrazem twarzy. RËkawiczek nie zdjNoł, ale sposŐb w jaki posługiwał siË łyżkNo, w jaki łamał chleb, używał serwetki, świadczył o starannym wychowaniu. - To znaczy, że jednak jest pan tym sławnym Zurtzmansorem - stwierdził Wiktor - filozofem... - Obawiam siË, że nie - odparł Zurtzmansor wycierajNoc wargi serwetkNo. - Obawiam siË, że z tym słynnym filozofem mam teraz zwiNozek nadzwyczaj odległy. Wiktor nie znalazł odpowiedzi i postanowił odłożyÖ rozmowË. Ostatecznie, to nie ja jestem inicjatorem spotkania, nie ma co siË pchaÖ, skoro on chciał siË ze mnNo zobaczyÖ, to niech sam zaczyna... Przyniesiono drugie danie. Nadzwyczaj uważnie Wiktor zaczai kroiÖ miËso. Przy długich stołach zgodnie i prostodusznie mlaskano, szczËkajNoc nożami i widelcami. A przecież siedzË tu jak głupi, pomyślał Wiktor. Brat w sapiencji. Ona prawdopodobnie kocha go do tej pory. Zachorował, musieli siË rozstaÖ, ale ona nie chciała siË rozstaÖ, bo inaczej po co by jechała do tej dziury - żeby wynosiÖ nocniki Roschepera? I czËsto siË widujNo, on zakrada siË do sanatorium, zdejmuje opaskË i taÓczy z niNo. Przypomniał sobie, jak oni oboje taÓczyli - dwa gołNobeczki. Wszystko jedno. Ona go kocha. A co mnie to obchodzi? Ale przecież jednak obchodzi. Co tu ukrywaÖ - obchodzi. Tylko - co mianowicie? Oni zabrali mi cŐrkË, ale jestem o niNo zazdrosny nie jak ojciec. Odebrali mi kobietË, ale jestem zazdrosny o DianË nie jak mËżczyzna. .. O do diabła, skNod takie słowa! Zabrali kobietË, zabrali cŐrkË... CŐrkË, ktŐra zobaczyła mnie po raz pierwszy w dwunastym roku życia... czy może w trzynastym. KobietË, ktŐrNo znam kilka dni... Ale proszË - jestem zazdrosny i to nie jak ojciec i nie jak mËżczyzna. Tak, byłoby znacznie prościej, gdyby on teraz powiedział: "Szanowny panie, wiem wszystko, splamił pan mŐj honor, co z udzieleniem mi satysfakcji?" - Jak idzie praca nad artykułem? - zapytał Zurtzmansor. - Nijak - odpowiedział Wiktor. - Ciekawe byłoby go przeczytaÖ - oznajmił Zurtzmansor. - A czy pan wie co to ma byÖ za artykuł? - Tak, wyobrażam sobie. Ale pan przecież takiego artykułu nie napisze. - A jeżeli bËdË musiał? Mnie generał Pferd nie obroni. - Widzi pan - powiedział Zurtzmansor - taki artykuł na jakim zależy burmistrzowi wszystko jedno panu nie wyjdzie. Nawet jeżeli bËdzie siË pan bardzo staraÖ. IstniejNo ludzie, ktŐrzy automatycznie, niezależnie od własnych chËci, transformujNo na swŐj sposŐb każde zadanie jakie, przed nimi staje. Pan należy do takich ludzi. - To ńle, czy dobrze? - spytał Wiktor. - Z naszego punktu widzenia - dobrze. O osobowości człowieka wiadomo bardzo mało, jeżeli nie liczyÖ tej czËści, na ktŐrNo składajNo siË odruchy. Co prawda, osobowośÖ masy nie zawiera prawie nic poza odruchami. Dlatego tak bardzo cenne sNo tak zwane osobowości twŐrcze, indywidualnie przetwarzajNoce informacjË o rzeczywistości. PorŐwnujNoc znane i dokładnie zbadane zjawisko z odbiciem tego zjawiska w twŐrczości takiej jednostki, możemy wiele siË dowiedzieÖ o strukturze psychicznej przetwarzajNocej informacjË. - A czy nie wydaje siË panu, że brzmi to nieco obrańliwie? - zapytał Wiktor. Zurtzmansor skrzywił siË dziwacznie i spojrzał na Wiktora. - Aha, rozumiem - odparł. - TwŐrca, a nie krŐlik doświadczalny... Ale widzi pan, wymieniłem tylko jednNo okolicznośÖ, dziËki ktŐrej jest pan dla nas cenny. Inne okoliczności sNo powszechnie znane - to prawdziwa informacja o obiektywnej rzeczywistości, mechanizm emocji, sposŐb pobudzania wyobrańni, zaspokajanie potrzeby wspŐłprzeżywania... Właściwie chciałem panu pochlebiÖ. - Wobec tego czujË siË pochlebiony - rzekł Wiktor. - Jednakże wszystkie te rozważania nie majNo żadnego zwiNozku z pisaniem paszkwili. Bierzemy ostatnie przemŐwienie pana prezydenta i przepisujemy je w całości, przy czym słowa "wrogowie wolności" zamieniamy słowami "tak zwane mokrzaki", albo "pacjenci krwawego lekarza", albo "wilkołakiz leprozorium"... i moja psychika nie bËdzie w tej zabawie w ogŐle uczestniczyÖ. - To siË panu tylko tak wydaje - zaprzeczył Zurtzmansor. - Przeczyta pan przemŐwienie i na poczNotek okaże siË, że jest skandalicznie napisane. Mam na myśli jego stylistykË. Zacznie pan poprawiaÖ styl, szukajNoc bardziej precyzyjnych sformułowaÓ, zacznie pracowaÖ wyobrańnia, zemdli pana od zatËchłych słŐw, zechce pan je ożywiÖ, zastNopiÖ urzËdowe łgarstwa żywymi faktami i sam pan nawet nie zauważy, kiedy zacznie pan pisaÖ prawdË. - ByÖ może - powiedział Wiktor. - W każdym razie nie mam teraz ochoty na pisanie tego artykułu. - A ma pan ochotË pisaÖ coś innego? - Tak - odparł Wiktor patrzNoc mu w oczy - z przyjemnościNo napisałbym, jak dzieci odeszły z miasta. Nowego szczurołapa z Hamelin. Zurtzmansor z zadowoleniem skinNoł głowNo. - Świetny pomysł. Niech pan napisze. Napisze, z goryczNo pomyślał Wiktor. Twoja maÖ. ale kto wydrukuje? Może ty wydrukujesz? - Diana - zapytał. - A czy nie można by siË czegoś napiÖ? Diana wstała bez słowa i wyszła. - A poza tym napisałbym z przyjemnościNo o skazanym mieście - powiedział Wiktor. - I o niezrozumiałej aferze wokŐł leprozorium. I o złych czarownikach. - Ma pan pieniNodze? - Na razie jeszcze mam. - Chciałem pana zawiadomiÖ, że prawdopodobnie zostanie pan laureatem nagrody literackiej leprozorium za ubiegły rok. Na ostatnie okrNożenie wyszedł pan razem z Tusowem, ale Tusow ma niniejsze szansË, to oczywiste. WiËc pieniNodze bËdzie pan miał. - Ta - ak - powiedział Wiktor. - Coś takiego jeszcze mi siË nie zdarzyło. A dużo bËdzie tych pieniËdzy? - Ze trzy tysiNoce... Nie pamiËtam dokładnie. WrŐciła Diana i nadal bez słowa postawiła na stole butelkË i jednNo szklankË. - Daj jeszcze jednNo szklankË - poprosił Wiktor. - Ja nie bËdË piÖ - oznajmił Zurtzmansor. - Właściwie ja... Hm.. - Ja też nie bËdË - powiedziała Diana. - To za "NieszczËście"? - zapytał Wiktor nalewajNoc. - Tak. I za "KotkË". Tak, że na trzy miesiNoce bËdzie pan miał spokŐj. A może na mniej? - Na jakieś dwa miesiNoce - odparł Wiktor. - Ale nie o to chodzi... A wiËc - chciałbym zwiedziÖ wasze leprozorium. - Oczywiście - rzekł Zurtzmansor. - WrËczenie nagrody odbËdzie siË właśnie tam. Tylko, że siË pan rozczaruje. Żadnych cudŐw nie bËdzie. BËdzie dzieÓ wolny od pracy. Około dziesiËciu domkŐw i pawilon szpitalny. - Pawilon szpitalny - powtŐrzył Wiktor. - I kogŐż tam u was leczNo? - Ludzi - odpowiedział Zurtzmansor z dziwnNo intonacjNo. UśmiechnNoł siË i nagle coś dziwnego stało siË z jego twarzNo. Prawe oko było puste i zjechało do podbrŐdka, usta zrobiły siË trŐjkNotne, lewy policzek razem ż uchem odpadł od czaszki i zawisł. Trwało to zaledwie mgnienie oka. Dianie wypadł z rËki talerz, Wiktor machinalnie popatrzył za siebie, a kiedy ponownie spojrzał na Zurtzmansora, ten był już jak poprzednio - żŐłty i uprzejmy. Tfu, tfu, tfu, powiedział w myśli Wiktor. Precz, duchu nieczysty. A może mi siË tylko wydało? Spiesznie wyciNognNoł paczkË papierosŐw, zapalił i wbił wzrok w szklankË. "Bracia w sapiencji" z wielkim hałasem wstawali od stołŐw i ruszyli do wyjścia przekrzykujNoc siË donośnie. Zurtzmansor powiedział: - A w ogŐle chcielibyśmy, żeby czuł siË pan bezpiecznie. Nie powinien siË pan niczego obawiaÖ. Zapewne domyśla siË pan, że nasza organizacja zajmuje określone położenie i cieszy siË określonymi przywilejami. Wiele robimy, wiËc na wiele siË nam pozwala. Pozwala siË nam na doświadczenia z klimatem, pozwala siË przygotowywaÖ tych, ktŐrzy nas zastNopiNo... i tak dalej. Nie warto specjalnie siË rozwodziÖ. NiektŐrzy panowie sNodzNo, że pracujemy dla nich, a my nie wyprowadzamy ich z błËdu. - Zamilkł na chwilË. - ProszË pisaÖ o czym pan chce i jak pan chce, nie zwracajNoc uwagi na szczekajNoce psy. Jeśli bËdzie pan miał kłopoty z wydawcami, albo kłopoty finansowe, pomożemy panu. W ostateczności, bËdziemy pana sami wydawaÖ. Oczywiście dla siebie. Tak, że ulubione minogi ma pan zapewnione. Wiktor wypił i pokrËcił głowNo. - Jasne - stwierdził. - Znowu siË mnie kupuje. - Można to i tak nazwaÖ - odparł Zurtzmansor. - Najważniejsze, żeby pan wiedział - istnieje pewien kontyngent czytelnikŐw, powiedzmy, chwilowo niezbyt liczny, ktŐry jest niezmiernie zainteresowany paÓskNo pracNo. Jest pan nam potrzebny, Baniew, I do tego potrzebny właśnie taki, jaki pan jest. Niepotrzebny jest nam Baniew - nasz zwolennik i nasz piewca, dlatego też niech pan nie łamie sobie głowy zastanawiajNoc siË, po czyjej jest pan stronie. Niech pan bËdzie po swojej stronie, jak zresztNo przystoi twŐrczej jednostce. To wszystko czego nam od pana trzeba. - WyjNotkowo ulgowe warunki - oznajmił Wiktor. - Carte blanche i w perspektywie hałdy marynowanych minog. W perspektywie oraz w sosie musztardowym. Jakaż wiËc wdowa powiedziałaby mi "nie"? Zurtzmansor, czy zdarzyło siË panu kiedykolwiek zaprzedawaÖ duszË i piŐro? - Tak, naturalnie - odpowiedział Zurtzmansor. - I wie pan, płacono mi skandalicznie mało. Ale to było tysiNoc lat temu i na innej planecie - znowu umilkł na chwilË. - Nie ma pan racji, Baniew - rzekł. - My pana nie kupujemy. Po prostu chcemy, żeby pan pozostał samym sobNo, obawiamy siË, że pana złamiNo. Wielu przecież już złamali... Wartości moralne nie sNo na sprzedaż. Można je zniszczyÖ, ale nie kupiÖ. Każda określona wartośÖ moralna potrzebna jest tylko jednej stronie, jej kradzież lub kupowanie pozbawione jest sensu. Pan prezydent uważa, że kupił malarza R. KwadrygË. To pomyłka. Pan prezydent kupił chałturszczyka R. KwadrygË, ale malarz przeciekł mu miËdzy palcami i umarł. A my nie chcemy, żeby Baniew przeciekł miËdzy palcami komukolwiek, nawet nam, i umarł jako pisarz. Nam sNo potrzebni artyści, a nie propagandyści. Wstał. Wiktor rŐwnież wstał czujNoc niezrËcznośÖ i dumË, nieufnośÖ i poniżenie, rozczarowanie i odpowiedzialnośÖ, i coś jeszcze w czym chwilowo nie umiał siË zorientowaÖ. - Było mi miło porozmawiaÖ z panem - powiedział Zurtzmansor. - ŻyczË powodzenia w pracy. - Do widzenia - odparł Wiktor. Zurtzmansor lekko siË skłonił i odszedł z uniesionNo głowNo długim, pewnym krokiem. Wiktor patrzył w ślad za nim. - Właśnie za to ciË kocham - stwierdziła Diana. Wiktor padł na krzesło i siËgnNoł po butelkË. - Za co? - zapytał z roztargnieniem. - Za to, że im jesteś potrzebny. Za to, że ty, dziwkarz, pijaczyna, awanturnik, niechluj i łajdak pomimo wszystko jesteś potrzebny takim ludziom. Przechyliła siË przez stŐł i pocałowała Wiktora w policzek. To była jeszcze jedna Diana - Diana KochajNoca - o olbrzymich suchych oczach, Maria z Magdali, Diana PatrzNoca z Dołu do GŐry. - Też mi coś - wymamrotał Wiktor. - Intelektualiści... Kacyki na godzinË. Ale to były tylko słowa. Bo tak naprawdË nie było to takie proste. Wiktor wrŐcił do hotelu nastËpnego dnia po śniadaniu. Na pożegnanie Diana dała mu kobiałkË - ze stołecznych szklarni przysłano dla Roschepera pŐł puda truskawek i Diana rozsNodnie zdecydowała, że Roscheper nawet przy swojej anormalnej żarłoczności nie da rady sam wszystkiego pochłonNoÖ. PosËpny portier otworzył drzwi Wiktorowi. Wiktor poczËstował go truskawkami, portier wziNoł kilka jagŐd, włożył do ust, pożuł niczym chleb i powiedział: - Okazuje siË, że mŐj szczeniak wszystkim tam u nich krËcił. - Dlaczego pan tak o nim mŐwi - zaprotestował Wiktor. - To znakomity chłopak. MNodry i bardzo dobrze wychowany. - No bo lałem go ile wlezie! - rzekł portier odzyskujNoc rezon. - Starałem siË... - znowu sposËpniał. - SNosiedzi żyÖ nie dajNo. - oznajmił. - A co ja mogłem? O niczym nie wiedziałem. - Niech pan ich pośle do diabła - poradził Wiktor. - Oni tak z zawiści, a paÓski chłopak jest rewelacyjny. Ja na przykład bardzo jestem rad, że przyjańni siË z mojNo cŐrkNo. - Ha! - powiedział portier, znowu odzyskujNoc ducha. - To może kiedyś siË spokrewnimy? - A co - odparł Wiktor. - To nawet bardzo możliwe... - wyobraził sobie Bol-Kunaca. - Czemu nie... Z tego powodu chwilË śmieli siË i żartowali. - Nie słyszał pan wczoraj strzelaniny? - zapytał portier. - Nie - odparł Wiktor i stał siË czujny. - Bo co? - Tak wyszło - powiedział portier - znaczy, kiedy my wszyscy rozeszliśmy siË, niektŐrzy, znaczy, zostali. Dobrało siË paru chojrakŐw, przeciËli druty i - do środka. Na karabiny maszynowe. - O do diabła - rzekł Wiktor. - Sam nie widziałem - stwierdził portier. - Tak ludzie opowiadajNo. - Rozejrzał siË na boki, kiwnNoł na Wiktora i powiedział mu szeptem na ucho: - Nasz Teddy też tam był, dostał kulkË. Ale to nic poważnego. Teraz kuruje siË w domu. - Paskudna historia - wymamrotał Wiktor zmartwiony. PoczËstował truskawkami recepcjonistË, wziNoł klucz i poszedł do siebie. Nie rozbierajNoc siË wykrËcił numer Teddyego. Synowa Teddyego zakomunikowała, że na ogŐł nie jest ńle, przestrzelili mu miËsieÓ, leży na brzuchu, przeklina i chla wŐdË. Ona zaś wybiera siË dzisiaj do Domu SpotkaÓ zobaczyÖ syna. Wiktor poprosił, żeby przekazała Teddyemu pozdrowienia, obiecał, że wpadnie i odłożył słuchawkË. Powinien jeszcze zadzwoniÖ do Loli, ale kiedy wyobraził sobie tË rozmowË, krzyki, wyrzuty - nie zadzwonił. ZdjNoł płaszcz, popatrzył na truskawki, zszedł do kuchni i wyprosił butelkË śmietanki. Kiedy wrŐcił, w pokoju siedział Pawor. - DzieÓ dobry - powiedział Pawor z oślepiajNocym uśmiechem. Wiktor podszedł do stołu, wysypał truskawki do miski, zalał śmietankNo, posypał cukrem i usiadł. - No, dzieÓ dobry, dzieÓ dobry - odparł ponuro. - Ma pan mi coś do powiedzenia? Nie miał ochoty patrzeÖ na Pawora. Po pierwsze Pawor był kanaliNo, a po drugie okazuje siË, że nie jest przyjemnie patrzeÖ na człowieka, ktŐrego siË zakapowało. Nawet jeżeli to kanalia i nawet jeżeli zakapowałeś go z najszlachetniejszych pobudek. - Wiktorze, proszË mnie wysłuchaÖ - odezwał siË Pawor. - Jestem gotŐw przeprosiÖ pana. Obaj zachowywaliśmy siË idiotycznie - ale ja chyba bardziej. To wszystko z powodu służbowych kłopotŐw. Szczerze proszË o wybaczenie. Byłoby mi diabelnie przykro, gdybyśmy pogniewali siË na siebie z powodu takiego głupstwa. Wiktor zamieszał truskawki łyżeczkNo i zaczNoł jeśÖ. - Jak Boga kocham, ostatnio mi siË nie wiedzie - ciNognNoł Pawor dalej - jestem zły na cały świat. Nikt mi nie wspŐłczuje, nikt nie pomaga, ta świnia burmistrz wciNognNoł mnie w brudnNo aferË... - Panie Summan - powiedział Wiktor. - Niech pan nie udaje idioty. Nieńle pan potrafi udawaÖ, ale ja na szczËście rozszyfrowałem pana i studiowanie pana aktorskich talentŐw nie sprawia mi żadnej przyjemności. Nie chciałbym sobie psuÖ apetytu, wiËc może pan sobie pŐjdzie. - Wiktorze - rzekł Pawor z wyrzutem. - Przecież jesteśmy dorośli. Nie można przecież przywiNozywaÖ takiej wagi do gadania przy stole. Czyżby pan uwierzył, że te głupstwa, ktŐre wygadywałem, to moje poglNody? Migrena, przykrości, katar... Czego można wymagaÖ od człowieka w takiej sytuacji? - Można wymagaÖ, żeby człowiek nie bił mnie z tyłu kastetem po głowie - wyjaśnił Wiktor. - A jeżeli już bije - rŐżnie bywa na świecie - żeby potem nie udawał przyjaciela. - Ach wiËc o to chodzi - odparł Pawor z zadumNo. Jego twarz niespodziewanie jakby zmizerniała. - Niech pan posłucha, wszystko panu wytłumaczË. To był czysty przypadek. Nie miałem pojËcia, że to pan. A poza tym... Sam pan przecież powiedział, że rŐżnie bywa. - Panie Summan - oznajmił Wiktor oblizuj Noc łyżkË. - Nigdy nie przepadałem za ludńmi paÓskiej profesji. Jednego nawet zastrzeliłem - był bardzo odważny w sztabie, kiedy oskarżał oficerŐw o nielojalnośÖ, ale kiedy go posłano na pierwszNo liniË... WiËc niech siË pan wynosi. Jednakże Pawor nie wyniŐsł siË. Zapalił papierosa, założył nogË na nogË i rozwalił siË w fotelu. Jasne - chłop jak dNob, na pewno zna karate, w kieszeni ma kastet... Dobrze byłoby siË rozzłościÖ... Czego on, jak Boga kocham, psuje mi apetyt... - WidzË, że pan dużo wie - stwierdził Pawor. - To niedobrze. Mam na myśli - dla pana. No, dobra. Jednego tylko pan nie wie, że ja osobiście szczerze pana lubiË i szanujË. Niech siË pan nie wzdryga i nie udaje, że zbiera siË panu na wymioty. MŐwiË serio. Z przyjemnościNo gotŐw jestem wyraziÖ ubolewanie z powodu incydentu z kastetem. PrzyznajË nawet, że wiedziałem kogo bijË, ale nie miałem innego wyjścia. Za rogiem leży jedyny świadek, atu jeszcze pan nadszedł... No wiËc jedyne co mogłem zrobiÖ, to uderzyÖ pana możliwie delikatnie i tak zresztNo zrobiłem. Za co jak najszczerzej przepraszam. Pawor wykonał arystokratyczny gest. Wiktor patrzył na niego nawet z niejakiego rodzaju ciekawościNo. W sytuacji tej było coś nowego, coś czego jeszcze nigdy nie doświadczył i co nawet trudno było sobie wyobraziÖ. - Jednakże przepraszaÖ za to, że jestem funkcjonariuszem wiadomego departamentu - mŐwił dalej Pawor - nie mogË i zresztNo nie chcË, mŐwiNoc szczerze. ProszË sobie nie wyobrażaÖ, że tam u nas zebrali siË sami dusiciele wolnej myśli i łajdaki karierowicze. Tak - pracujË w kontrwywiadzie. Tak - wykonujË brudnNo robotË. Tylko że każda robota jest brudna, czysta robota nie istnieje. Pan w swoich powieściach przedstawia podświadomośÖ, swoje sławetne libido, no a ja to robiË inaczej... O szczegŐłach panu nie opowiem, bo nie mogË, zresztNo, sam pan siË pewnie wszystkiego domyśla. Tak, śledzË leprozorium, nienawidzË tych mokrych stworŐw, bojË siË ich - i nie tylko o siebie siË bojË, bojË siË o wszystkich ludzi, ktŐrzy sNo coś warci. O pana na przykład. Przecież pan ni cholery nie rozumie. Wolny artysta, człowiek emocji, ach, och - i koniec rozmowy. A tu chodzi o losy systemu. Albo, jeżeli pan woli - o losy ludzkości. Nie podoba siË panu prezydent - dyktator, tyran, idiota... Ale nadciNoga taka dyktatura, jaka siË wam, wolnym artystom, nawet nie śniła. Wczoraj w restauracji nagadałem głupstw, ale było w tym racjonalne ziarno - człowiek jest zwierzËciem anarchistycznym, i anarchia go zniszczy, jeżeli system nie bËdzie wystarczajNoco mocny. A wiËc paÓskie ulubione mokrzaki proponujNo takNo dyktaturË, że dla zwykłego człowieka po prostu nie bËdzie już miejsca. Pan myśli, że jeśli ktoś cytuje Zurtzmansora albo Hegla to hoho! Ale taki człowiek patrzy na pana i widzi jedno wielkie gŐwno, i wcale mu pana nie żal, dlatego że i według Hegla jest pan gŐwnem i według Zurtzmansora także gŐwnem. GŐwnem zdefiniowanym. A to co siË znajduje poza granicami tej definicji - już go nie interesuje. Pan prezydent na skutek swego wrodzonego ograniczenia - no, nawymyśla panu, no, w ostatecznym wypadku każe posadziÖ, ale potem wypuści z okazji świËta narodowego i pełen najlepszych uczuÖ jeszcze zaprosi pana na obiad. Lecz Zurtzmansor popatrzy na pana przez lupË i zakwalifikuje - psie gŐwno nie nadajNoce siË do niczego - i wnikliwie kierowany wielkim intelektem, przemyśleniami światowej filozofii, strzepnie brudnNo ścierkNo do wiadra na śmiecie i zapomni, że pan kiedyś istniał... Wiktor aż przestał jeśÖ. To było dziwne widowisko, nieoczekiwane. Pawor denerwował siË, wargi mu drżały, z twarzy odpłynËła krew, nawet oddychał z trudem. Wyrańnie wierzył w to co mŐwił, w jego oczach zastygło przerażajNoce widmo straszliwego świata. No, no powiedział do siebie Wiktor ostrzegawczo. To przecież wrŐg, oprawca. To przecież aktor, prŐbuje ciË kupiÖ za złamany szelNog... Nagle zrozumiał, że ze wszystkich sił stara odepchnNoÖ siË od Pawora. To przecież urzËdnik, nie zapominaj o tym. Z definicji nie może kierowaÖ siË ideowymi pobudkami - kazano mu - no to pracuje jak umie. KażNo mu broniÖ mokrzakŐw - bËdzie ich broniÖ. Znam te ścierwa, niejednego już widziałem... Pawor wziNoł siË w garśÖ i uśmiechnNoł. - Wiem co pan myśli - powiedział. - Na paÓskiej twarzy widaÖ jak prŐbuj e pan odgadnNoÖ - czego ten typ siË przyczepił, czego ode mnie chce. ProszË wiËc sobie wyobraziÖ, że niczego od pana nie chcË. Po prostu szczerze pragnË pana ostrzec, żeby pan siË zorientował w sytuacji i stanNoł po właściwej stronie... - boleściwie wyszczerzył zËby. - Nie chcË, żeby pan stał siË zdrajcNo ludzkości. Potem ocknie siË pan - i bËdzie za pŐńno... Nie mŐwiË już o tym, że w ogŐle powinien siË pan stNod wynieśÖ i przyszedłem tu, by pana do tego namŐwiÖ. NadchodzNo ciËżkie czasy, zwierzchnośÖ jest w stadium służbowej gorliwości, niektŐrym dano do zrozumienia, że niby kiepsko pracujecie, panowie, jakieś nieporzNodki... Ale to jeszcze drobiazg, o tym jeszcze porozmawiamy. Ja chcË, żeby pan zrozumiał to, co najważniejsze. A najważniejsze to nie to, co bËdzie jutro. Jutro oni jeszcze bËdNo siedzieÖ u siebie za drutem kolczastym pod strażNo tych kretynŐw... - znowu wyszczerzył zËby. - Ale za jakieś dziesiËÖ lat... Wiktor już nie dowiedział siË, co bËdzie za dziesiËÖ lat. Drzwi otwarły siË bez pukania i weszli dwaj w jednakowych szarych płaszczach i Wiktor od razu wiedział co to za jedni. Automatycznie ścisnËło go w dołku i pokornie wstał, czujNoc mdłości i bezsilnośÖ. Ale powiedziano mu: "SiadaÖ, a Faworowi": "WstaÖ". - Pawor Summan, jest pan aresztowany. Pawor, biały, nawet jakoś niebieskawo biały jak odciNogane mleko, wstał i powiedział ochryple. - Nakaz. Pokazali mu jakiś papierek i kiedy patrzył na ten świstek niewidzNocymi oczami, ujËli go pod łokcie, wyprowadzili i zamknËli za sobNo drzwi. Wiktor nadal siedział jakby wypuszczono z niego powietrze, patrzył na miskË z truskawkami i powtarzał sobie: "niech siË zagryzajNo wzajemnie, niech siË zagryzajNo..." WciNoż czekał na odgłos zapuszczanego silnika na ulicy i stuk drzwi, ale siË nie doczekał. Wtedy zapalił i czujNoc, że już dłużej nie może tak siedzieÖ, czujNoc, że musi z kimś porozmawiaÖ, zapomnieÖ, albo ostatecznie napiÖ siË z kimś wŐdki, wyszedł na korytarz. InteresujNoce, skNod wiedzieli, że on jest u mnie. Nie, to wcale nie jest interesujNoce. Nic interesujNocego w tym nie ma... Na klatce schodowej majaczył wysoki profesjonalista. Było tak niezwyczajnie widzieÖ go samego, że Wiktor obejrzał siË i rzeczywiście - w kNocie na kanapie siedział młody mËżczyzna z teczkNo i rozkładał gazetË. - A, otŐż i on - powiedział wysoki. Młody mËżczyzna spojrzał na Wiktora, wstał i zaczai składaÖ gazetË. - Właśnie wybierałem siË do pana - powiedział wysoki. - Ale jeżeli już tak wyszło, chodńmy do nas, tam bËdzie spokojniej. Wiktorowi było wszystko jedno dokNod pŐjdzie, wiËc pokornie powlŐkł siË na drugie piËtro. Wysoki dłuższNo chwilË otwierał drzwi numer trzysta dwanaście. Miał cały pËk kluczy i zdaje siË, wyprŐbował je wszystkie. Tymczasem Wiktor i młody człowiek w okularach stali obok siebie, i młody człowiek miał bardzo znudzony wyraz twarzy, Wiktor zaś zastanawiał siË, co by siË stało, gdyby daÖ mu teraz w łeb. wyrwaÖ teczkË i pobiec korytarzem. Potem weszli do środka i młody człowiek natychmiast wyszedł do sypialni po lewej stronie, a wysoki powiedział do Wiktora: "ChwileczkË" i oddalił siË do sypialni po prawej stronie. Wiktor usiadł przy stole ze szlachetnego drewna i zaczNoł wodziÖ palcem po szorstkich kŐłkach pozostawionych na politurze przez szklanki i kieliszki. KrNożkŐw było mnŐstwo, ze stołem nikt siË nie cackał, nie zwracano uwagi na szlachetne drewno, kładziono na nim zapalone papierosy i co najmniej raz strzNośniËto atrament z piŐra. Potem ze swojej sypialni wyszedł młody człowiek - tym razem bez teczki i marynarki, w domowych kapciach, z gazetNo w jednej rËce i pełnNo szklankNo w drugiej. Usiadł w swoim fotelu pod lampNo i natychmiast ze swojej sypialni pojawił siË wysoki z tacNo, ktŐrNo postawił na stole. Na tacy stała zaczËta butelka szkockiej, szklanka i leżało spore, kwadratowe pudełko. - Najpierw formalności - powiedział wysoki. - Chociaż nie, najpierw druga szklanka - rozejrzał siË, wziNoł z biurka szklany kubeczek na ołŐwki, zajrzał do niego, wytrzNosnNoł, dmuchnNoł i postawił na tacy. - A wiËc formalności - powtŐrzył. Wyprostował siË, stanNoł w postawie zasadniczej i surowo wybałuszył oczy. Młody człowiek odłożył gazetË, wstał rŐwnież, ze znudzeniem patrzNoc w ścianË. Wtedy Wiktor podniŐsł siË rŐwnież. - Wiktorze Baniew! - przemŐwił wysoki urzËdowo wzniosłym tonem. - Szanowny panie! W imieniu i na specjalne polecenie pana prezydenta, mam zaszczyt wrËczyÖ panu medal "Srebrnej Koniczyny drugiej klasy" w nagrodË za szczegŐlne usługi okazane departamentowi, ktŐry mam honor tu reprezentowaÖ! Otworzył granatowe pudełko, uroczyście wyjNoł z niego medal na białej wstNożeczce z mory i zaczNoł przypinaÖ go do piersi Wiktora. Młody człowiek zareagował grzecznymi oklaskami. NastËpnie wysoki wrËczył Wiktorowi legitymacjË i pudełko, uścisnNoł mu dłoÓ, cofnNoł siË o krok, przez chwilË z zachwytem kontemplował i też zaklaskał. Wiktor, czujNoc siË jak idiota, rŐwnież zaczNoł klaskaÖ. - A teraz trzeba to oblaÖ - oznajmił wysoki Wszyscy usiedli. Wysoki rozlał whisky, sobie wziNoł kubeczek na ołŐwki. - Zdrowie kawalera "Koniczyny"! - powiedział. Wszyscy ponownie wstali, wymienili uśmiechy, wypili i znowu usiedli. Młody człowiek w okularach natychmiast wziNoł gazetË i zasłonił siË niNo. - Trzeciej klasy, zdaje siË, już pan ma - rzekł wysoki. Teraz tylko jeszcze pierwsza i bËdzie pan pełnym kawalerem. Bezpłatne przejazdy i tak dalej. Za co panu dali ten pierwszy? - Nie pamiËtam - odparł Wiktor. - Coś tam było, pewnie zabiłem kogoś... A, przypomniałem sobie. To za kitchegaÓski przyczŐłek. - O! - rzucił wysoki i znowu rozlał whisky. - A ja na wojnie nie byłem. Nie zdNożyłem. - Miał pan szczËście - stwierdził Wiktor. Wypili. - MŐwiNoc miËdzy nami, nie mam pojËcia za co dostałem ten medal. - Przecież powiedziałem - za szczegŐlne zasługi. - Za Summana, czy jak? - zapytał Wiktor, uśmiechajNoc siË gorzko. - Niech pan przestanie! - rzekł wysoki. - Jest pan przecież ważnNo osobistościNo, przecież tam, w kołach. .. - niejasno pomachał rËkNo dookoła ucha. - W jakich znowu kołach... - powiedział Wiktor. - Wiemy, wiemy! - figlarnie zawołał wysoki. - Wszyscy wiemy. Generał Pferd, generał Pukki, pułkownik Bambarcha... Brawo. - Pierwszy raz słyszË - odparł Wiktor nerwowo. - RozpoczNoł sprawË pułkownik. Nikt, jak pan sam rozumie, nie protestował - ja myślË! No, a potem generał Pferd był z raportem u prezydenta i podsunNoł mu wniosek na pana... - Wysoki roześmiał siË. - Podobno było niezłe kino. Stary wrzeszczał: "Jaki Baniew? Kuplecista? Za nic!" Ale generał do niego, tak surowo: "Trzeba tak, wasza magnificencjo!" Słowem udało siË. Staruszek nawet siË wzruszył, dobra, powiada, przebaczam. Co tam miËdzy wami zaszło? - Nic takiego - niechËtnie odpowiedział Wiktor. - Posprzeczaliśmy siË na temat literatury. - Rzeczywiście pisze pan ksiNożki? - zapytał wysoki. - Tak. Jak pułkownik Lawrence. - I jak, przyzwoicie płacNo? - Też bËdË chyba musiał sprŐbowaÖ - oznajmił wysoki. - Tylko, że ciNogle nie mam czasu. To jedno, to drugie... - Tak, czasu brakuje - zgodził siË Wiktor. Przy każdym ruchu medal kiwał siË i stukał po żebrach. Wrażenie było takie, jak przy kataplazmach. Że jak siË zdejmie, od razu bËdzie lżej. - Wie pan - rzekł wstajNoc - ja już sobie pŐjdË. Najwyższy czas. Najwyższy czas. Wysoki natychmiast siË poderwał. - Do widzenia - powiedział. - Do widzenia. - Mam honor pożegnaÖ - skłonił siË wysoki. Młody człowiek w okularach opuścił gazetË i skłonił siË. Wiktor wyszedł na korytarz i natychmiast zdarł z siebie medal. Miał okropnNo ochotË wrzuciÖ go do kosza na śmiecie, ale siË powstrzymał i wsadził go do kieszeni. Zszedł na dŐł do kuchni, wziNoł butelkË dżinu, a kiedy wracał, recepcjonista oznajmił: - Panie Baniew, dzwonił do pana pan burmistrz. Nie było pana w pokoju i ja... - Czego chciał? - ponuro zapytał Wiktor. - Prosił, żeby pan do niego niezwłocznie zadzwonił. Idzie pan do siebie? Jeżeli pan burmistrz zadzwoni jeszcze raz... - ProszË mu powiedzieÖ, żeby mnie pocałował w dupË - odparł Wiktor. - Teraz wyłNoczË u siebie telefon, a jeżeli on zadzwoni proszË mu właśnie tak powtŐrzyÖ: pan Baniew, kawaler Koniczyny drugiej klasy proponuje, żeby pan, panie burmistrzu, pocałował go w dupË. ZamknNoł siË w swoim pokoju, wyłNoczył telefon i z jakiegoś powodu przykrył go poduszkNo. Potem usiadł przy swoim stole, nalał dżinu i nie rozwadniajNoc go, wypił duszkiem całNo szklankË. Dżin sparzył gardło i przełyk. Wtedy złapał łyżkË i zaczNoł zjadaÖ truskawki ze śmietankNo nie wiedzNoc co robi. Mam dosyÖ, mam dosyÖ, myślał. Nic nie chcË, ani orderŐw, ani honorariŐw, ani waszej jałmużny, nie potrzeba mi waszej opieki, ani waszej nienawiści, ani waszej miłości, zostawcie mnie samego, mam po uszy siebie samego, nie wplNotujcie mnie w wasze afery.... ŚcisnNoł rËkami głowË, żeby nie widzieÖ przed sobNo sinawobiałej twarzy Pawora i tych bezbarwnych i bezlitosnych pyskŐw w jednakowych płaszczach. Generał Pferd z wami, generał Buttock, generał Arschmann razem z waszymi uściskami i orderami, i Zurtzmansor z odklejonNo twarzNo... WciNoż prŐbował zrozumieÖ, co mu to przypomina. Wypił jeszcze pŐł szklanki i zrozumiał, że w konwulsjach zwija siË na dnie okopu, a ziemia wywraca siË pod nim, całe warstwy geologiczne, gigantyczne masy granitu, bazaltu, lawy wypierajNo siË wzajemnie, jËczNoc z wysiłku wypuczajNo siË, wybrzuszajNo i przy okazji, nie zwracajNoc uwagi, wyciskajNo go na gŐrË, coraz wyżej, wyduszajNo z okopu, wznoszNo nad ziemiNo, a czasy sNo ciËżkie, władza ma atak służbowej gorliwości, zwrŐcono uwagË, że kiepsko pracujecie, a on tu na widoku, goluteÓki zasłania oczy rËkami, wypchniËty z okopu. OpaśÖ by na dno, myślał. OpaśÖ by na samo dno, żeby nikt nie słyszał i nie widział. OpaśÖ by na dno jak łŐdń podwodna i ktoś mu podpowiedział: uciec radarom. Tak, tak. OpaśÖ by na dno jak łŐdń podwodna, uciec radarom. I nikomu nie daÖ znaÖ o sobie. Nie ma mnie, nie ma. MilczË. Sami siË wygrzebujcie. Boże, dlaczego w żaden sposŐb nie mogË zostaÖ cynikiem? OpaśÖ by na dno jak łŐdń podwodna, uciec radarom, leżeÖ i spaÖ. OpaśÖ by na dno jak łŐdń podwodna, powtarzał, swoich sygnałŐw nigdzie nie słaÖ. Poczuł już rytm, i od razu przyszło: dośÖ mam po uszy, po czubek głowy. Wszystko mi zbrzydło. Zbrzydło mi do dna... Nadal sobie dżinu i wypił. WŐdka, gitara, muzyka, pieśÓ, opaśÖ by na dno jak łŐdń podwodna... Gdzie jest banjo, pomyślał. Gdzie ja podziałem banjo? Wlazł pod łŐżko i wyciNognNoł banjo. Mam was wszystkich gdzieś, pomyślał. Och, do jakiego stopnia mam was gdzieś! OpaśÖ by na dno jak łŐdń podwodna, uciec radarom. Rytmicznie uderzał po strunach i w tym rytmie poczNotkowo stŐł, a nastËpnie cały świat zaczai przytupywaÖ i poruszaÖ ramionami. Wszyscy generałowie i pułkownicy, wszyscy mokrzy ludzie z odpadajNocymi twarzami, wszystkie departamenty bezpieczeÓstwa, wszyscy prezydenci i Pawor Summan, ktŐremu wykrËcano rËce i bito po mordzie... DośÖ mam po uszy, po czubek głowy, Boże jak ja mam serdecznie dośÖ, wŐdka, gitara, muzyka, pieśÓ. OpaśÖ by na dno, opaśÖ by na dno... Uciec radarom, leżeÖ i spaÖ... ŁŐdń podwodna... i wypiÖ do dna i do ostatka... łagier nie matka. * Do drzwi już od dawna ktoś pukał coraz głośniej i głośniej i Wiktor wreszcie usłyszał, ale siË nie przestraszył, dlatego że to nie było TO pukanie. Zwyczajne, cieszNoce uszy pukanie normalnego człowieka, ktŐry siË złości, że mu nie otwierajNo. Wiktor otworzył drzwi. To był Golem. - Wesoło panu? - zapytał. - Pawora aresztowano. - Wiem, wiem - odpowiedział wesoło Wiktor. - Niech pan siada i słucha... Golem nie usiadł, ale Wiktor i tak uderzył w struny i zaśpiewał: DośÖ mam po uszy, po czubek głowy, Boże, jak ja mam serdecznie dośÖ, OpaśÖ by na dno, jak łŐdń podwodna, Wszystkim radarom uciec na złośÖ. - Dalej jeszcze nie mam. - krzyknNoł. - Dalej bËdzie kac, spaÖ, piÖ, nic, do ostatka, lagier - nie matka... A potem - niech pan słucha: Kurwa, czy wŐdka, nic nie pomogło. Kurwa paskuda, po wŐdce kac. OpaśÖ by na dno jak łŐdń podwodna, Uciec radarom, leżeÖ i spaÖ. Wszystko mi zbrzydło, zbrzydło mi do dna. WŐdka, gitara, muzyka, pieśÓ. OpaśÖ by na dno jak łŐdń podwodna, OpaśÖ by na dno i mieÖ to gdzieś. - Koniec! - krzyknNoł i rzucił banjo na łŐżko. Poczuł ogromnNo ulgË, jak gdyby coś siË zmieniło, jakby nagle stał siË bardzo potrzebny, tam nad okopem na oczach wszystkich - oderwał dłonie od zmrużonych oczu, spojrzał na szare, brudne pole, na zardzewiały drut kolczasty, szare toboły, ktŐre niedawno były ludńmi, niemrawNo, monotonnNo krzNotaninË, ktŐrNo kiedyś nazywano życiem i ze wszystkich stron ludzie zaczËli wstawaÖ z okopu, ktoś cofnNoł palec ze spustu... - ZazdroszczË panu - powiedział Golem. - Ale czy nie czas usiNośÖ do artykułu? - Mowy nie ma - odrzekł Wiktor. - Pan mnie jeszcze nie zna, Golem - mam ich wszystkich gdzieś. I niech pan wreszcie usiNodzie do diabła! Jestem pijany, i, i niech siË pan też napije. ProszË siË rozebraÖ... Niech siË pan rozbiera, do kogo mŐwiË! - wrzasnNoł. - I siada! Tu jest szklanka, niech pan pije! Nic pan nie rozumie, chociaż jest pan prorokiem. A ja na to nie pozwolË. Nie rozumieÖ - to moja prerogatywa. Na tym świecie wszyscy zbyt dobrze wszystko rozumiejNo - co byÖ powinno, co jest i co bËdzie, i ogromnie brakuje ludzi, ktŐrzy nie rozumiejNo. Zastanawiał siË pan kiedyś, na czym polega moja wartośÖ? Tylko na tym, że nie rozumiem. OdsłaniajNoc przede mnNo olśniewajNoce perspektywy - ale ja mŐwiË, nie, nic z tego nie rozumiem. OgłupiajNo mnie teoriami uproszczonymi do granic możliwości - ale ja mŐwiË, nie, nadal nic nie rozumiem... Właśnie dlatego jestem potrzebny... Chce pan truskawek? Chociaż zdaje siË, że już wszystkie zjadłem. W takim razie zapalimy sobie... Wstał i przespacerował siË po pokoju. Golem ze szklankNo w rËku obserwował go nie odwracajNoc głowy. - To zdumiewajNocy paradoks, Golem. Były czasy, kiedy wszystko rozumiałem. Miałem szesnaście lat, byłem starszym rycerzem Legii, rozumiałem absolutnie wszystko i na nic nikomu nie byłem potrzebny! W jakiejś bijatyce rozwalono mi głowË, miesiNoc przeleżałem w szpitalu, a wszystko szło swojNo kolejNo - Legia zwyciËsko maszerowała naprzŐd beze mnie, pan prezydent nieubłaganie stawał siË panem prezydentem - także beze mnie. Wszyscy świetnie obchodzili siË beze mnie. Potem to samo powtŐrzyło siË na wojnie. Byłem oficerem, dostawałem ordery i naturalnie wszystko rozumiałem. Przestrzelono mi pierś, trafiłem do szpitala - no i co, czy ktoś zainteresował siË, gdzie jest Baniew, co siË stało z Baniewem, gdzie siË podział nasz odważny, wszystko rozumiejNocy Baniew? Takiego wała! Ale za to kiedy przestałem rozumieÖ cokolwiek - o, wtedy wszystko siË zmieniło. Wszystkie gazety mnie zauważyły. Wszystkie departamenty. Pan prezydent osobiście zaszczycił... No? Wyobraża pan sobie, jaka to rzadkośÖ - człowiek, ktŐry nie rozumie! Wszyscy go znajNo, troszczNo siË o niego generałowie i pokŐj... e - e... pułkownicy, jest okropnie potrzebny mokrzakom, uważa siË, że to jest ktoś, koszmar! Dlaczego? A dlatego, panowie, że nic nie rozumie. - Wiktor usiadł. - Bardzo jestem pijany? - zapytał. - Owszem - powiedział Golem. - Ale to nieważne, niech pan mŐwi dalej. Wiktor rozłożył rËce. - To już wszystko - oznajmił przepraszajNoco. - Wyczerpałem siË... Może zaśpiewaÖ panu? - Niech pan śpiewa - zgodził siË Golem. Wiktor wziNoł banjo i zaczai śpiewaÖ. Zaśpiewał "PiosenkË dzielnych żołnierzy", potem "Uratowanych ludzi", potem "O pastuchu, ktŐremu byk wybił jedno oko i ktŐry dlatego poszedł na zielonNo paÓstwowNo granicË", potem "DośÖ mam po uszy", potem "Miasto obojËtnych", potem o prawdzie i kłamstwie, potem znowu "DośÖ mam po uszy", potem hymn paÓstwowy na melodiË "Ach, co za nŐżki", ale zapomniał słŐw, pomylił zwrotki i odłożył banjo. - Znowu wyczerpałem siË - oznajmił ze smutkiem. - WiËc powiada pan, że aresztowano Pawora? A ja o tym wiem. Siedział akurat u mnie, tam gdzie pan siedzi... Czy pan wie, co on chciał powiedzieÖ, tylko nie zdNożył? Że za dziesiËÖ lat mokrzaki opanujNo kulË ziemskNo i wszystkich nas zlikwidujNo. A co pan sadzi? - Raczej wNotpiË - powiedział Golem. - ZresztNo, po co nas likwidowaÖ? Sami siË wzajemnie zlikwidujemy. - A mokrzaki? - ByÖ może nie pozwolNo nam siË zlikwidowaÖ... Trudno powiedzieÖ. - A byÖ może jeszcze pomogNo? - rzekł Wiktor z pijackim uśmiechem. - Przecież my nawet zabijaÖ nie umiemy. DziesiËÖ tysiËcy lat wybijamy siË i rezultaty wciNoż sNo nie najlepsze... ProszË posłuchaÖ, Golem, po co pan mnie okłamywał opowiadajNoc o ich leczeniu? Oni wcale nie sNo chorzy, sNo zdrowsi od nas, tylko nie wiadomo dlaczego żŐłci... - Hm - mruknNoł Golem. - SkNod ma pan takie informacje? Nic o tym nie wiem. - Dobra, dobra, wiËcej mnie pan nie oszuka. Rozmawiałem z Żur,., z Zu... Zurtzmansorem. Wszystko mi opowiedział - tajny instytut... założyli opaski w celu zachowania... Wie pan, Golem, oni tam u was wyobrażajNo sobie, że mogNo manipulowaÖ generałem Pferdem bezgranicznie długo. Ale tak naprawdË - to sNo kacyki na piËtnaście minut. Generał zeżre ich razem z opaskami i rËkawiczkami, kiedy siË przegłodzi... Fu, do diabła, ależ ja jestem pijany - wszystko płynie... TrochË jednak udawał. Wyrańnie widział przed sobNo grubo ciosanNo, szarawNo twarz i maleÓkie, niezwykle czujne oczka. - I Zurtzmansor powiedział panu, że jest zdrowy? - Tak - oznajmił Wiktor. - ZresztNo nie pamiËtam... Raczej chyba nie... Ale i tak przecież widaÖ. Golem poskrobał podbrŐdek krawËdziNo szklanki. - Szkoda, że pan jest pijany - rzeki. - ZresztNo, może to i lepiej. Mam dzisiaj nastrŐj. Chce pan, żebym opowiedział wszystko czego siË domyślam i co wiem o mokrzakach? - Niech pan mŐwi - zgodził siË Wiktor. - Tylko proszË wiËcej nie kłamaÖ. - Choroba okularnicza - powiedział Golem - to bardzo interesujNoca rzecz. Czy wie pan kogo atakuje ta choroba? - zamilkł. - Nie, nic panu nie opowiem. - E tam - odparł Wiktor. - Przecież pan już zaczNoł. - Jestem głupi, dlatego zaczNołem - stwierdził Golem. Spojrzał na Wiktora i uśmiechnNoł siË. - ProszË o pytania - powiedział. - Jeżeli pytania bËdNo głupie, z przyjemnościNo na nie odpowiem... Niech pan zaczyna, bo siË znowu rozmyślË. Ktoś zapukał do drzwi. - WynosiÖ siË do diabła! - wrzasnNoł Wiktor. - Jestem zajËty! - Przepraszam panie Baniew - odezwał siË nieśmiały głos recepcjonisty. - Ale dzwoni paÓska małżonka. - Kłamstwo! Nie mam żadnej małżonki.. ZresztNo, pardon. Zapomniałem. Dobra, zaraz do niej zadzwoniË, dziËkujË - złapał szklankË, nalał po brzegi, wrËczył Goleniowi i rzekł - ProszË piÖ i nie myśleÖ o niczym. Ja zaraz. WłNoczył telefon i nakrËcił numer Loli. Lola rozmawiała bardzo sucho - daruj, że ci przeszkadzam, ale mam zamiar jechaÖ do Irmy, może bËdziesz łaskaw siË przyłNoczyÖ. - Nie - odpowiedział Wiktor. - Nie bËdË łaskaw. Jestem zajËty. - Pomimo wszystko ona jest rŐwnież twojNo cŐrkNo! Czyżbyś upadł tak nisko.. - Jestem zajËty! - ryknNoł Wiktor. - Nie wzruszajNo ciË losy twojej, cŐrki? - PrzestaÓ udawaÖ idiotkË - powiedział Wiktor. - Zdaje siË, że chciałaś pozbyÖ siË Irmy. Pozbyłaś siË. Czego ci jeszcze trzeba? Lola zaczËła płakaÖ. - PrzestaÓ - rzekł Wiktor krzywiNoc siË. - Irmie jest tam dobrze. Lepiej niż na najlepszej pensji. Jedń i sama siË przekonaj. - Ordynarna, bezduszna, egoistyczna świnia - oświadczyła Lola i odłożyła słuchawkË. Wiktor zaklNoł szeptem, znowu wyłNoczył telefon i wrŐcił do stołu. - Niech pan posłucha, Golem - powiedział. - Co wy tam wyprawiacie z moimi dzieÖmi? Jeśli przygotowujecie sobie zmianË, to ja siË nie zgadzam. - JakNo zmianË? - No, jakNo... Właśnie pytam pana - jakNo? - O ile mi wiadomo - odparł Golem. - Dzieci sNo bardzo zadowolone. - To nic nie znaczy... I bez pana wiem, że sNo zadowolone. Ale co one tam robiNo? - Kto? - Dzieci. - A czy one panu nie powiedziały? - Jak mi mogły cokolwiek powiedzieÖ, jeżeli ja jestem tu, a one tam? - One budujNo nowy świat - rzekł Golem. - A... Tak, to mi powiedziały. Ale to przecież tylko tak, filozofia... Znowu mnie pan okłamuje, Golem ! Jaki może byÖ nowy świat za drutem kolczastym? Nowy świat pod komendNo generała Pferda! A jeżeli one siË zarażNo? - Czym? - zapytał Golem. - ChorobNo okularniczNo, oczywiście! - Po raz szŐsty powtarzam panu, że choroby genetyczne nie sNo zarańliwe! - SzŐsty, szŐsty... - wymamrotał Wiktor utraciwszy wNotek. - A co to w ogŐle takiego ta choroba okularnicza? Co przy niej boli? Może to też tajemnica? - Nie, to było wszËdzie publikowane. - No to niech pan opowie - zaproponował Wiktor. - Tylko bez terminologii. - W pierwszym okresie - zmiany na skŐrze. Pryszcze, pËcherze, szczegŐlnie na rËkach i nogach... czasami - ropiejNoce wrzody... - Niech pan posłucha, Golem, czy to w ogŐle jest ważne? - W jakim sensie? - Dla istoty rzeczy. - Dla istoty - nie - odparł Golem. - Myślałem, że to interesujNoce. - Ja chcË zrozumieÖ istotË! - oświadczył Wiktor dociekliwie. - Ale istoty pan nie zrozumie - powiedział Golem nieco podnoszNoc głos. - Dlaczego? - Po pierwsze dlatego, że jest pan pijany... - To jeszcze nie powŐd - rzekł Wiktor. - A po drugie dlatego, że tego w ogŐle nie da siË wytłumaczyÖ. - Tak nigdy nie jest - oświadczył Wiktor. - Pan mi po prostu nie chce powiedzieÖ. Ale nie mam żalu. Tajemnica służbowa, rozpowszechnianie, trybunał wojskowy... Pawora na przykład zabrali... BŐg z panem. Tylko nie rozumiem, dlaczego dziecko ma budowaÖ nowy świat w leprozorium. Czy nie było innego miejsca? - Nie było - odparł Golem. - W leprozorium mieszkajNo architekci. I kierownicy robŐt. - Z automatami - stwierdził Wiktor. - Widziałem. Nic nie rozumiem. KtŐryś z was kłamie. Albo pan, albo Zurtzmansor. - Oczywiście, że Zurtzmansor - odpowiedział Golem z zimnNo krwiNo. - A byÖ może kłamiecie obydwaj. Ale ja wierzË wam obu, dlatego, że coś w was jest... Niech pan mi tylko powie, Golem, czego oni chcNo? Ale uczciwie. - SzczËścia - powiedział Golem. - Dla kogo? Dla siebie? - Nie tylko. - A czyim kosztem? - Dla nich takie pytanie nie ma sensu - powoli odrzekł Golem. - Kosztem trawy, kosztem obłokŐw, kosztem płynNocej wody... kosztem gwiazd. - Dokładnie tak jak my - stwierdził Wiktor. - No nie - zaprotestował Golem. - Zupełnie inaczej. - Dlaczego? My też... - Nie, dlatego, że my wydeptujemy trawË, rozpraszamy obłoki, spiËtrzamy wodË... Zrozumiał mnie pan zbyt dosłownie, a to była analogia. - Nie rozumiem - odrzekł Wiktor. - Uprzedzałem pana. Sam rozumiem bardzo niewiele, ale siË domyślam. - A czy jest ktoś, kto rozumie? - Nie wiem. Raczej wNotpiË. ByÖ może dzieci... Ale nawet one jeżeli rozumiejNo, to po swojemu. Bardzo po swojemu. Wiktor wziNoł banjo i trNocił struny. Palce siË nie słuchały. Położył banjo na stole. - Golem - rzekł. - Jest pan komunistNo. Co u diabła robi pan w leprozorium? Dlaczego pan nie jest na barykadzie? Dlaczego nie na wiecu? Moskwa nie bËdzie z pana zadowolona. - Ja jestem architektem - spokojnie odparł Golem. - Jaki tam z pana architekt, jeśli pan ni cholery nie rozumie? I w ogŐle niech mi pan przestanie robiÖ wodË z mŐzgu. Przez godzinË bijemy pianË, a co mi pan powiedział? Pije pan mŐj dżin i mNoci mi w głowie. Wstyd, Golem. I do tego kłamie pan jak najËty. - Że jak najËty, to przesada - odpowiedział Golem. - Chociaż nie powiem, że nie. Oni nie miewajNo ropiejNocych wrzodŐw. - Niech pan mi odda szklankË - zażNodał Wiktor. - Już pan siË napił - nalał sobie z butelki i wypił. - Diabli pana wiedzNo, Golem. Po co to wszystko? Dlaczego pan krËci? Jeśli może pan opowiedzieÖ, to niech pan opowie, a jeżeli to tajemnica - to po co było zaczynaÖ? - Wyjaśnienie jest bardzo proste - oznajmił niefrasobliwie Golem wyciNogajNoc nogi. - Przecież jestem prorokiem, sam pan mnie tak przezwał. A wszyscy prorocy sNo w takiej samej sytuacji - i dużo wiedzNo, i chcieliby opowiedzieÖ, podzieliÖ siË informacjNo w miłym towarzystwie, pochwaliÖ siË, żeby przydaÖ sobie powagi. Ale kiedy zaczynajNo opowiadaÖ, pojawia siË dziwne uczucie niewygody, niezrËczności... WiËc zaczynajNo wibrowaÖ tak jak Pan BŐg, kiedy zadano mu pytanie w sprawie kamienia. - Jak pan sobie życzy - powiedział Wiktor. - PojadË do leprozorium i wszystkiego dowiem siË bez pana. No, proszË mi coś podpowiedzieÖ... Obserwował z ciekawościNo jak traci władzË w rËkach i nogach i myślał, że dobrze byłoby wypiÖ jeszcze jednNo szklankË do kompletu, uwaliÖ siË spaÖ, a potem obudziÖ siË i pojechaÖ do Diany. Wszystko właściwie zapowiada siË nie najgorzej. W ogŐle nie jest najgorzej. Wyobraził sobie, jak zaśpiewa Dianie o łodzi podwodnej i zrobiło mu siË zupełnie dobrze. WziNoł mokre wiosło, ktŐre leżało na rufie, odepchnNoł siË od brzegu i łŐdkNo od razu zakołysało. Nie było żadnego deszczu, czerwono zachodziło słoÓce, wiËc popłynNoł prosto ku słoÓcu, a wiosła odskakiwały od grzbietŐw fal. OpaśÖ by na dno... Zapewne by opadł, ale było mu jakoś głupio, dlatego, że nad uchem leniwie buczał głos Golenia: - .. .Oni sNo bardzo młodzi, wszystko przed nimi, a przed nami tylko oni. Rzecz jasna, że człowiek opanuje Wszechświat, ale nie bËdzie to rumiany - , umiËśniony atleta, i oczywiście człowiek poradzi sobie sam ze sobNo, ale najpierw przemieni siebie. Natura nie oszukuje, dotrzyma swoich obietnic, ale nie tak jak myśleliśmy, i czËsto nie tak jak byśmy chcieli. Zurtzmansor, ktŐry siedział na dziobie łodzi, odwrŐcił głowË, a wtedy okazało siË, że w ogŐle nie ma twarzy, twarz trzymał w rËku i twarz patrzyła na Wiktora - sympatyczna twarz, uczciwa, ale robiło siË niedobrze na jej widok, a Golem siË nie odczepiał, wciNoż buczał... - Niech pan siË kładzie spaÖ - wymamrotał Wiktor, wyciNogajNoc siË na dnie łodzi. WrËgi wciskały mu siË w boki, było bardzo niewygodnie, ale tak okropnie chciało mu siË spaÖ. - Niech pan siË kładzie spaÖ, Golem... Kiedy siË obudził, stwierdził, że leży w łŐżku. Było ciemno, a w szyby bËbnił drobny deszcz. Wiktor z trudem wyciNognNoł rËkË w stronË nocnej lampki, ale palce trafiły na zimnNo, gładkNo ścianË. Dziwne, pomyślał. A gdzie Diana? Czyżby nie był w sanatorium? SprŐbował oblizaÖ wargi, ale gruby, chropawy jËzyk nie usłuchał go. Strasznie chciało mu siË paliÖ, ale paliÖ nie wolno było w żadnym wypadku... Aha, właściwie to chce mi siË piÖ. "Diana!" - zawołał. Prawda, to nie sanatorium. W sanatorium lampka jest po prawej, a tu po prawej ściana... Ależ to mŐj pokŐj w hotelu! - pomyślał z entuzjazmem. Jak ja tu trafiłem? Leżał pod kołdrNo w samej bielińnie. Jakoś nie pamiËtam, żebym siË rozbierał, pomyślał. Ktoś mnie rozebrał. Chociaż, może jednak rozebrałem siË sam. Jeśli mam buty, to rozbierałem siË sam... potarł nogNo o nogË. Aha, jestem bosy. O do diabła, rËce swËdzNo, jakieś bNoble, zapluskwiony hotel. WyprowadzË siË. A dokNod płynNołem łŐdkNo?... A, to ten Pawor napuścił pluskiew... Nagle przypomniał sobie Pawora i usiadł, zemdliło go i znowu położył siË na wznak. Jednak dawno siË tak nie uchlałem... Pawor... "Srebrna Koniczyna"... Kiedy to było? Wczoraj? Skrzywił siË i zaczNoł drapaÖ siË w lewNo rËkË. Co teraz jest - rano, czy wieczŐr? Zapewne rano... A może wieczŐr? Golem! - przypomniał sobie. ObciNognËliśmy z Golemem całNo butelkË. Dżinu bez wody. A przedtem pŐł butelki z tym wysokim. A przedtem jeszcze gdzieś piłem. A może to było wczoraj ? Poczekaj - no, a co teraz jest - dzisiaj, czy wczoraj? Warto by wstaÖ, napiÖ siË i te de... Nie, pomyślał uparcie. Najpierw muszË siË w tym wszystkim zorientowaÖ. Coś mi Golem ciekawego opowiadał, myślał, że jestem pijany i nic nie rozumiem, wiËc można mŐwiÖ ze mnNo otwarcie. ZresztNo, rzeczywiście byłem pijany, ale o ile pamiËtam, wszystko rozumiałem. A co rozumiałem? Wściekle potarł tylnNo stronË dłoni o wełniany koc. NadchodzNo ciËżkie czasy... Nie, to Pawor. .. Aha, oto i Golem - oni majNo wszystko przed sobNo, a my mamy przed sobNo tylko ich. I choroba genetyczna... A co, zupełnie możliwe. W koÓcu kiedyś to siË musiało wydarzyÖ. ByÖ może trwa to już od dawna. WewnNotrz gatunku rodzi siË nowy gatunek, a my nazywamy to chorobNo genetycznNo. Stary gatunek dla jednych warunkŐw, nowy gatunek dla innych. Dawniej były potrzebne silne miËśnie, płodnośÖ, wytrzymałośÖ na mrozy, agresywnośÖ i jeżeli można tak powiedzieÖ, zaradnośÖ. Powiedzmy, że teraz też jest to potrzebne, ale już raczej siłNo inercji. Przy pewnej zaradności można zatłuc milion ludzi i nic szczegŐlnie ważnego siË nie stanie. To jest zupełnie pewne i wielokrotnie wyprŐbowane. Ktoś powiedział, że gdyby z historii usunNoÖ kilkudziesiËciu, no dobrze, niech bËdzie, kilkuset ludzi, to momentalnie okazalibyśmy siË w wieku kamienia łupanego. A nawet kilka tysiËcy... Co to za ludzie? To, mŐj drogi zupełnie inni ludzie. Całkiem możliwe, że Newton, Einstein, Arystoteles - to mutanci. Rzecz jasna środowisko było niezbyt sprzyjajNoce i niewykluczone, że masa takich mutantŐw zginËła, nie zdNożywszy siË ujawniÖ, jak ten chłopiec z opowiadania öapka. Oczywiście, byli niezwykłymi ludńmi - nie byli zaradni, nie mieli normalnych ludzkich potrzeb... Albo może tylko tak siË wydaje? Po prostu duchowo byli tak nadnaturalnie rozwiniËci, że cała reszta zostawała w cieniu. No, tu przesadziłeś, powiedział. Einstein mŐwił, że najlepiej jest byÖ latarnikiem - to samo w sobie dobrze brzmi... A w ogŐle ciekawe byłoby wyobraziÖ sobie jak w naszych czasach rodzi siË homo super. Fabuła ekstra... Do diabła, jak strasznie swËdzNo rËce... Gdyby tak napisaÖ utopiË w duchu Orwella albo Bernarda Wolfa. Co prawda, trudno sobie wyobraziÖ takiego homo super - ogromna, łysa czaszka, wNotlutkie rNoczki i nŐżki, impotent - same banały. Ale właściwie to powinno byÖ coś w tym rodzaju. W każdym razie przesuniËcie potrzeb. WŐdka niepotrzebna, jakieś szczegŐlnie wyrafinowane żarcie rŐwnież, żadnych luksusŐw, zresztNo i kobiety - o tyle o ile, dla wiËkszego spokoju i lepszej koncentracji. Idealny obiekt eksploatacji - daÖ mu oddzielny gabinet, biurko, papier, kupË ksiNożek... alejkË dla perypatetycznych rozmyślaÓ, a on za to rodzi koncepcje... Nie wyjdzie z tego żadna utopia - zabiorNo go sobie wojskowi, oto cała utopia. StworzNo utajniony instytut, zwiozNo tam tych wszystkich homo super, postawiNo wartownika i koniec... Wiktor wstał postËkujNoc, człapiNoc bosymi stopami po zimnej podłodze wszedł do łazienki, odkrËcił kran i z rozkoszNo napił siË wody nie zapalajNoc światła. Sama myśl - żeby zapaliÖ światło - była przerażajNoca. Potem wrŐcił do łŐżka i przez czas jakiś drapał siË, przeklinajNoc pluskwy. W ogŐle, dla potrzeb fabuły wyglNoda to nawet dobrze - tajny instytut, wartownicy, szpiedzy... patriotyzm patriotycznej sprzNotaczki Klary... co za taniocha. TrudnośÖ polega na tym, żeby wyobraziÖ sobie ich pracË, pomysły, możliwości - gdzie mi tam... To w ogŐle niemożliwe. Szympans nie potrafi napisaÖ powieści o ludziach. Jak ja mogË napisaÖ powieśÖ o człowieku, ktŐry nie ma żadnych potrzeb poza duchowymi? Oczywiście, coś niecoś można sobie wyobraziÖ. AtmosferË. Stan nieustannej twŐrczej ekstazy. Poczucie własnej wszechmocy, niezależności... brak kompleksŐw, absolutny brak strachu... Tak, żeby napisaÖ takNo ksiNożkË, trzeba siË nażreÖ LSD. W ogŐle emocjonalna sfera homo super, z punktu widzenia zwyczajnego człowieka wyglNodałaby jak patologia. Choroba... Życie - to choroba materii, myślenie - choroba życia. Choroba okularnicza, pomyślał. I nagle wszystko znalazło siË na swoim miejscu. A wiËc to o to mu szło! - pomyślał Wiktor o Golemie. MNodrzy i jeden w drugiego utalentowani... WiËc co z tego wynika? Z tego wynika, że oni już nie sNo ludńmi. Zurtzmansor po prostu mydlił mi oczy. To znaczy, że siË zaczËło... Nic siË nie da ukryÖ, pomyślał z satysfakcjNo. A czegoś takiego tym bardziej. PŐjdË do Golema, niech nie udaje proroka. Zapewne oni dużo mu powiedzieli.. Do diabła, to przecież przyszłośÖ, ta sama przyszłośÖ, ktŐra zapuszcza swoje macki w serce dnia dzisiejszego! Przed nami sNo tylko oni... OgarnËło go gorNoczkowe wzburzenie. Każda sekunda była historyczna, i szkoda że nie wiedział o tym wczoraj, dlatego że wczoraj, i przedwczoraj, i tydzieÓ temu każda sekunda też była historyczna... Zerwał siË z łŐżka, zapalił światło i mrużNoc oczy przed blaskiem bijNocym w oczy, zaczai po omacku szukaÖ ubrania. Ubrania nie było, ale potem oczy przywykły do światła, złapał spodnie wiszNoce na porËczy łŐżka i nagle zobaczył swojNo rËkË. RËka pokryta była czerwonNo wysypkNo i trupio białymi gruzełkami. NiektŐre rozdrapane gruzełki krwawiły. Na drugiej rËce było to samo. Co u diabła, pomyślał truchlejNoc, ponieważ już wiedział, co to jest. Przypomniał sobie - zmiany na skŐrze, wysypka, pËcherze, czasami ropiejNoce wrzody... RopiejNocych wrzodŐw na razie nie było, ale oblał go zimny pot. Upuścił spodnie i siadł na łŐżku. To niemożliwe, pomyślał. Ja też. Czyżby ja też? Ostrożnie pogładził dłoniNo gruzełkowatNo skŐrË, zamknNoł oczy, wstrzymał oddech i wsłuchał siË w siebie. DńwiËcznie i powoli uderzało serce, w uszach cienko dzwoniła krew, głowa wydawała siË ogromna, pusta, nic nie bolało, mŐzg nie był już ciËżki i wypchany watNo. Głupcze, pomyślał uśmiechajNoc siË. Co chcesz zaobserwowaÖ? To musi byÖ jak śmierÖ - chwilË temu byłeś człowiekiem, mignNoł kwant czasu - i jesteś już Bogiem, ale nie wiesz o tym i nigdy siË nie dowiesz, tak jak głupiec nie wie, że jest głupcem, jak mËdrzec - jeżeli rzeczywiście jest mËdrcem - nie wie, że jest mNodry... Prawdopodobnie stało siË to kiedy spałem. W każdym razie do momentu, w ktŐrym zasnNołem, istota mokrzakŐw pozostawała dla mnie nader mglista, ale teraz widzË jaz bezgranicznNo jasnościNo i doszedłem do tego wyłNocznie przy pomocy nagiej logiki, nawet nie zauważyłem kiedy... Zaśmiał siË ze szczËścia, stanNoł na podłodze, przeciNognNoł siË i podszedł do okna. MŐj świat, pomyślał, patrzNoc przez szybË zalanNo wodNo, i szyba znikła, gdzieś daleko w dole utonËło w deszczu zamarłe w przerażeniu miasto i ogromny, przemokniËty kraj, potem zaś wszystko przesunËło siË, odpłynËło, pozostała tylko maleÓka, błËkitna kula z długim, błËkitnym ogonem i zobaczył gigantycznNo soczewicË galaktyki, martwNo i ukośnie wiszNocNo w migotliwej otchłani, strzËpy świetlistej materii, skrËcone siłowymi polami i bezdennNo pustkË tam, gdzie nie było światła, wiËc wyciNognNoł rËkË i zanurzył jNo w pulchnym białym jNodrze, poczuł lekkie ciepło, a kiedy zacisnNoł dłoÓ, materia przeszła przez palce jak mydlana piana. Znowu siË roześmiał, prztyknNoł w nos swoje odbicie w szybie i czule pogłaskał gruzełki na spuchniËtej skŐrze. - Trzeba to koniecznie oblaÖ! - powiedział głośno. W butelce zostało jeszcze trochË dżinu, biedny stary Golem nie zdołał wypiÖ wszystkiego, biedny stary pseudoprorok... nie dlatego pseudoprorok, że jego przepowiednie sNo nieprawdziwe, ale dlatego, że jest zaledwie gadajNocNo marionetkNo. Zawsze bËdË ciË lubił, Golem, pomyślał Wiktor, jesteś wspaniałym człowiekiem, jesteś mNodry - ale jesteś tylko człowiekiem. Wlał resztkË do szklanki i wprawnym ruchem wlał alkohol do gardła - nawet jeszcze nie zdNożył go przełknNoÖ, kiedy pobiegł do łazienki. Zwymiotował. Do diabła, pomyślał. Co za paskudztwo. W lustrze zobaczył swojNo twarz - wymiËtNo, jakby nalanNo, o nienaturalnie wielkich i nienaturalnie czarnych oczach. No i koniec, pomyślał, no i koniec. Wiktor Baniew, pijak i pyszałek. Nie bËdziesz już wiËcej pil, nie bËdziesz ryczał piosenek, nie bËdziesz siË śmiał z głupstw, nie bËdziesz opowiadaÖ wesołych bredni sztywniejNocym jËzykiem, nie bËdziesz siË biÖ, awanturowaÖ, szaleÖ, straszyÖ przechodniŐw, zadzieraÖ z policjNo, kłŐciÖ z panem prezydentem, wpadaÖ do nocnych barŐw z hałaśliwNo watahNo młodych wielbicieli... WrŐcił do łŐżka. Nie miał ochoty na papierosa. Na nic nie miał ochoty, od wszystkiego mdliło, posmutniał. Poczucie utraty, najpierw słabe, ledwie dostrzegalne, jak dotkniËcie pajËczyny, rozrastało siË, posËpne rzËdy drutu kolczastego rozciNogały siË miËdzy nim a tym światem, ktŐry tak kochał. Za wszystko trzeba płaciÖ, myślał, nic nie dostaje siË za darmo, i im wiËcej otrzymałeś, tym wiËcej trzeba zapłaciÖ, za nowe życie trzeba zapłaciÖ starym życiem... Wściekle drapał rËce, aż do krwi i nawet nie czuł tego. Diana weszła bez pukania, zrzuciła płaszcz, stanËła przed Wiktorem, uśmiechniËta, uwodzicielska i uniosła rËce poprawiajNoc włosy. - Zmarzłam - powiedziała. - Można siË tu ogrzaÖ? - Tak - odparł, prawie nie rozumiejNoc co mŐwi. Diana zgasiła światło, teraz jej nie widział, tylko słyszał klucz przekrËcany w zamku, trzask rozpinanych zatrzaskŐw, szelest ubrania i pantofle spadajNoce na podłogË, a potem Diana znalazła siË blisko, ciepła, gładka, pachnNoca, on zaś wciNoż myślał, że teraz wszystko siË skoÓczyło - i tylko wieczny deszcz, ponure domy z dachami jak sito, obcy, nieznajomi ludzie w mokrych, czarnych ubraniach, z mokrymi przepaskami na twarzach... i oto zdejmujNo opaski, zdejmujNo rËkawiczki, zdejmujNo twarze, odkładajNo je do specjalnych szafek, ich rËce sNo pokryte ropiejNocymi wrzodami - smutek, przerażenie, samotnośÖ... Diana przytuliła siË do niego i objNoł jNo automatycznym gestem. Ona była dawna, ale on już nie był dawny, niczego już nie mŐgł dlatego, że nic już mu nie było potrzebne. - Co z tobNo kochany? - serdecznie zapytała Diana. - Za dużo wypiłeś? Ostrożnie zdjNoł jej rËce ze swojej szyi. OgarnËło go ostateczne przerażenie. - Poczekaj - rzekł. - Poczekaj. Wstał, wymacał kontakt, zapalił światło, kilka sekund stał do niej plecami, zanim zdecydował siË odwrŐciÖ, ale jednak siË odwrŐcił. Nie, Diana była przepiËkna. Była chyba piËkniejsza niż zwykle, zawsze była piËkniejsza niż zwykle, ale to było jak obraz. Budziło dumË z człowieka, zachwyt nad jego doskonałościNo, ale niczego wiËcej nie budziło. Diana patrzyła na niego ze zdziwieniem unoszNoc brwi, ale potem widocznie przestraszyła siË, bo usiadła nagle i zobaczył, że jej wargi siË poruszajNo. Coś mŐwiła, ale Wiktor tego nie słyszał. - Poczekaj - powtŐrzył. - To niemożliwe. Poczekaj. Ubierał siË z gorNoczkowym pośpiechem i wciNoż powtarzał - poczekaj, poczekaj, ale już myślał nie o niej, chodziło nie tylko o niNo. Wybiegł na korytarz, znalazł siË przed numerem Golema; drzwi były zamkniËte, nie od razu zorientował siË co teraz, nastËpnie pËdem pobiegł na dŐł do restauracji. Nie chcË, powtarzał, nie chcË, ja o to nie prosiłem. DziËki Bogu Golem był na swoim zwykłym miejscu. Siedział, odrzuciwszy rËkË za oparcie fotela i oglNodał pod światło kieliszek z koniakiem. A doktor R. Kwadryga był czerwony, agresywny i widzNoc Wiktora oznajmił na całNo salË. - Te mokrzaki. Ścierwa. Precz. Wiktor opadł na swŐj fotel i Golem bez słowa nalał mu koniaku. - Golem - rzekł Wiktor. - Ja siË zaraziłem. - Przepłukiwanie! - ogłosił R. Kwadryga. - Mnie rŐwnież. - Niech siË pan napije koniaku, Wiktorze - zaproponował Golem. - Nie trzeba siË tak denerwowaÖ. - Niech pan idzie do diabła - odparł Wiktor patrzNoc na niego ze zgrozNo. - To choroba okularnicza. Co robiÖ? - Dobrze, dobrze - odrzekł Golem. - Pomimo to niech siË pan napije. - UniŐsł palec i krzyknNoł do kelnera - Wody sodowej. I jeszcze raz koniak. - Golem - powiedział Wiktor z rozpaczNo. - Pan nic nie rozumie. Janie mogË. Zachorowałem, mŐwiË panu! Zaraziłem siË! To nieuczciwe... Nie chciałem... Pan przecież mŐwił, że to nie jest zarańliwe... Przeraził siË na myśl, że mŐwi zbyt niejasno, że Golem go nie rozumie, sNodzi, że Wiktor jest pijany. I wtedy podsunNoł Golemowi pod nos swoje rËce. Kieliszek przewrŐcił siË, potoczył po obrusie i spadł na podłogË. Golem najpierw cofnNoł siË, potem spojrzał uważniej, pochylił siË, ujNoł dłonie Wiktora za koniuszki palcŐw i zaczai oglNodaÖ rozdrapanNo, gruzełowatNo skŐrË. Palce miał zimne i twarde. No, to już koniec, myślał Wiktor, oto pierwsze badanie lekarskie, potem bËdNo nastËpne badania i kłamliwe obietnice, że jest jeszcze nadzieja, uspokajajNoce mikstury, a potem przywyknie, nie bËdzie już żadnych badaÓ, zawiozNo go do leprozorium, zamotajNo usta czarnNo szmatNo i wszystko bËdzie skoÓczone. - Jadł pan poziomki? - zapytał Golem. - Tak - pokornie odpowiedział Wiktor. - Truskawki. - Musiał pan zeżreÖ co najmniej dwa kilo - stwierdził Golem. - Jakie znowu poziomki? - krzyknNoł Wiktor wyrywajNoc rËce. - Niech pan coś z tym zrobi! To niemożliwe, żeby było za pŐńno. Dopiero siË zaczËło... - Niech pan przestanie wrzeszczeÖ. To jest pokrzywka. Alergia. Nie wolno panu żreÖ truskawek w takich ilościach. Wiktor jeszcze nie rozumiał. OglNodajNoc swŐj e rËce mamrotał: "Sam pan mŐwił... pËcherze... wysypka..." - PËcherzy można dostaÖ i od pluskiew - pouczył go Golem. - Ma pan idiosynkrazjË na pewne produkty. I wyobrańniË nieproporcjonalnNo do rozumu. Jak wiËkszośÖ pisarzy. Też mi mokrzak... Wiktor poczuł, że odżywa. Udało siË, stukało mu w głowie. Chyba siË udało. Jeżeli siË udało, to nie wiem co zrobiË. RzucË palenie... - Nie kłamie pan? - zapytał żałosnym głosem. Golem uśmiechnNoł siË. - Niech pan wypije koniak - zaproponował. - Przy alergii nie wolno piÖ koniaku, ale niech pan wypije. Bo wyglNoda pan nazbyt żałośnie. Wiktor wziNoł jego kieliszek, zmrużył oczy i wypił. Nic! TrochË mdli, ale to, należy przypuszczaÖ, z powodu kaca. Zaraz przejdzie. I wszystko przeszło. - Drogi pisarzu - oznajmił Golem. - ZËby zostaÖ architektem, same bNoble nie wystarczNo. Podszedł kelner i postawił na stole koniak i sodowNo. Wiktor głËboko i swobodnie westchnNoł, wciNognNoł w płuca znajome, restauracyjne powietrze, poczuł cudowny zapach dyma z papierosŐw, marynowanej cebuli, przypalonego tłuszczu i pieczonego miËsa. Życie wrŐciło. - Przyjacielu - zwrŐcił siË do kelnera. - ButelkË dżinu, sok z cytryn i cztery porcje minogŐw do dwieście szesnastego. Tylko prËdko! Alkoholicy - powiedział do Golema i R. Kwadrygi. - Sczeńnijcie tu z kretesem, a ja pŐjdË do Diany! - był gotŐw ich ucałowaÖ. Golem odezwał siË, nie zwracajNoc siË do nikogo: / - Biedne, piËkne kaczNotko! Przez chwilË Wiktor poczuł żal. WypłynËło i znikło wspomnienie jakichś ogromnych, utraconych możliwości. Ale tylko siË roześmiał, odepchnNoł fotel i ruszył do wyjścia. * Rok po wojnie porucznik B. został zdemobilizowany z powodu dawnej rany. PrzypiËto mu medal "Wiktoria", wrËczono miesiËczny żołd i tekturowe pudełko z upominkiem od pana prezydenta - butelka zdobycznego sznapsa, dwie puszki strasburskiego pasztetu, dwa pËta wËdzonej kiełbasy i rŐwnież zdobyczne jedwabne gacie w celu zorganizowania życia rodzinnego. PowrŐciwszy do stolicy porucznik nie zwiesza nosa na kwintË. Jest dobrym mechanikiem, w każdej chwili przyjmNo go do pracy w warsztatach przy uniwersytecie, skNod zaciNognNoł siË na ochotnika, ale porucznik siË nie śpieszy - odnawia stare znajomości, nawiNozuje nowe. a w przerwach popija świÓstwo odebrane nieprzyjacielowi w ramach reparacji. Na jakiejś prywatce poznaje dziewczynË, ktŐrej na imiË Nora, bardzo podobnNo do Diany. Opis prywatki: zrypane przedwojenne płyty, oczyszczany domowym sposobem denaturat, amerykaÓska mielonka, jedwabne bluzki na gołe ciało i marchew przyrzNodzona na wszelkie możliwe sposoby. Porucznik dzwoniNoc medalami, błyskawicznie rozpËdza rozmaitych cywilŐw nieustannie czËstujNocych NorË gotowanNo marchewkNo i rozpoczyna oblËżenie według wszelkich prawideł sztuki. Nora zachowuje siË dziwnie. Z jednej strony najwyrańniej jest skłonna, ale z drugiej strony daje mu do zrozumienia, że kontakt z niNo grozi niebezpieczeÓstwem. Jednakże rozpalony denaturatem eks-porucznik nie chce o niczym wiedzieÖ. Oboje wychodzNo z prywatki i idNo do Nory. Powojenna stolica nocNo: nieliczne latarnie, jezdnia w wybojach, ogrodzone ruiny, niewykoÓczony cyrk, w ktŐrym gnije sześÖ tysiËcy - jeÓcŐw pod strażNo dwŐch inwalidŐw, w absolutnie ciemnym zaułku kogoś grabiNo. Nora mieszka w bardzo starym, dwupiËtrowym domu, schody zapaskudzone, na jednych drzwiach napis kredNo "tu mieszka niemiecka dziwka". W zawalonym rŐżnymi gratami długim korytarzu kryjNo siË po kNotach smËtne postacie. Nora szczËkajNoc niezliczonymi kluczami otwiera swoje drzwi obite cudem zachowanNo, lśniNocNo skŐrNo. W przedpokoju ostrzega raz jeszcze, ale B. sNodzNoc, że chodzi o jakichś bandziorŐw odpowiada tylko, że już brał udział w konnej szarży na czołgi. Mieszkanie jak z innej epoki - czyste i przytulne, ogromna kanapa. Nora patrzy na porucznika jakby z żalem, nie na długo wychodzi i wraca ubrana w najwyższym stopniu zachËcajNoco. Okazuje siË, że majNo do dyspozycji zaledwie pŐł godziny. Po upływie pŐł godziny zadowolony porucznik wychodzi z nadziejNo na nastËpne spotkanie. Na koÓcu korytarza już na niego czekajNo - dwie smËtne postacie z cienia. Nieprzyjemnie uśmiechniËci zagradzajNo drogË i proponujNo, aby z nimi pogadał. Porucznik bez zbËdnych słŐw bierze siË do bicia i osiNoga zdumiewajNoco łatwe zwyciËstwo. Zbici z nŐg, smËtni ludzie płaczNoc i chichoczNoc wyjaśniajNo porucznikowi B. jego sytuacjË. Eks - porucznik bił swoich. Oni wszyscy sNo teraz swoi. Nora nie jest zwyczajnNo ponËtnNo kobietNo, Nora jest krŐlowNo stołecznych pluskiew. Koniec teraz z panem, panie oficerze, spotkamy siË w "Atakanie", wszyscy siË tam spotykamy, każdej nocy. Może pan iśÖ do domu, ale kiedy już nie bËdzie pan mŐgł wytrzymaÖ, proszË przyjśÖ, u nas otwarte do rana... Na zachodnich peryferiach stolicy, w czynszowej kamienicy obok fabryki chemicznej mieszka wielodzietny radca tytularny B. Celowo szczegŐłowy i celowo nudny opis sytuacji bohatera: trzy pokoiki, kuchnia, przedpokŐj, mocno zużyta żona, piËcioro zielonkawych dzieci, krzepka stara teściowa, ktŐra przeprowadziła siË ze wsi. Chemiczna fabryka śmierdzi, dniem i nocNo stojNo nad niNo słupy rŐżnokolorowego dymu, od jadowitego smrodu umierajNo drzewa, żŐłknie trawa, a wśrŐd much zachodzNo dzikie i niepojËte mutacje. Przez kilka lat radca tytularny prowadzi walkË o poskromienie fabryki: gniewne żNodania pod adresem administracji, łzawe petycje do wszystkich instancji, pogromowe felietony do wszystkich gazet, bezowocne prŐby zorganizowania pikiet przed portierniNo. Jednakże fabryka stoi jak bastion. Na wybrzeżu przed fabrykNo padajNo trupem zatruci posterunkowi, zdychajNo domowe zwierzËta, całe rodziny porzucajNo mieszkania i zostajNo bezdomnymi włŐczËgami, w gazetach ukazuje siË nekrolog przedwcześnie zmarłego dyrektora fabryki. Umiera żona radcy tytularnego, dzieci po kolei zaczynajNo chorowaÖ na astmË. Pewnego wieczora tytularny radca schodzi do piwnicy po drzewo i znajduje tam zachowane jeszcze z czasŐw Ruchu Oporu ogromne zapasy pociskŐw. Tej samej nocy przenosi to wszystko na strych, otwiera okienko w połaci dachu. Fabryka leży przed nim jak na dłoni: w ostrym świetle reflektorŐw biegajNo robotnicy, jeżdżNo wagoniki, płynNo żŐłte i zielone kłËby jadowitego dymu. "ZabijË ciË", szepcze radca tytularny i otwiera ogieÓ. Tego dnia nie idzie do pracy, nastËpnego rŐwnież. Nie je, nie śpi, siedzi w kucki przed świetlikiem i strzela. Od czasu do czasu robi przerwË, żeby mŐgł ostygnNoÖ miotacz min. Ogłuchł od wystrzałŐw, oślepł od prochu i dymu. Czasem wydaje mu siË, że chemiczny smrŐd słabnie i wtedy uśmiecha siË, oblizuje wargi i szepcze: "zabijË ciË". Potem pada bez sił i zasypia, a kiedy siË budzi, widzi, że amunicja siË skoÓczyła, zostały jeszcze trzy pociski. Wystrzeliwuje je i wyglNoda przez okno. Ogromny teren fabryki pokryty jest lejami, okna ziejNo wybitymi szybami, na bokach gigantycznych gazociNogŐw ciemniejNo wgniecenia, dziedziniec jest poprzecinany skomplikowanym systemem okopŐw, okopami krŐtkimi zygzakami przebiegajNo robotnicy, jeszcze szybciej jadNo wagoniki, kierowcy autokarŐw osłoniËci sNo arkuszami blachy, a kiedy wiatr zwiewa kłËby jadowitego dymu, na ceglanym murze budynku administracji fabryki widaÖ świeży napis: UWAGA! W CZASIE OSTRZAŁU TA STRONA JEST NAJBARDZIEJ NIEBEZPIECZNA!... Wiktor odczytał ostatniNo stronË, zapalił i spojrzał na kartkË wkrËconNo w maszynË. Było na niej tylko pŐłtorej linijki: WychodzNoc z redakcji, dziennikarz B. w pierwszej chwili chciał wziNoÖ taksŐwkË, ale rozmyślił siË i skrËcił do metra. Wiktor nadzwyczaj dokładnie wiedział, co siË potem stało z dziennikarzem B., ale nie mŐgł już dłużej pisaÖ. Na zegarku była za kwadrans trzecia. Wiktor wstał i otworzył okno. Na ulicy panowały ciemności i w tej czerni połyskiwał deszcz. Wiktor dopalił papierosa przy oknie, - wyrzucił niedopałek w mokrNo noc i zadzwonił do recepcji. Odpowiedział nieznajomy głos. Wiktor zapytał jaki mamy dziś dzieÓ tygodnia. Nieznajomy głos po krŐtkiej pauzie zawiadomił go, że obecnie mamy noc z piNotku na sobotË. Wiktor zamrugał oczami, odłożył słuchawkË i zdecydowanym ruchem wyrwał kartkË z maszyny. Starczy. Dwie doby pod rzNod, nie wstajNoc od maszyny, nikogo nie widzNoc, z nikim nie rozmawiajNoc, przy wyłNoczonym telefonie, nie odzywajNoc siË na pukanie, bez Diany, bez alkoholu, zdaje siË, że nawet bez jedzenia, tylko od czasu do czasu kładNoc siË na łŐżko, żeby zobaczyÖ we śnie krŐlowNo pluskiew, ktŐra siedzi na framudze i porusza ciemnymi czułkami... Wystarczy. Dziennikarz B. poczeka na peronie aż przyjedzie pociNog z napisem "Nie wsiadaÖ". Nic mu nie bËdzie. A ja na razie coś przegryzË, zasłużyłem sobie, jak Boga kocham... Wiktor zdjNoł maszynË, schował do szuflady maszynopis, przeszukał pusty barek. Potem gryzł czerstwNo bułkË z dżemem, robił sobie gorzkie wyrzuty, że wczoraj, by uniknNoÖ pokusy, wylał do umywalki pŐł butelki brandy i cieszył siË, że cykl "Za kulisami wielkiego miasta", pomimo wszystko udało siË zaczNoÖ, i to zaczNoÖ całkiem nieńle, a szczerze mŐwiNoc świetnie. Chociaż prawdopodobnie trzeba bËdzie wszystko przepisaÖ na nowo. To dziwne, pomyślał, dlaczego te opowiada - , niNo piszË właśnie teraz? Dlaczego nie rok temu, nie dwa łatNo temu, kiedy je wymyśliłem? Teraz powinienem pisaÖ o przygłupie, ktŐry wyobraził sobie, że jest supermenem, właśnie tak. Przecież od tego zaczynałem. ZresztNo zdarza mi siË to nie pierwszy raz. Ale gdyby tak siË zastanowiÖ i dobrze poszukaÖ w pamiËci, to tak bywa zawsze. I właśnie dlatego nie sposŐb jest pisaÖ na zamŐwienie. Zaczynasz pisaÖ powieśÖ o młodzieÓczych latach pana prezydenta, a wychodzi o bezludnej wyspie, na ktŐrej żyjNo dziwaczne małpy, ktŐre żywiNo siË nie bananami, tylko myślami rozbitkŐw... No, tu powiedzmy skojarzenie leży na powierzchni. E tam, tak jest zawsze. Trzeba tylko dobrze poszukaÖ, ale komu siË chce szukaÖ po dwudniowym poście. ZejdË sobie teraz na dŐł, recepcjonista zawsze ma jakNoś flaszkË. Tylko zjem i zaraz zejdË... Wiktor drgnNoł i przestał jeśÖ. Z czarnej pustki za oknem doleciał poprzez plusk deszczu dńwiËk jakby uderzenia młotkiem po desce. StrzelajNo, ze zdziwieniem pomyślał Wiktor. Czas jakiś wsłuchiwał siË z napiËciem. ... No dobrze, a co autor chciał powiedzieÖ przez swoje utwory? W jakim celu wskrzesił ciËżkie, powojenne lata, kiedy jeszcze gdzieniegdzie trafiały siË pluskwy i lekkomyślne kobiety? ByÖ może autor chciał ukazaÖ bohaterstwo i wytrwałośÖ stolicy, ktŐra pod przewodem jego magnificencji... Ten numer nie przejdzie, panie Baniew! Nie dopuścimy! Cały świat wie, że w rezultacie osobistej decyzji pana prezydenta, na właścicieli zakładŐw chemicznych zanieczyszczajNocych powietrze, w samej tylko stolicy nałożono kary pieniËżne w wysokości... Że dziËki osobistej i nieustannej trosce pana prezydenta, ponad sto tysiËcy dzieci wyjeżdża corocznie ze stolicy na obozy letnie... że zgodnie z dekretem o rangach, urzËdnicy poniżej radcŐw dworu nie maj No. prawa zbieraÖ podpisŐw pod petycjami... W tym momencie zgasło światło. "Ehe!" - powiedział Wiktor na głos i lampa zapaliła siË znowu, ale na pŐł mocy. "A to co znowu?" - powiedział Wiktor, ale jaśniej siË od tego nie zrobiło. Wiktor odczekał chwilË, nastËpnie zadzwonił do recepcji. Nikt siË nie odezwał. Można zadzwoniÖ do elektrowni, ale w tym celu trzeba znaleńÖ ksiNożkË telefonicznNo, ale gdzie jej szukaÖ, i tak najwyższy czas iśÖ spaÖ. - Tylko najpierw trzeba siË napiÖ. Wiktor wstał i nagle usłyszał jakiś szelest. Ktoś przesuwał po drzwiach rËkami. Potem zaczNoł siË pchaÖ na drzwi. "Kto tam?" - zapytał Wiktor, nikt nie odpowiedział, było tylko słychaÖ jak coś siË pcha i sapie. Wiktora ogarnËła groza. Oświetlone czerwonawym światłem ściany wydawały siË obce i niezwykłe, w kNotach gËstniało zbyt wiele cienia, za drzwiami zaś krzNotał siË jakiś ogromny stwŐr, tËpy i bezmyślny. Czym by go załatwiÖ? - pomyślał rozglNodajNoc siË Wiktor, ale wtedy za drzwiami ktoś odezwał siË ochrypłym szeptem "Baniew, ej Baniew - jesteś tam?" Idiota - powiedział Wiktor pŐłgłosem, wyszedł do przedpokoju i przekrËcił klucz. Do numeru wtoczył siË R. Kwadryga. Był w szlafroku, włosy miał zmierzwione i rozbiegane oczy. - Bogu dziËki, chociaż ty jesteś na miejscu - rzekł na wstËpie. - O mało nie zwariowałem ze strachu... Słuchaj, Baniew, trzeba stNod wiaÖ... Chodńmy, co? Chodńmy stNod, Baniew... - złapał Wiktora za koszulË i pociNognNoł do korytarza. - Chodńmy, dłużej już nie można... - Oszalał - stwierdził Wiktor wyrywajNoc siË. - Idń spaÖ ramolu. Jest trzecia w nocy. Ale R. Kwadryga znowu zrËcznie złapał go za koszulË i Wiktor stwierdził ze zdumieniem, że doktor honoris causa jest absolutnie trzeńwy, nawet nie czuÖ go alkoholem. - Nie wolno spaÖ - oznajmił Kwadryga. - Trzeba uciekaÖ z tego przeklËtego domu. Widzisz, co ze światłem? My tu zginiemy.... W ogŐle trzeba uciekaÖ z miasta. Mam wwilli samochŐd. Chodńmy. Ja bym wyjechał sam, tylko bojË siË wyjśÖ. - Poczekaj, nie szarp mnie - odparł Wiktor - przede wszystkim uspokŐj siË. WciNognNoł KwadrygË do pokoju, posadził w fotelu, a sam poszedł do łazienki po szklankË wody. Kwadryga natychmiast poderwał siË i pobiegł za nim. - Jesteśmy tu sami, nikt nie został - powiedział. - Golema nie ma, portiera nie ma, dyrektora też... Wiktor odkrËcił kran. W rurach zawyło, wyleciało kilka kropli. - Ty czego? - zapytał Kwadryga. - Potrzebna ci woda? Chodńmy, mam całNo butelkË, Tylko szybko. I razem. Wiktor potrzNosnNoł kranem. Wyleciało jeszcze kilka kropli i wycie ustało. - O co chodzi? - spytał Wiktor martwiejNoc. - Wojna? Kwadryga machnNoł rËkNo. - Jaka tam wojna... Trzeba wiaÖ, pŐki nie jest za pŐńno, aon - wojna... - Po co wiaÖ? - Po drodze - odrzekł Kwadryga i kretyÓsko zachichotał. Wiktor odsunNoł go łokciem, wyszedł z numeru i zbiegł na dŐł do recepcji. Kwadryga dreptał za nim. - Posłuchaj - mamrotał. - Lepiej tylnym wyjściem... Żeby tylko siË wydostaÖ... mam samochŐd. Zatankowany, załadowany... Jak bym przeczuł... Wypijemy sobie i pojedziemy, tu nie ma już ani kropli wŐdki... W korytarzu słabo jak czerwone karły świeciły ample, na schodach w ogŐle nie było światła, w hallu rŐwnież, tylko nad kontuarem tliła siË żarŐwka. Tam siedział ktoś, ale nie był to recepcjonista. - Chodńmy, chodńmy - powiedział szeptem Kwadryga i pociNognNoł Wiktora do wyjścia. - Nie trzeba tam iśÖ, tam niedobrze... Wiktor wyrwał siË i podszedł do kontuaru. - Co to za skandal... - zaczai i umilkł. Za kontuarem siedział Zurtzmansor. Zurtzmansor siedział na miejscu recepcjonisty i szybko pisał coś w brulionie. - Baniew - oznajmił nie podnoszNoc głowy. - No i wszystko siË skoÓczyło, Baniew. Pożegnajmy siË. I niech pan pamiËta Q naszej rozmowie. - Nie mam zamiaru wyjeżdżaÖ - zaprotestował Wiktor. Głos mu siË załamał. - Zamierzam dowiedzieÖ siË, co jest ze światłem i wodNo. To wasza robota? Zurtzmansor uniŐsł żŐłtNo twarz. - Nie - powiedział. - My już nic nie robimy. Musimy siË pożegnaÖ, Baniew - wyciNognNoł nad kontuarem dłoÓ w czarnej rËkawiczce. Wiktor machinalnie ujNoł tË dłoÓ, poczuł uścisk i odpowiedział uściskiem. - Takie jest życie - powiedział Zurtzmansor. - Tworzysz przyszłośÖ, ale nie dla siebie. Pan z pewnościNo już to zrozumiał. Albo niebawem zrozumie. Pana dotyczy to w wiËkszym stopniu niż nas. Żegnam. KiwnNoł głowNo i znowu zabrał siË do pisania. - Chodńmy! - zasyczał nad uchem Kwadryga. - Nic nie rozumiem - głośno na cały hall powiedział Wiktor. - Co tu siË dzieje? Nie życzył sobie, żeby w hallu panowała cisza. Nie życzył sobie byÖ człowiekiem postronnym. Nie on tu jest postronny i właściwie z jakiej racji Zurtzmansor siedzi o trzeciej w nocy za kontuarem recepcjonisty. Mnie nie uda siË .wam zastraszyÖ, ja nie jestem Kwadryga... Ale Zurtzmansor rjie usłyszał, albo nie chciał usłyszeÖ. WŐwczas Wiktor demonstracyjnie wzruszył ramionami, odwrŐcił siË i ruszył do restauracji. W drzwiach przystanNoł. W sali słabo świeciły stojNoce lampy, słabo świecił żyrandol, słabo świeciły kinkiety na ścianach i sala była przepełniona. Przy stolikach siedziały mokrzaki. Wszyscy byli identyczni, tylko siedzieli w rŐżnych pozach. Jedni czytali, inni spali, a jeszcze inni, i było ich bardzo wielu, nieruchomo patrzyli przed siebie niczym skamieliny. Jaśniały łyse czaszki, pachniało wilgociNo i lekarstwami. Okna były otwarte, na podłodze ciemniały kałuże. Nie było słychaÖ żadnego dńwiËku, tylko za oknem pluskała woda. Potem przed Wiktorem pojawił siË Golem - zatroskany, spiËty i bardzo stary. - Dlaczego pan tu jeszcze jest? - zapytał pŐłgłosem. - ProszË stNod wyjśÖ, tu panu nie wolno byÖ. - Co to znaczy - nie wolno? - odpowiedział pytaniem Wiktor, ponownie rozdrażniony. - Ja chcË siË napiÖ. - Ciszej - powiedział - Golem. - Myślałem, że pan już wyjechał. Pukałem do pana. Gdzie pan chce teraz iśÖ? - Do swojego pokoju. WezmË butelkË i pŐjdË do siebie. - Tu nie ma żadnego alkoholu - odparł Golem. Wiktor w milczeniu wskazał palcem na bar, gdzie matowo lśniły rzËdy butelek. Golem obejrzał siË. - Nie - powiedział. - Niestety. - ChcË coś wypiÖ! - uparcie powtŐrzył Wiktor. Tak naprawdË nie miał ochoty siË upieraÖ. Udawał chojraka. Mokrzaki patrzyły na niego. CzytajNocy opuścili ksiNożki, zastygli w bezruchu, odwrŐcili głowy i tylko śpiNocy spali nadal. DziesiNotki błyszczNocych oczu, jakby zawieszonych w czerwonawym pŐłmroku, patrzyły na Wiktora. - Niech pan nie wraca do numeru - oznajmił Golem. - ProszË wyjśÖ z hotelu. Niech pan idzie do LoIi.. Albo do willi doktora... Tylko chcË wiedzieÖ, gdzie pan bËdzie. PrzyjadË po pana. ProszË posłuchaÖ, Wiktorze, niech pan siË nie stawia, tylko słucha. Teraz nie mam czasu wyjaśniaÖ, zresztNo byłoby to nie na miejscu. Szkoda, że nie ma Diany, ona by potwierdziła... - A gdzie jest Diana? Golem znowu siË rozejrzał i spojrzał na zegarek. - O czwartej... Albo o piNotej... bËdzie na stacji benzynowej przy Słonecznej Bramie. - A gdzie jest teraz? - Teraz jest zajËta. - Tak - powiedział Wiktor i rŐwnież spojrzał na zegarek. - O czwartej, albo o piNotej przy Słonecznej Bramie - miał okropnNo ochotË iśÖ sobie stNod. To było nie do zniesienia - staÖ tak skupiajNoc na sobie uwagË tego milczNocego zgromadzenia. - ByÖ może o szŐstej - rzekł Golem. - Przy Słonecznej Bramie... - powtŐrzył Wiktor. - To tam gdzie jest willa naszego doktora. - Właśnie - przytaknNoł Golem. - Niech pan idzie do willi i czeka. - Moim zdaniem, pan po prostu chce mnie stNod wyprosiÖ - oznajmił Wiktor. - Tak - potwierdził Golem i nagle z zainteresowaniem spojrzał Wiktorowi w twarz. - Wiktorze, czy pan zupełnie nie ma ochoty siË stNod wynieśÖ? - Mam ochotË siË przespaÖ - niedbale odparł Wiktor. - Dwie noce nie spałem - złapał Golema za guzik, wyprowadził go do hallu. - Dobra, zaraz sobie pŐjdË - rzekł. - Ale co to za pandemonium? Macie tu zjazd? - Tak - odpowiedział Golem. - Czy może zaczËliście powstanie? - Tak - powiedział Golem. - A może zaczËła siË wojna? - Tak - przytaknNoł Golem. - Tak, tak, tak. Niech siË pan stNod wynosi. - Dobrze - oznajmił Wiktor. OdwrŐcił siË, żeby odejśÖ, ale nagle przystanNoł. - A Diana? - zapytał. - Jej nic nie grozi - odrzekł Golem. - I mnie rŐwnież. Nikomu z nas nic nie grozi. W każdym razie do godziny szŐstej. ByÖ może do siŐdmej. - Odpowiada pan za DianË - stwierdził Wiktor cicho. Golem wyciNognNoł chustkË do nosa i wytarł szyjË. - Ja odpowiadam za wszystko - powiedział. - Tak? Wolałbym, żeby pan odpowiadał tylko za DianË. - Znudził misie pan - odparł Golem. - Och. jak rai pan obrzydł, piËkne kaczNotko. Diana jest z dzieÖmi. Dianie absolutnie nic nie grozi. I niech pan już sobie idzie. Mam dużo pracy. Wiktor odwrŐcił siË i poszedł w kierunku schodŐw. Zurtzmansora za kontuarem nie było, tylko żarŐwka tliła siË nad brulionem oprawnym w ceratË. - Baniew - odezwał siË z jakiegoś ciemnego kNota R. Kwadryga. - Ty dokNod? Idziemy! - Przecież nie mogË łaziÖ po deszczu w kapciach! - odrzekł gniewnie Wiktor nie odwracajNoc głowy. PrzepËdzili, myślał. WypËdzili nas z hotelu. ByÖ może z ratusza też nas przepËdzili. A może i z miasta... I co dalej? W swoim pokoju przebrał siË szybko i narzucił płaszcz. Kwadryga nie odstËpował go i plNotał siË pod nogami. - Masz zamiar iśÖ w, szlafroku? - zapytał Wiktor. - On jest ciepły - powiedział Kwadryga. - A w domu mam jeszcze jeden. - Idń siË ubierz, bałwanie. - Nie pŐjdË - kategorycznie odmŐwił Kwadryga. - Chodńmy razem - zaproponował Wiktor. - Nie. Razem też nie trzeba. Ty siË nie bŐj, ja tak... Jestem przyzwyczajony... Kwadryga zachowywał siË jak pudel domagajNocy siË spaceru. Podskakiwał, zaglNodał w oczy, głośno dyszał, ciNognNoł za ubranie, podbiegał do drzwi i zawracał. Przekonywanie go nie miało sensu. Wiktor dał mu swŐj stary płaszcz i zamyślił siË. WyjNoł z biurka dokumenty i pieniNodze, rozłożył wszystko po kieszeniach, zamknNoł okno i zgasił światło. NastËpnie zdał siË na łaskË Kwadrygi. Doktor honoris causa pochylił głowË, pËdem powlŐkł go korytarzem; kuchennymi schodami, obok ciemnej, zimnej kuchni, wypchnNoł przez drzwi na ulewny deszcz, w egipskie ciemności i wybiegł w ślad za Wiktorem. - Wydostaliśmy siË dziËki Bogu! - oznajmił. - Biegniemy! Ale biegaÖ nie umiał. MËczyła go zadyszka, zresztNo było tak ciemno, że trzeba było właściwie iśÖ po omacku, trzymajNoc siË ścian. Na podstawie świecNocych na pŐł mocy ulicznych latarni i sNoczNocego siË gdzieniegdzie przez zasłony czerwonawego światła można było odgadnNoÖ zaledwie ogŐlny kierunek. Deszcz lał Bez najmniejszej przerwy, ale ulice nie były całkiem bezludne. Gdzieś rozmawiano pŐłgłosem, płakało niemowlË, parokrotnie przejeżdżały ciËżarŐwki, jakaś furmanka minËła ich z hukiem żelaznych obrËczy na kołach. "Wszyscy uciekajNo - mamrotał Kwadryga. - Wszyscy uciekajNo. Tylko my siË wleczemy..." Wiktor milczał. Pod nogami chlupało, pantofle przemokły, po twarzy spływała ciepława woda, Kwadryga czepiał siË jak kleszcz, wszystko to było głupie, w złym guście, trzeba było siË wlec przez całe miasto i nie było temu koÓca. Wiktor wpadł na rynnË, zachrzËściło, Kwadryga puścił go i natychmiast wrzasnNoł płaczliwie na całe miasto: "Baniew! Gdzie jesteś?". Kiedy tak błNokali siË w mokrych ciemnościach szukajNoc jeden drugiego, nad głowami stuknËło okienko i zduszony głos zainteresował siË: "No i co słychaÖ?" "Ciemno jak u murzyna..." - odpowiedział Wiktor. "Zgadza siË! - z entuzjazmem podchwycił głos. - I wody nie ma... Dobrze, że zdNożyliśmy nałapaÖ do balii" "A co bËdzie?" - zapytał Wiktor przytrzymujNoc KwadrygË wyrywajNocego siË naprzŐd. Po chwili milczenia głos odparł: "ZarzNodzNo ewakuacjË, nie inaczej... Ech, życie!!" i okienko zatrzasnËło siË. PowËdrowali dalej. Kwadrygu wczepiony oburNocz w Wiktora zaczai niejasno opowiadaÖ, jak siË przerażony obudził, zszedł na dŐł i trafił na ten - sabat... Po ciemku wpadli na ciËżarŐwkË, po omacku wyminËli jNo i wpadli na człowieka z jakimś ładunkiem. Kwadryga znowu wrzasnNoł. "O co chodzi?" - z wściekłościNo zapytał Wiktor. "Bije - urażonym tonem zawiadomił go Kwadryga. - Prosto w wNotrobË. Pudłem". Chodniki były zastawione samochodami, lodŐwkami, kredensami, całymi dżunglami roślin w doniczkach. KwadrygË zarzuciło i trafił do otwartej szafy z lustrem, nastËpnie wplNotał siË w rower. Wiktor powoli wpadał w furiË. W jakimś miejscu zatrzymano ich i zaświecono w oczy latarkNo. BłysnËły mokre, wojskowe hełmy i ordynarny głos z południowym akcentem oznajmił: "Patrol wojskowy. ProszË q dokumenty". Kwadryga rzecz jasna żadnych dokumentŐw nie miał, wiËc natychmiast zaczNoł wrzeszczeÖ, że jest doktorem, że jest laureatem, że zna osobiście... Ordynarny głos powiedział pogardliwie: "Frajerzy. PrzepuściÖ". MinËli plac miejski. Przed komend policji stały stłoczone samochody z zapalonymi reflektorami. Bezmyślnie miotali siË. mËżczyńni w złotych koszulach błyskajNoc miedziNo swoich strażackich hełmŐw, rozlegały siË dńwiËczne, niewyrańne komendy. WidaÖ było, że tu właśnie znajduje siË centrum paniki. Odbłyski reflektorŐw jeszcze przez czas jakiś oświetlały drogË, nastËpnie znowu zrobiło siË ciemno. Kwadryga już nie mamrotał, tylko spał i pojËkiwał. Kilkakrotnie przewracał siË pociNogajNoc za sobNo Wiktora. Utytłali siË jak świnie. Wiktor otËpiał doszczËtnie, już wiËcej nie przeklinał, zasłona apatii spËtała mu mŐzg, trzeba było iśÖ, iśÖ, dzisiaj iśÖ, jutro iśÖ, odpychaÖ napotykanych w drodze niewidzialnych ludzi, znowu i znowu podnosiÖ KwadrygË za kołnierz namokłego szlafroka, tylko nie wolno było siË zatrzymaÖ, i w żadnym wypadku nie wolno było zawrŐciÖ. Coś mu siË przypomniało, coś co zdarzyło siË dawno - haniebne, gorzkie, nieprawdopodobne, ale wtedy była łuna i ludzka kasza na ulicach, w oddali zaś trzaskało i łomotało, za nim było przerażenie, a dookoła opustoszałe domy z oknami oklejonymi na krzyż, w twarz leciał popiŐł i woÓ spalonego papieru, na ganek eleganckiej willi z ogromnNo flagNo narodowNo wyszedł wysoki pułkownik we wspaniałym lejb-huzarskim mundurze, zdjNoł czapkË i strzelił sobie w łeb, a my oberwani, zakrwawieni, wierni i zdradzeni, rŐwnież w huzarskich mundurach, ale już nie huzarzy, tylko nieomal dezerterzy, zaczËliśmy gwizdaÖ, rechotaÖ, niektŐrzy rzucali w trupa resztkami połamanych szabli... - Ano, stŐj - szeptem powiedział ktoś w ciemności i o pierś oparło siË coś bardzo znajomego. Wiktor automatycznie podniŐsł rËce. - Jak pan śmie! - wrzasnNoł Kwadryga za plecami Wiktora. - Cicho! - rozkazał głos. - Ratunku! - wrzasnNoł znowu Kwadryga. - Cicho, idioto - powiedział do niego Wiktor. - PoddajË siË, poddajË - rzekł w ciemnośÖ, tam skNod pochodziła lufa automatu, i skNod dobiegał ciËżki oddech. - BËdË strzelaÖ! - uprzedził przestraszony głos. - Nie trzeba - odparł Wiktor. - Przecież siË poddajemy. - W gardle, mu zaschło. - No, rozbieraÖ siË! - polecił głos. - To znaczy, że co? - Zdejmuj buty, płaszcz zdejmuj, spodnie... - Po co? - Szybko, szybko! - wysyczał głos. Wiktor dobrze siË przypatrzył, opuścił rËce, odstNopił na bok, złapał za automat i zadarł lufË do gŐry. Bandyta zapiszczał, szarpnNoł siË, ale nie wiadomo dlaczego nie wystrzelił. Obaj sapali z wysiłkiem wyrywajNoc sobie automat. "Baniew! Gdzie jesteś?" - wrzeszczał zrozpaczony Kwadryga. SNodzNoc z zapachu i po dotyku człowiek z automatem był żołnierzem. Czas jakiś jeszcze walczył, ale Wiktor był znacznie silniejszy. - Koniec - oznajmił Wiktor przez zËby. - Koniec. Nie wyrywaj siË, bo jeszcze dostaniesz po mordzie. - Niech mnie pan puści! - syczał żołnierz broniNoc siË słabo. - Po co ci moje spodnie? Gadaj, coś ty za jeden? Żołnierz tylko sapał. "Wiktor!" - wrzeszczał Kwadryga już gdzieś z oddali. "Aaa!". Zza rogu wyjechał samochŐd, na moment oświetlił reflektorami znajomNo, piegowatNo twarz, okrNogłe ze strachu oczy znikły. - Ee, ja przecież ciebie znam - powiedział Wiktor. - Czego napadasz na ludzi? Oddaj automat. Żołnierz zaczepiajNoc rzemieniem o hełm pokornie oddał broÓ. - WiËc po co ci moje spodnie? - zapytał Wiktor. - Dezerterujesz? Żołnierz sapał. Taki sympatyczny, piegowaty żołnierzyk... - No, dlaczego nic nie mŐwisz? Żołnierzyk zapłakał. Cienko, zawodzNoc. - Mnie teraz tak czy inaczej... - wymamrotał. - Tak czy inaczej mnie rozstrzelajNo. Uciekłem z posterunku. Odszedłem, porzuciłem posterunek, gdzie siË teraz podziejË.... Niech mnie pan puści, co? Ja przecież nie chciałem niezłego, nie jestem żadnym bandytNo, niech mnie pan nie wydaje... Chlipał, pociNogał nosem i w ciemności zapewne wycierał nos rËkawem munduru - żałosny jak każdy dezerter, przerażony jak wszyscy dezerterzy, gotowy na wszystko. - Dobra - stwierdzi! Wiktor. - PŐjdziesz z nami. Nie wydamy ciË. Ubranie też siË znajdzie. Idziemy, tylko siË nie zgub. KierujNoc siË na psie wycie znaleńli KwadrygË. Teraz na szyi Wiktora wisiał automat, za lewNo rËkË konwulsyjnie trzymał go pochlipujNocy żołnierz, za prawNo wyjNocy cicho Kwadryga. Zupełny obłËd. Można oczywiście oddaÖ rozładowany automat temu chłopcu i daÖ smarkaczowi kopniaka. Nie, jakoś szkoda. I smarkacza szkoda, i automatu, jeszcze siË może przydaÖ... Myśmy tu siË naradzili ze społeczeÓstwem i przeważył poglNod, że na rozbrojenie jest jeszcze za wcześnie. Automat może siË jeszcze przydaÖ w przyszłości... - PrzestaÓcie obaj wyÖ - powiedział Wiktor. - Bo patrol usłyszy. Ucichli, a po piËciu minutach, kiedy zaświeciły przed nimi matowe światła stacji benzynowej. Kwadryga pociNognNoł Wiktora na prawo mamroczNoc radośnie: "Przyszliśmy, dziËki Bogu przyszliśmy..." Klucz do furtki Kwadryga oczywiście zapomniał w hotelu razem ze spodniami. PieklNoc siË przeleńli przez płot, klnNoc błNokali siË przez czas jakiś w krzakach bzu, omal nie wpadli do fontanny, wreszcie trafili do wejścia, wyważyli drzwi i znaleńli siË w hallu. PstryknNoł kontakt i hali rozjaśniło słabe, czerwone światło. W czasie kiedy Kwadryga biegał po domu w poszukiwaniu rËcznikŐw i suchego ubrania, żołnierz rozebrał siË do bielizny, zwinNoł mundur w tobołek i wepchnNoł pod kanapË. Wtedy uspokoił siË nieco i przestał pochlipywaÖ. Potem wrŐcił Kwadryga i wszyscy długo, zaciekle wycierali siË rËcznikami i przebierali. W hallu panował chaos. Wszystko było poprzewracane, rozrzucone, zabłocone. KsiNożki poniewierały siË przemieszane z brudnymi łachami i zrolowanymi obrazami. Pod nogami chrzËściło szkło i tubki z zaschniËtNo farbNo, telewizor patrzył pustym prostokNotem ekranu, a stŐł zastawiony był brudnymi naczyniami z cuchnNocymi resztkami jedzenia. ZresztNo, czego tam nie było po kNotach, a raczej co tam było, nie mŐgł siË zorientowaÖ w ciemnościach. Zaduch w domu był taki, że Wiktor nie wytrzymał i otworzył okno. Kwadryga zabrał siË do robienia porzNodku. Najpierw ujNoł brzeg stołu, przechylił go i z łoskotem zsypał wszystko na podłogË. NastËpnie wytarł blat mokrym szlafrokiem, pobiegł gdzieś, przyniŐsł trzy kryształowe kieliszki, zabytkowe i piËkne oraz dwie kwadratowe butelki. PopiskujNoc z niecierpliwości wyciNognNoł korki i napełnił pucharki. - Na zdrowie... - wymamrotał niewyrańnie, złapał swŐj kieliszek, przywarł do niego chciwie, już zawczasu przewracajNoc oczami z rozkoszy. Wiktor ugniatajNoc wilgotnego papierosa patrzył na niego z pobłażliwym uśmiechem. Na twarzy Kwadrygi pojawiło siË nagle nieopisane zdumienie przemieszane z zawodem. - I tu też... - powiedział z obrzydzeniem. - Co takiego? - zapytał Wiktor. - Woda - nieśmiało odezwał siË żołnierzyk. - Zwyczajna woda. Zimna. Wiktor odpił ze swojego kieliszka. Tak, to była woda, czysta, zimna, byÖ może nawet destylowana. - Czym ty nas poisz, Kwadryga? - zapytał. Kwadryga bez słowa złapał drugNo butelkË i wypił łyk. Twarz wykrzywił mu grymas. SplunNoł i powiedział: "O mŐj Boże!", pochylił siË i na palcach wyszedł z pokoju, żołnierz znowu chlipnNoł. Wiktor obejrzał etykietki na butelkach - rum, whisky. Znowu sprŐbował - woda. Zapachniało normalnym diabelstwem, same z siebie zaskrzypiały gdzieś deski podłogi, skŐra na plecach ścierpła pod uważnym spojrzeniem czyichś oczu. Żołnierzyk wciNognNoł głowË w kołnierz ogromnego swetra R. Kwadrygi i głËboko wsunNoł rËce w rËkawy. Oczy miał okrNogłe i nie spuszczał wzroku z Wiktora. Wiktor zapytał ochryple: - No, czego siË gapisz? - A pan czego? - szeptem spytał żołnierz. - Ja dla niczego, a ty po co wybałuszasz gały? - Ja tak, a pan... Jakoś straszno.... Lepiej nie... SpokŐj, powiedział do siebie Wiktor. To nic strasznego. To przecież homo super. Oni nie takie rzeczy potrafiNo. Oni, bracie, wszystko umiejNo. WodË w wino i wino w wodË. SiedzNo sobie w restauracji i przemieniajNo. NiszczNo epokË. KamieÓ wËgielny. Abstynenci, ich maÖ... - StchŐrzyłeś? - zapytał żołnierza. - GŐwniarz. - Bo to straszne! - powiedział żołnierz ożywiajNoc siË. - Panu to nic, ale ile ja siË wycierpiałem... Stoisz w nocy na posterunku, a on wylatuje zza drutŐw, spojrzy na ciebie z gŐry i dalej... Jeden nasz kapral to nawet zrobił w portki... Kapitan ciNogle mŐwił, przyzwyczaicie siË, że służba, że przysiËga. Ni cholery nie można siË przyzwyczaiÖ. Niedawno jeden przyleciał, usiadł na dachu wartowni i patrzy, i patrzy... a oczy ma nie jak człowiek, czerwone, świeca, siarkNo od niego zalatuje... - żołnierz wyjNoł rËce z rËkawŐw i przeżegnał siË. Z głËbin willi wychynNoł Kwadryga wciNoż tak samo pochylony i na palcach. - Sama woda - oznajmił. - Wiktor, wiejmy stNod. W garażu stoi zatankowany samochŐd, siadamy i cześÖ! No? - Bez paniki - odparł Wiktor. - ZwiaÖ zawsze zdNożymy. A zresztNo, jak chcesz. Ja teraz nie pojadË, ale ty spadaj. I nie zapomnij zabraÖ chłopaka. - Nie - stwierdził Kwadryga. - Bez ciebie nie pojadË. - W takim razie przestaÓ dygotaÖ i przynieś coś do żarcia - polecił Wiktor. - Chleb jeszcze nie przemienił siË w kamieÓ? Chleb w kamieÓ siË nie przemienił. Konserwy rŐwnież pozostały konserwami i to dobrymi konserwami. Jedli, a żołnierz opowiadał, ile siË najadł strachu przez ostatnie dwa dni, o latajNocych mokrzakach, o inwazji dżdżownic, o dzieciach, ktŐre w ciNogu dwŐch dni stały siË dorosłymi ludńmi, o swoim przyjacielu szeregowcu Krupmanie, dziewiËtnastoletnim chłopcu, ktŐry ze strachu sam siË postrzelił... i jeszcze o tym jak na wartowniË przyniesiono obiad, postawiono na kuchni, żeby siË ogrzał, jak obiad stał dwie godziny na ogniu, w ogŐle siË nie zagrzał i jedli zimny... A dzisiaj objNołem wartË o Ősmej wieczorem, deszcz jak z cebra, razem z gradem, nad obozem pozaregulaminowe światła, muzyka jakaś nieludzka i jakiś głos wciNoż mŐwi i mŐwi, mŐwi, mŐwi, a co mŐwi nie wiadomo, słowa nie można zrozumieÖ. A potem ze stepu wyszły wirujNoce słupy i prosto do obozu. Ledwie weszły, jak otwarła siË brama i wylatuje za bramË pan kapitan na swoim samochodzie. Nie zdNożyłem nawet stanNoÖ na bacznośÖ, widzË tylko, że pan kapitan na tylnym siedzeniu bez czapki, bez płaszcza - bije kierowcË po karku i wrzeszczy: "PrËdzej sukinsynu. PrËdzej!" Coś mnie ścisnËło w środku, jakby mi ktoś powiedział - uciekaj, pryskaj stNod, bo inaczej zostanie z ciebie mokra plama. No, to zwiałem. I nie drogNo, tylko prosto, przez step, przez wNowozy, mato w moczarach nie ugrzNozłem, pelerynË gdzieś tam zgubiłem, wczoraj nowNo pobrałem, ale trafiłem do miasta, a w mieście patrole.. Raz ledwie im uciekłem, drugi raz ledwie im uciekłem, dotarłem tu do stacji benzynowej, patrzË - ludzie uciekajNo, cywilŐw puszczajNo bez gadania, ale naszych - figË, żNodajNo przepustek. No to siË zdecydowałem. Opowiedziawszy swojNo historiË, żołnierz zwinNoł siË w fotelu i natychmiast zasnNoł. MËczeÓsko trzeńwy Kwadryga znowu zaczai powtarzaÖ, że trzeba uciekaÖ i to natychmiast. "Ten tu na przykład - mŐwi w kŐłko, wskazujNoc widelcem na śpiNocego żołnierza. - Nawet ten rozumie... Ale ty jesteś okropnie tËpy, Baniew, tËpy jak głNob. Że też nie czujesz, ja mam po prostu fizyczne uczucie, jak z pŐłnocy coś mnie naciska. .. Uwierz mi.... wiem, że mi nie wierzysz, ale teraz uwierz, przecież dawno wam wszystkim mŐwiłem - nie wolno tu siedzieÖ... Golem ci w głowie zawrŐcił, pijaczyna nosaty... Zrozum, teraz jeszcze jest wolna droga, wszyscy czekajNo aż siË rozwidni, potem wszystkie mosty bËdNo zatłoczone tak jak w czterdziestym... Jesteś uparty jak kozioł, Baniew, zawsze taki byłeś, jeszcze w gimnazjum..." Wiktor kazał mu iśÖ spaÖ albo wynosiÖ siË do diabła. Kwadryga nabzdyczył siË, dojadł konserwy i wlazł na kanapË owinNowszy siË w moherowy pled. Czas jakiś krËcił siË, chrzNokał, mamrotał apokaliptyczne przepowiednie, a potem ucichł. Była godzina czwarta. O czwartej dziesiËÖ światło mignËło i zgasło zupełnie. Wiktor wyciNognNoł siË w fotelu, przykrył jakimiś suchymi szmatami i spokojnie leżał patrzNoc w ciemne okno i nadsłuchujNoc. PojËkiwał przez sen żołnierzyk, pochrapywał umËczony doktor honoris causa. Gdzieś - zapewne na stacji benzynowej - ryczały silniki, niewyrańnie wykrzykiwały coś jakieś głosy. Wiktor sprŐbował zorientowaÖ siË w tym co siË dzieje i doszedł do wniosku, że mokrzaki jednak pokłŐciły siË z generałem Pferdem, pogoniły go z leprozorium, przeniosły swojNo rezydencjË do miasta i wyobrażajNo sobie, że jeżeli umiejNo przemieniÖ wino w wodË i sprowadzaÖ na ludzi upiorny strach, to bËdNo umieli przeciwstawiÖ siË wspŐłczesnemu wojsku... - co tam, nawet wspŐłczesnej policji. Idioci. ZburzNo miasto i sami zginNo, zostawiNo ludzi bez dachu nad głowNo. I dzieci... Dzieci zmarnujNo, dranie! I po co? Czego oni chcNo? Czyżby znowu walka o władzË? Ech wy, homo super! MNodrzy, utalentowani... tacy sami dranie jak i my. Jeszcze jeden nowy ład, a czym ład nowszy tym gorszy - to dobrze wiadomo. Irma... Diana... Poderwał siË, namacał telefon, zdjNoł słuchawkË. Telefon milczał. Znowu czegoś miËdzy sobNo nie podzielili, a my, ktŐrzy nie chcemy byÖ ani z tymi ani z tamtymi, chcemy tylko, żeby nas zostawiono w spokoju, znowu musimy ruszaÖ w drogË, depczNoc siË wzajemnie ratowaÖ siË, uciekaÖ, albo co gorsza - wybieraÖ czyjNoś stronË niczego nie rozumiejNoc, nic nie wiedzNoc, wierzyÖ na słowo, nawet nie na słowo, ale diabli wiedzNo na co... StrzelaÖ do siebie, szarpaÖ zËbami.... Znane myśli płynNo znanym korytem. Już tysiNoce razy tak myślałem. Przyuczeni jesteśmy. Przyuczeni od dziecka. Albo hurra, hurra, albo idńcie wszyscy do diabła, nikomu nie wierzË. MyśleÖ pan nie urnie, panie Baniew, ot co. I dlatego pan upraszcza. Jeżeli napotka pan na swojej drodze jakikolwiek złożony ruch społeczny, na poczNotek prŐbuje pan go uprościÖ. WiarNo, albo niewiarNo. A jeżeli pan już wierzy, to do utraty zmysłŐw, do najwierniejszego szczeniËcego skowytu. A jeśli pan nie wierzy to z lubościNo rzyga pan zatrutNo żŐłciNo na wszystkie ideały - i na fałszywe, i na te najprawdziwsze. Perry Mason mawiał - nie należy siË baÖ dowodŐw rzeczowych - trzeba siË baÖ interpretacji. To samo z politykNo. Bandyci interpretujNo tak jak im jest wygodnie, a my prostaczkowie łykamy gotowNo interpretacjË. Dlatego, że nie umiemy, nie możemy i nie chcemy sami pomyśleÖ. A kiedy prostaczek Baniew, ktŐry nigdy niczego oprŐcz politycznych bandziorŐw w życiu nie widział, prŐbuje samodzielnej interpretacji, to natychmiast daje plamË, ponieważ jest ciemny jak tabaka w rogu, myślenia nikt go nie nauczył, wiËc naturalnie w żadnych innych kategoriach oprŐcz bandyckich interpretowaÖ nie jest zdolny. Nowy świat, stary świat... i od razu skojarzenia - nowy ład, stary ład... No dobrze, ale przecież prostaczek Baniew istnieje nie pierwszy dzieÓ, coś niecoś już widział, tego i owego siË nauczył. Przecież nie jest zupełnym debilem. Przecież jest Diana, Zurtzmansor, Golem. Dlaczego muszË wierzyÖ faszyście Faworowi, albo temu smarkatemu kmiotkowi, albo trzeńwemu Kwadrydze? Dlaczego koniecznie zaraz krew, gnŐj i błoto? Mokrzaki wystNopiły przeciwko Pferdowi? Znakomicie! PogoniÖ go w cholerË. Dawno pora... A dzieci nie pozwolNo skrzywdziÖ, to do nich niepodobne... nie rozdzierajNo na sobie koszul, nie nawołujNo, żeby siË narodowo samookreśliÖ, nie grajNo na jaskiniowych instynktach... To, co najbardziej naturalne, to najmniej przystoi człowiekowi - słusznie, brawo Bol-Kunac, zuch jesteś... I całkiem możliwe, że to nowy świat bez nowego ładu. Strach? ObcośÖ? Ale tak właśnie powinno byÖ. Tworzysz przyszłośÖ, ale nie dla siebie. Ależ ja siË miotałem jak goły w pokrzywach, kiedy sparzyła mnie przyszłośÖ! Jak bardzo chciałem zawrŐciÖ, znaleńÖ siË tam gdzie moje minogi i wŐdka... Nawet wspomnieÖ przykro, ale przecież tak właśnie byÖ powinno. Tak, nienawidzË starego świata. NienawidzË jego głupoty, jego obskurantyzmu, jego faszystŐw. Ale czym jestem bez tego wszystkiego? To mŐj chleb i moja woda. OczyśÖcie świat wokŐł mnie, sprawcie, żeby stał siË takim jakim chcË go widzieÖ, wŐwczas nastNopi mŐj koniec. WychwalaÖ nie umiem, nienawidzË wychwalania, a wymyślaÖ nie bËdË miał komu, nie bËdË miał kogo nienawidzieÖ - smutek, śmierÖ... Nowy ś wiat - suro wy, sprawiedliwy, mNodry, sterylnie czysty - nie jestem mu potrzebny, jestem dla niego zerem. Byłem mu potrzebny, kiedy walczyłem o niego... ale jeśli ja mu nie jestem potrzebny to i on mi niepotrzebny, ale jeżeli jest mi niepotrzebny, to dlaczego walczË o niego? Ech, gdzie te dobre, stare czasy, kiedy można było oddaÖ życie za zbudowanie nowego świata, ale umrzeÖ w starym. Akceleracja, wszËdzie akceleracja... Ale nie sposŐb walczyÖ przeciw, nie walczNoc za! No cŐż to znaczy, że kiedy rNobiesz las, najmocniej podcinasz właśnie tË gałNoń, na ktŐrej siedzisz. ... Gdzieś w ogromnym, pustym świecie płakała dziewczynka powtarzajNoc żałośnie: nie chcË, nie chcË, to niesprawiedliwe, co z tego, że bËdzie lepiej, jeżeli tak ma byÖ, to niech nie bËdzie lepiej, niech oni zostanNo, niech oni bËdNo, czy naprawdË nie można nic zrobiÖ, żeby zostali z nami, jakie to głupie, jakie bezsensowne... Przecież to Irma, pomyślał Wiktor. "Irma!" - krzyknNoł i obudził siË. Chrapał Kwadryga. Deszcz za oknem ustał i jakby przejaśniało. Wiktor podniŐsł do oczu zegarek. ŚwiecNoce wskazŐwki pokazywały za kwadrans piNotNo. CiNognËło przenikliwym chłodem, należałoby wstaÖ i zamknNoÖ okno, ale już siË zagrzał i nie chciało mu siË ruszaÖ, powieki mimo woli opadły mu na oczy. Ni to we śnie, ni to na jawie, gdzieś w pobliżu przejeżdżały samochody, jeden za drugim jechały samochody, samochody wlokły siË błotnistNo drogNo po wybojach, przez bezkresne, bagniste pole pod szarym brudnym niebem, wzdłuż pochylonych słupŐw telegraficznych, z ktŐrych zwisały zerwane druty, obok rozbitego działa z lufNo zadartNo do gŐry, obok resztek osmalonego komina, na ktŐrym siedziały najedzone wrony i przejmujNoca wilgoÖ przenikała pod brezent, pod płaszcz, strasznie chciało siË spaÖ, ale spaÖ nie było można, dlatego, że powinna przejeżdżaÖ Diana, a furtka zamkniËta, w oknach ciemno, pomyślała, że mnie tu nie ma i pojechała dalej, a on wyskoczył przez okno i ze wszystkich sił rzucił siË w pogoÓ za samochodem i krzyczał tak, że omal żyły nie popËkały mu w skroniach, okazało siË jednak, że obok z łoskotem i szczËkiem jadNo czołgi, wiËc nie słyszał nawet samego siebie, a Diana pojechała tam, w stronË przeprawy, gdzie wszystko płonËło, gdzie jNo zabijNo i on zostanie sam, w tym momencie rozległ siË przenikliwy świst bomby, prosto w głowË, w mŐzg... Wiktor wskoczył do rowu i spadł z fotela. Kwiczał R. Kwadryga. Rozkraczony przed otwartym oknem patrzył w niebo i kwiczał jak baba, było widno, ale nie było to dzienne światło - na uświnionej podłodze leżały rŐwne jasne prostokNoty. Wiktor podbiegł do okna i wyjrzał. To był ksiËżyc - lodowaty, maleÓki, oślepiajNoco jasny. Było w nim coś niewypowiedzianie przerażajNocego, do Wiktora nie od razu dotarło co mianowicie takiego. Niebo nadal zasnuwały chmury, ale w tych chmurach ktoś starannie wykroił rŐwniutki kwadrat i w centrum tego kwadratu był ksiËżyc. Kwadryga już nie kwiczał. ZatchnNoł siË krzykiem i wydawał z siebie tylko słabe, skrzypliwe dńwiËki. Wiktor z trudem nabrał powietrza w płuca i nagle poczuł złośÖ. Co oni tu urzNodzajNo - cyrk, czy co? Za kogo oni mnie biorNo? Kwadryga wciNoż skrzypiał. - PrzestaÓ! - ryknNoł Wiktor z nienawiściNo. - Co ty, kwadratŐw nie widziałeś? Artysta gŐwniany! Fagas! Złapał KwadrygË za moherowy pled i potrzNosnNoł z całej siły. Kwadryga upadł na podłogË i zamarł. - No wiËc - powiedział nagle nieoczekiwanie jasno i wyrańnie. - Ja mam dosyÖ. Wstał na czworaki i wprost z tej pozycji wystartował niczym sprinter. Wiktor znowu wyjrzał przez okno. W głËbi duszy miał nadziejË, że mu siË przewidziało, ale nic siË nie zmieniło i nawet wypatrzył w prawym dolnym kNocie kwadratu gwiazdkË, nieomal zatopionNo w ksiËżycowym blasku. Było świetnie widaÖ mokre krzaki bzu, nieczynnNo fontannË i alegorycznNo rybË z marmuru, bogato zdobionNo bramË, a za bramNo - czarnNo wstËgË szosy. Wiktor usiadł na parapecie i pilnujNoc, żeby nie drżały mu palce, zapalił papierosa. KNotem oka zauważył, że żołnierza nie ma w hallu - może uciekł, może schował siË pod kanapË i umarł ze strachu. W każdym razie automat leżał na dawnym miejscu, i Wiktor histerycznie zachichotał porŐwnujNoc ten nieszczËsny kawałek żelaza z siłami, ktŐre wykonały kwadratowNo studniË w chmurach. Sztukmistrze, żeby ich. Nie - e, jeżeli nawet ten nowy świat polegnie, to i stary nieńle dostanie po uszach... Ale to dobrze, że jest pod rËkNo automat. Głupio, ale jakoś z nim spokojniej. ZresztNo, jeśli po - myśleÖ, wcale nie głupio. Jasne jak słoÓce, że szykuje siË przesławne wianie, to wisi w powietrzu, a kiedy trwa wielkie wianie, zawsze lepiej trzymaÖ siË na uboczu i mieÖ przy sobie automat. Na dziedziÓcu zaryczał silnik, zza rogu wyleciała ogromna, nieskoÓczenie długa limuzyna Kwadrygi (osobisty upominek pana prezydenta za bezinteresownNo służbË wiernym pËdzlem) i nie wybierajNoc drogi pomknËła do bramy, wywaliła jNo, wyjechała na szosË, skrËciła i znikła. - A jednak zwiał, bydlak - wymamrotał Wiktor nie bez zawiści. Zlazł z parapetu, zawiesił na ramieniu automat, narzucił płaszcz i zawołał żołnierza. Żołnierz nie odezwał siË. Wiktor zajrzał pod kanapË, ale leżał tam tylko szary tłumok z umundurowaniem. Wiktor zapalił jeszcze jednego papierosa i wyszedł na dwŐr. W krzakach bzu, obok rozbitej bramy znalazł ławkË dziwacznego kształtu, ale bardzo wygodnNo, a co najważniejsze z dobrym widokiem na szosË, usiadł, założył nogË na nogË i szczelniej zakutał siË w płaszcz. PoczNotkowo na szosie było pusto, ale potem przejechał samochŐd, drugi, trzeci i Wiktor zrozumiał, że wianie siË rozpoczËło. Miasto pËkło jak wezbrany wrzŐd. Na czele uciekali wybrani, magistrat i policja, uciekał przemysł i handel, uciekał sNod i akcyza, finanse i oświata ludowa, poczta i telegraf, uciekały złote koszule - wszyscy, wszyscy, w kłËbach benzynowego smrodu, w trzasku rur wydechowych, rozczochrani, agresywni, rozwścieczeni i tËpi. Kombinatorzy, dorobkiewicze, słudzy ludu, ojcowie miasta, z wyciem syren samochodowych, w histerycznym jËku klaksonŐw - szosa ryczała, gigantyczny furunkuł wciNoż wyciekał i wyciekał, a kiedy spłynËła ropa, popłynËła krew - ludzie na zatłoczonych ciËżarŐwkach, w przeciNożonych autobusach, w załadowanych małolitrażŐwkach, na motocyklach, na rowerach, na wŐzkach, na piechotË przygiËci ciËżarem tobołŐw, popychajNocy rËczne wŐzki, pieszo, z pustymi rËkami, posËpni, milczNocy, zagubieni, zostawiajNoc swoje domy, swoje pluskwy, swoje niewielkie szczËście, ułożone życie, swojNo przeszłośÖ i swojNo przyszłośÖ. Za ludńmi postËpowało wojsko. Powoli przejechał łazik z oficerami, transporter opancerzony, dwie ciËżarŐwki z żołnierzami i nasze najlepsze na świecie polowe kuchnie, a ostatnia jechała pancerka na gNosienicach z karabinami maszynowymi skierowanymi do tyłu. Świtało, ksiËżyc pobladł, straszny kwadrat rozpłynNoł siË, chmury topniały, nadciNogał świt. Wiktor poczekał około kwadransa, nikogo siË wiËcej nie doczekał i wyszedł za bramË. Na asfalcie poniewierały siË brudne szmaty, czyjaś rozwalona walizka - w bardzo dobrym gatunku, od razu widaÖ, że jakaś władza jNo zgubiła, koło od furmanki, a nie opodal, na poboczu - sama furmanka ze starNo dziurawNo kanapNo i fikusem. Pośrodku szosy, dokładnie naprzeciwko bramy - samotny kalosz. Dookoła było pusto. Wiktor spojrzał w stronË stacji benzynowej. Nie było tam już ani jednego samochodu, ani jednego człowieka. W ogrodach zaczËły śpiewaÖ ptaki, wstawało słoÓce, ktŐrego Wiktor nie widział już ze dwa tygodnie, a miasto - kilka lat. Ale teraz nie było komu patrzeÖ na słoÓce. Znowu rozległ siË warkot motoru i zza zakrËtu wynurzył siË autobus. Wiktor zszedł na pobocze. To byli "Bracia w sapiencji" - przepłynËli obok jednakowo odwracajNoc obojËtne, bezmyślne twarze. OtŐż i koniec, pomyślał Wiktor. Dobrze byłoby siË napiÖ. Gdzież jest Diana? Wolno ruszył na powrŐt do miasta. * SłoÓce było po prawej stronie, to skrywało siË za dachami domkŐw, to bryzgało ciepłym światłem poprzez gałËzie na wpŐł zgniłych drzew. Chmury znikły i niebo było zdumiewajNoco czyste. Ziemia parowała lekkNo mgiełkNo. Było idealnie cicho i Wiktor zwrŐcił uwagË na dziwne, ledwie dosłyszalne dńwiËki, dobiegajNoce jakby spod ziemi - słabe potrzaskiwanie, szuranie, szelest. Ale potem przywykł i zapomniał o tym. OgarnËło go zdumiewajNoce poczucie spokoju i bezpieczeÓstwa. Szedł jak pijany i prawie przez cały czas patrzył w niebo. W Alejach Prezydenta zatrzymał siË obok niego jeep. - Niech pan wsiada - powiedział Golem. Golem był szary ze zmËczenia i jakiś przygnËbiony, a obok niego siedziała Diana, rŐwnież zmËczona, ale i tak prześliczna, najpiËkniejsza z wszystkich zmËczonych kobiet. - SłoÓce - rzekł Wiktor uśmiechajNoc siË do niej. - SpŐjrzcie jakie słoÓce. - On nie pojedzie - stwierdziła Diana. - Uprzedzałam pana, Golem. - Dlaczego nie pojadË? - zdziwił siË Wiktor. - PojadË. Tylko po co mam siË śpieszyÖ? Nie wytrzymał i znowu popatrzył na niebo. Potem za siebie, na pustNo ulicË. Wszystko było zalane słoÓcem. Gdzieś tam polem wlekli siË uciekinierzy, z łoskotem cofała siË armia, wiała władza, tam były korki, latały przekleÓstwa, bezmyślne komendy i grońby, z pŐłnocy na miasto ciNognËli zwyciËzcy, a tu był pusty pas spokoju i bezpieczeÓstwa, kilka kilometrŐw pustki, w tej pustce zaś samochŐd i troje ludzi. - Golem, czy to idzie nowy świat? - Tak - oznajmił Golem. Wpatrywał siË w Wiktora spod opuchniËtych powiek. - A gdzie sNo paÓskie mokrzaki? IdNo na piechotË? - MokrzakŐw nie ma - odpowiedział Golem. - Jak to - nie ma? - zapytał Wiktor. Spojrzał na DianË. Diana odwrŐciła siË w milczeniu. - MokrzakŐw nie ma - powtŐrzył Golem. Glos miał zduszony i Wiktorowi nagle siË wydało, że za chwilË zapłacze. - Może pan uważaÖ, że ich nie było. I nie bËdzie. - Znakomicie - powiedział Wiktor. - No to chodńmy na spacer. - Jedzie pan, czy nie? - ospale zapytał Golem. - Ja bym pojechał - odparł z uśmiechem Wiktor - ale muszË jeszcze wpaśÖ do hotelu, zabraÖ maszynopisy i w ogŐle rozejrzeÖ siË... Wie pan, Golem, mnie siË tu podoba. - Ja też zostajË - oznajmiła nagle Diana i wysiadła z samochodu. - Co ja tam bËdË robiÖ? - A co pani bËdzie tu robiÖ? - zapytał Golem. - Nie wiem - odpowiedziała Diana. - Ale nie mam teraz na świecie nikogo oprŐcz tego człowieka. - No dobrze - rzekł Golem. - On nie rozumie. Ale pani... - Przecież on musi zobaczyÖ - zaprotestowała Diana. - On nie może wyjechaÖ zanim nie zobaczy... - O właśnie - podchwycił Wiktor. - Po jakiego diabła jestem potrzebny, jeżeli nie zobaczË? Przecież to moja specjalnośÖ - patrzeÖ. - Posłuchajcie, dzieci - powiedział Golem. - Czy wy zdajecie sobie sprawË, na co siË decydujecie? Wiktor, przecież mŐwiłem - niech pan zostanie po swojej stronie, jeśli ma byÖ z pana jakiś pożytek. Po swojej! - Ja całe życie jestem po swojej stronie - odrzekł Wiktor. - Tutaj bËdzie to niemożliwe. - Zobaczymy - stwierdził Wiktor. - O Boże - westchnNoł Golem - jakbym ja nie miał ochoty zostaÖ! Ale trzeba przecież choÖ trochË ruszyÖ głowNo! Trzeba rozumieÖ, do diabla, na co ma siË ochotË i co siË musi... - jakby przekonywał siebie samego. - Ech, wy... No cŐż, zostawajcie. ŻyczË przyjemnego spËdzenia czasu. - Wrzucił bieg. - Diano, gdzie jest zeszyt? A, tutaj. Zabieram go ze sobNo. Pani nie bËdzie potrzebny. - Tak - potwierdziła Diana. - On tego właśnie chciał. - Golem - zapytał Wiktor. - A pan dlaczego ucieka? Przecież ten świat jest tym, czego pan chciał. - Ja nie uciekam - surowo oznajmił Golem. - Ja jadË. StNod, gdzie już wiËcej nie jestem potrzebny, tam gdzie jeszcze jestem potrzebny. Nie tak jak wy. Żegnajcie. I odjechał. Diana i Wiktor wziËli siË za rËce i poszli w gŐrË Alei Prezydenta do pustego miasta na spotkanie zwyciËzcŐw. Nie rozmawiali, pełnNo piersiNo wdychali nieznane, czyste powietrze, mrużyli oczy od słoÓca i nie bali siË niczego. Miasto patrzyło na nich pustymi oknami i było to miasto zadziwiajNoce - pokryte pleśniNo, oślizgłe, prŐchniejNoce, całe w jakichś złowieszczych plamach, jakby przeżarte egzemNo, jakby od wielu lat gniło na dnie morza i oto wreszcie wyciNogniËto je na powierzchniË na pośmiewisko słoÓcu i słoÓce uśmiawszy siË do woli zaczËło to miasto niszczyÖ. Topniały, parowały dachy, blacha i dachŐwki rdzawo dymiły i znikały w oczach. W murach otwierały siË szczeliny, rosły, obnażajNoc obszarpane tapety, obdrapane łŐżka, kulawe meble i wypłowiałe fotografie. MiËkko podłamujNoc siË tajały uliczne latarnie, rozpuszczały siË w powietrzu kioski i słupy ogłoszeniowe - wszystko wokŐł potrzaskiwało, syczało cichutko, szeleściło, stawało siË gNobczaste, przezroczyste, przeistaczało siË w grudy błota i znikało. Daleka wieża ratusza zmieniła sylwetkË, stała siË lekka, niewyrańna i znikła w niebieskości nieba. Przez chwilË, zupełnie oddzielnie wisiał na niebie staroświecki zegar, ale potem rŐwnież zniknNoł... Przepadł mŐj maszynopis, wesoło pomyślał Wiktor. Dookoła nie było miasta - gdzieniegdzie sterczały suchotnicze krzaczki, zostały schorowane drzewa i plamy zielonej trawy i tylko daleko, za mgłNo można było domyśleÖ siË jakichś budynkŐw, resztek budynkŐw, upiorŐw domŐw, a nie opodal byłej jezdni, na ceglanym ganku, ktŐry prowadził donikNod siedział Teddy, wyciNognNowszy przed siebie chorNo nogË. Obok leżały drewniane kule. - Czołem Teddy - powiedział Wiktor. - Zostałeś? - Aha - odparł Teddy. - Czemu? - A tam - rzekł Teddy. - Napchali siË jak śledzie do beczki, nawet nogi nie miałem gdzie wyciNognNoÖ, mŐwiË do synowej - no, po co ci idiotko serwantka? A ona na mnie z pyskiem. PlunNołem na nich i zostałem. - Chcesz iśÖ z nami? - Co to, to nie - odpowiedział Teddy. - Ja lepiej sobie tu posiedzË. Teraz ze mnie żaden piechur, a co moje to i tak mnie nie minie... I poszli dalej. Robiło siË gorNoco i Wiktor zrzucił na ziemiË niepotrzebny płaszcz, strzNosnNoł z siebie zardzewiałe resztki automatu i roześmiał siË z ulgNo. Diana pocałowała go i powiedziała "Dobrze!". Nie zaprzeczał . Szli i szli pod błËkitnym niebem, pod gorNocym słoÓcem, po ziemi, ktŐra już zazieleniła siË młodNo trawNo i przyszli na miejsce gdzie był hotel. Hotel wcale nie znikł. Stał nadal - ogromny, szary sześcian z szorstkiego betonu i Wiktor pomyślał, że to jest pomnik, a byÖ może słup graniczny miËdzy starym i nowym światem. Ledwie to pomyślał, zza bryły betonu bezdńwiËcznie wystrzelił odrzutowy myśliwiec z emblematem Legii na kadłubie, bezdńwiËcznie śmignNoł nad głowami, skrËcił w pobliżu słoÓca, znikł i dopiero wtedy nadleciał piekielny, świszczNocy ryk, uderzył w uszy, w twarz, w duszË, ale naprzeciw już szedł Bol-Kunac z wypłowiałym wNosikiem na opalonej twarzy, a opodal szła Irma też prawie dorosła, bosa, w lekkiej, prostej sukience z witkNo w rËku. Popatrzyła w ślad za myśliwcem, uniosła witkË jakby brała go na cel i powiedziała "Kch - ch!" Diana roześmiała siË. Wiktor spojrzał na niNo i zobaczył, że jest to jeszcze jedna Diana, zupełnie nowa, taka jakiej do tej pory jeszcze nie znał, nie przypuszczał nawet, że taka Diana jest w ogŐle możliwa - Diana SzczËśliwa. Wtedy pogroził sobie palcem i pomyślał: wszystko to bardzo piËknie, ale żebym tylko nie zapomniał wrŐciÖ, żebym tylko nie zapomniał wrŐciÖ... KONIEC [ P R E Z E N T U J E ] A. i B. Strugaccy - Pora deszczow ÉÍÍËÍÍËÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍËÍÍËÍÍ» ş±±ş˛˛ş ł ş˛˛ş±±ş ş±±ş˛˛ş Zeskanowal : S&C ł Format : RTF ş˛˛ş±±ş ş±±ş˛˛ş ł ş˛˛ş±±ş ş±±ş˛˛ş Data : 16.4.2002 ł Numer : 381 ş˛˛ş±±ş ş±±ş˛˛ş ł ş˛˛ş±±ş ČÍÍĘÍÍĘÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍĘÍÍĘÍÍĽ [ D O D A T K O W E I N F O R M A C J E ] Panstwo schylkowej dyktatury. Wiktor Baniew, slawny i tolerowany przez wladze pisarz, powraca do miasta swych urodzin. Miasto opanowane jest przez mokrzaki - ludzi u ktorych specyficzna choroba genetyczna spowodowala calkowita odmiennosc, zarowno w sensie fizycznym, jak i psychicznym. Baniew dostaje sie w sam srodek walki politycznej. Niektorzy staraja sie wykorzystac - do swoich celow - fenomenalne talenty mokrzakow; niektorzy zas - zniszczyc ich calkowicie majac jako bron nienawisc tlumu. Tymczasem mokrzaki przygotowuja rozumiana na swoj sposob rewolucje. Pewnego dnia z miasta znikaja wszystkie dzieci... úúÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍúú [ D O L A C Z D O N A S ] Wciaz szukamy nowych czlonkow ! Jesli chcialbys dolaczyc do Scan-dal i miec dostep do wszystkich ksiazek zeskanowanych przez grupe,odwiedz nasza strone - www.scan-dal.prv.pl lub forum - www.bwforum.prv.pl aby dowiedziec sie jak to zrobic. úúÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍúú [ T O C O W Y P U S C I L I S M Y ] 1. Zecharia Sitchin - Dwunasta Planeta 2. James Tiptree jr. - Houdson, Houdson, Do You Read ? 3. Philip K. Dick - Pani od ciasteczek 4. Tadeusz Boy - Zelenski - Slowka 5. Tomasz Kolodziejczak - Wstan i idz 6. Alistair MacLean - Athabaska 7. Robert Silverberg - W dol, do ziemi 8. Philip K. Dick - Za drzwiami 9. Patrick Suskind - Pachnidlo 10. Norbert Kilen - Programowanie Kart Dzwiekowych w TP 11. Adam Blaszczyk - Wirusy 12. Barbara Rosiek - Bylam Schizofreniczka 13. Michal Blazejewski - J.R.R. Tolkien, Powiernik Piesni 14. Andrzej J. Sarwa - Historie dziwne, straszliwe i przerazajace 15. Gajus Swetoniusz Trankvillus - Zywoty Cezarow 16. Krzysztof Borun - Male, zielone ludziki 17. Andre Norton - Rok jednorozca 18. Arkadiusz Jakubowski - Podstawy SQL 19. Glen Cook - Cien w ukryciu 20. Terry Pratchett - Eryk 21. Fredric Brown - Maz opatrznosciowy 22. William Tenn- Ludzki punkt widzenia 23. Janusz A. Zajdel - Paradyzja 24. Andre Norton - Swit 2250 25. Mikolaj Marchocki - Historia Wojny Moskiewskiej 26. Terry Pratchett - Blask Fantastyczny 27. Andrzej Sapkowski - Czas Pogardy 28. Feliks W. Kres - Polnocna Granica 29. Stephen W. Hawking - Krotka Historia Czasu 30. George Orwell - Folwark Zwierzecy 31. Alistair Maclean - Szatanski Wirus 32. Janusz A. Zajdel - Cala Prawda O Planecie Ksi 33. Gene Wolfe - Piesn Lowcow 34. Edgar Rice Burroughs - Ksiezniczka Marsa 35. Joe Haldeman - Wieczna Wojna 36. Andrzej Sapkowski - Krew Elfow 37. Graham Masterton - Kostnica 38. Walter Schellenberg - Wspomnienia 39. Glen Cook - Ponure Lata 40. Harry Harrison - Planeta Smierci 2 41. Terry Pratchett - Czarodzicielstwo 42. Andrzej Sapkowski - Chrzest Ognia 43. Dawid Weber - Placowka Basilisk 44. Philip K. Dick - Pelzacze 45. Philip K. Dick - Ubik 46. Robert Sheckley - Planeta Zla 47. Janusz A. Zajdel - Limes Inferior 48. Nina Drej - Za drzwiami mlodosci 49. Terry Pratchett - Straz! Straz! 50. Andrzej Sapkowski - Wieza Jaskolki 51. Joanna Chmielewska - Lesio 52. Prokopiusz z Cezarei - Historia Sekretna 53. Gajusz Juliusz Cezar - O Wojnie Domowej 54. Alistair Maclean - Wyscig ku smierci 55. Alistair Maclean - Lalka na lancuchu 56. Jeffrey Archer - Co do grosza 57. Andrzej Pilipiuk - 15 opowiadan 58. Roger Zelazny - Pan Swiatla 59. Agata Christie - Spotkanie w Bagdadzie 60. Alistair Maclean - Tabor 61. Janet Evanovich - Wytropic Milion 62. Janet Evanovich - Przybic Piatke 63. Terry Pratchett - Pomniejsze Bostwa 64. Terry Pratchett - Trolowy Most 65. Harry Harrison - Oblicza Ziemii 66. Harry Harrison - Wygnanie 67. Harry Harrison - Gwiezdny Dom 68. James Morrow - Miasto Prawdy 69. Vonda McIntyre - Opiekun Snu 70. Issac Asimov - Fundacja 71. Issac Asimov - Nastanie nocy 72. Issac Asimov - Nemesis 73. Ursula K. Le Guin - Grobowce Atuanu 74. Leszek Adamczewski - Zlowieszcze Gory 75. David Morrell - Piata Profesja 76. Janusz A. Zajdel - Cylinder van Troffa 77. Andrzej Ziemianski - Bomba Heisenberga 78. Stephen King - Siostrzyczki z Elurii 79. Stanislaw Esden-Tempski - Kundel 80. Karl Treumund - Saga o Nibelungach 81. Krzysztof Borun - Toccata 82. Krzysztof Borun - Czlowiek z mgly 83. Roger Zelazny - Dziewieciu Ksiazat Amberu 84. Roger Zelazny - Karabiny Avalonu 85. Roger Zelazny - Znak Jednorozca 86. Roger Zelazny - Reka Oberona 87. Roger Zelazny - Dworce Chaosu 88. Roger Zelazny - Atuty Zguby 89. Roger Zelazny - Krew Amberu 90. Roger Zelazny - Znak Chaosu 91. Roger Zelazny - Rycerz Cieni 92. Roger Zelazny - Ksiaze Chaosu 93. Antoni Pawlak - Ksiazeczka Wojskowa 94. Jacek Pankiewicz - F. Schubert idzie do czubkow 95. Jacek Wilczur - Ksiestwo SS 96. Dave Wolverton - Lowy Na Weze Morskie 97. Artur Szrejter - Mitologia Germanska 98. Michael Moorcock - Klejnot w czasce 99. Ciza Zyke - Goraczka 100. Clive Barker - 5 opowiadan 101. Walerian Lukasinski - Pamietnik 102. Philip K. Dick - Labirynt Smierci 103. Clive Barker - Ksiega Krwi II 104. Cizia Zyke - Sahara 105. A. i B. Strugaccy - Piknik na skraju drogi 106. Janko z Czarnkowa - Kroniki 107. Thomas Harris - Milczenie owiec 108. Stephen King - Skazani na Shawshank 109. Waldemar Lysiak - Dobry 110. Andrzej Zbych - Stawka Wieksza Niz Zycie t.1 111. Andrzej Zbych - Stawka Wieksza Niz Zycie t.2 112. William Tenn - Wyzwolenie Ziemi 113. Kurt Vonnegut - Tabakiera z Bagombo 114. Brian Aldiss - Non Stop 115. Jean M. Auel - Dolina Koni 116. Anne McCaffrey - Jezdzcy smokow 117. Adam Wisniewski-Snerg - Robot 118. Jeff Noon - Wurt 119. Terry Pratchett - Kolor Magii 120. Ursula K. Le Guin - Najdalszy brzeg 121. Ursula K. Le Guin - Swiat Rocannona 122. Harry Harrison - Planeta Smierci 123. Magazyn Science Fiction nr 1 124. J.S. Russell - Miasto Aniolow 125. Orson Scott Card - Doradca inwestycyjny 126. Anne McCaffrey - W pogoni za smokiem 127. Anne McCaffrey - Bialy Smok 128. Dan Simmons - Zaglada Hyperiona 129. Anna Brzezinska - Zbojecki Gosciniec 130. Brian W. Aldiss - Cieplarnia 131. Ursula K. Le Guin - Lewa Reka Ciemnosci 132. Poul Anderson - Trzy serca i trzy lwy 133. Jonathan Carroll - Kraina chichow 134. C. J. Cherryh - Przybysz 135. A. Cole i C. Bunch - Sten 136. Harry Harrison - Planeta Smierci 4 137. Harry Harrison - Planeta Przekletych 138. Harry Harrison - Planeta bez powrotu 139. Harry Harrison - Przestrzeni! Przestrzeni! 140. Harry Harrison - Bill, Bohater Galaktyki 141. Harry Harrison - Bill, Bohater Galaktyki 3 142. Harry Harrison - Filmowy wehikul czasu 143. Harry Harrison - 24 opowiadania 144. Henry Kuttner - 30 opowiadan 145. Jean M. Auel - Lowcy Mamutow 146. Terry Pratchett - Piramidy 147. Zbior opowiadan - Stalo sie jutro 148. Frederic Pohl - Gateway Brama Do Gwiazd 149. Frederic Pohl - Za blekitnym horyzontem zdarzen - Wan 150. Frederic Pohl - Spotkanie Z Heechami 151. Frederick Pohl - Dajmy szanse mrowkom 152. Poul Anderson - Nie bedzie rozejmu z wladcami 153. William Gibson - Mona Liza Turbo 154. Ira Levin - Zony ze Stepford 155. Jan Chryzostom Pasek - Pamietniki 156. Larry Niven - Pierscien 157. Arthur C. Clarke - 17 opowiadan 158. Glen Cook - Woda Spi 159. Orson Scot Card - Cien Endera 160. Alan Dean Foster - Sojusznicy 161. Alan Dean Foster - Krzywe Zwierciadlo 162. Alan Dean Foster - Wojenne Lupy 163. Siergiej Sniegow - Ludzie jak bogowie 164. Konrad Fialkowski - 19 opowiadan 165. Janusz A. Zajdel - 49 opowiadan 166. Gene Wolfe - Cien Kata 167. Larry Niven - 6 opowiadan 168. Gene Wolfe - 10 opowiadan 169. Roland Topor - Najpiekniejsza para piersi na swiecie 170. Jonathan Carroll - Czarny koktail i inne opowiadania 171. Janusz L. Wisniewski - Samotnosc w sieci 172. Terry Pratchett - Trzy wiedzmy 173. Clive Barker - Ksiega Krwi III 174. Stephen King - Carrie 175. Thomas Harris - Hannibal 176. Zbigniew Nienacki - Raz w roku w Skirolawkach 177. Philip Jose Farmer - Gdzie wasze ciala porzucone 178. Robert Sheckley - 50 opowiadan 179. Kate Wilhelm - Gdzie dawniej spiewal ptak 180. Desmond Bagley - Zloty kil 181. Stephen King - Strefa smierci 182. Ursula K. Le Guin - Planeta Wygnania 183. Michael Moorcock - Amulet Szalonego Boga 184. Terry Brooks - Kamienie Elfow 185. Joanna Chmielewska - Hazard 186. Alistair MacLean - Pociag Smierci 187. Clive Barker - Ksiega Krwi I 188. Wes Craven - Stowarzyszenie Fontanna 189. Clifford Simak - Czas jest najprostsza rzecza 190. Richard Bachman (Stephen King) - Wielki Marsz 191. Karl Michael Armer - 10 opowiadan 192. Ewa Bialolecka - 7 opowiadan 193. L. Spraque de Camp - Jankes w Rzymie 194. Jeremiej Parnow - Zbudz sie w Famaguscie 195. J.C. Pollock - Lista Goringa 196. Philip K. Dick - Galaktyczny Druciarz 197. Robert Sheckley - Niesmiertelnosc na zamowienie 198. J.R.R. Tolkien - Przygody Toma Bombadila 199. Ross Thomas - Voodoo 200. Glen Cook - Srebrny Grot 201. Robert Silverberg - Umierajac Zyjemy 202. Jacek Inglot - 10 opowiadan 203. Dymitr Bilenkin - 9 opowiadan 204. Frederik Pohl - 10 opowiadan 205. Krzysztof Borun - Prog Niesmiertelnosci 206. Kiryl J. Yeskov - Ostatni Wladca Pierscienia 207. Isaac Asimov - Fundacja i Ziemia 208. Emma Popik - Bramy Strachu 209. Desmond Bagley - Odwet 210. Winston Groom - Forrest Gump 211. L. Ron Hubbard - Pole bitewne, Ziemia 212. Terry Pratchett - Dysk 213. Clive Barker - Cabal nocne plemie 214. Terry Pratchett - Rownoumagicznienie 215. Anna Brzezinska - Zmijowa Harfa 216. Ursula K. Le Guin - Tehanu 217. Michael Moorcock - Rune Stuff Tom III 218. C.J. Cherryh - Ludzie z Gwiazdy Pella 219. Kazimierz Slawinski - Przygody kanoniera Dolasa 220. Greg Bear - Koncert Nieskonczonosci 221. Siddhattha Gotama - Dhammapada 222. Tybetanska Ksiega Umarlych 223. Roland Topor - Chmieryczny lokator 224. Colin Capp - Formy Chaosu 225. Dean R. Koontz - Odwieczny Wrog 226. John Fisher - Okiem Psa 227. J. K. Rowling - Harry Potter i wiezien Azkabanu 228. J. K. Rowling - Harry Potter i Kamien Filozoficzny 229. Janusz A. Zajdel - Prawo do powrotu 230. Alistair MacLean - Przelecz zlamanego serca 231. Alistair MacLean - Stacja arktyczna "Zebra" 232. J.R.R. Tolkien - Silmarillion 233. Roland Topor - Portret Suzanne 234. William Gibson - Swiatlo Wirtualne 235. Octavia E. Butler - Przypowiesc o siewcy 236. J. K. Rowling - Harry Potter i komnata tajemnic 237. Michal Psellos - Kronika... 238. Zbigniew Nienacki - Dagome Iudex t.3 239. John Grisham - Testament 240. Terry Pratchett - Wyprawa Czarownic 241. Barbara Rosiek - Kokaina 242. Clifford D. Simak - Pierscien wokol slonca 243. H.P. Lovecraft - Dagon 244. Jean M. Auel - Klan Niedzwiedzia Jaskiniowego 245. Don Wollheim proponuje - 1987 - Antologia 246. Don Wollheim proponuje - 1988 - Antologia 247. Don Wollheim proponuje - 1989 - Antologia 248. Robin Hobb - Uczen Skrytobojcy 249. Ursula K. Le Guin - Miasto zludzen 250. Antologia "Kroki w nieznane t.1" 251. Ray Bradbury - Kroniki Marsjanskie 252. Roland Topor - Dziennik paniczny 253. Robert Ludlum - Klatwa Prometeusza 254. Antologia "Dawka Milosci" 255. Marion Zimmer Bradley - Dom swiatow 256. David Weber - Krotka Zwycieska Wojenka 257. Anne McCaffrey - Spiew Smokow 258. J.T. McIntosh - Dziesiate podejscie 259. Terry Pratchett - Dywan 260. Alistair MacLean - Mroczny Krzyzowiec 261. Terry Pratchett - Mort 262. Terry Pratchett - Panowie i damy 263. Richard A. Knaak - WarCraft - Dzien Smoka 264. Terry Pratchett, Neil Gaiman - Dobry Omen 265. William S. Burroughs - Nagi Lunch 266. Mark Twain - Pamietniki Adama i Ewy 267. Fryderyk Nietzsche - Poza Dobrem i Zlem 268. Mark Twain - Listy z Ziemi 269. H.P. Lovecraft - Szepczacy w ciemnosci 270. Robert A. Haasler - Tajne sprawy papiezy 271. Robert A. Haasler - Zbrodnie w imieniu Chrystusa 272. Grzegorz Babula - A To Mistyka 273. Wiktor Suworow - Akwarium 274. Wojciech Eichelberger - Kobieta bez winy i wstydu 275. Terry Pratchett - Ruchome obrazki 276. James P. Hogan - Najazd z przeszlosci 277. Neil Gaiman - Gwiezdny Pyl 278. Anne McCaffrey - Piesn krysztalu 279. Rudyard Kipling - Ksiega Dzungli 280. Rudyard Kipling - Druga Ksiega Dzungli 281. Thor Heyerdahl - Wyprawa Kon-Tiki 282. J.J.Sempe, R. Goscinny - Wakacje Mikolajka 283. Gottfried A Burger - Przygody Munchausena 284. Jozef Flawiusz - Wojna Zydowska 285. Terry Pratchett - Ciemna Strona Slonca 286. Joseph Heller - Paragraf 22 287. Piers Anthony - Zrodla Magii 288. Michail Bulhakow - Mistrz i Malgorzata 289. Terry Pratchett - Kosiarz 290. J.M. Bochenski - Wspolczesne metody myslenia 291. Andrzej Krzepkowski - Obojetne planety 292. Arthur C. Clarke - Spotkanie z Rama 293. Abe Kobo - Kobieta z Wydm 294. John Grisham - Firma 295. G.G. Marquez - Kronika Zapowiedzianej Smierci 296. Jose Saramago - Miasto Slepcow 297. Terry Pratchett - Johnny i Bomba 298. A.A. Milne - Kubus Puchatek 299. Anne McCaffrey - Sassinak 300. Nicholas Negroponte - Cyfrowe Zycie 301. Roger Zelazny - Aleja Potepienia 302. Elaine Cunningham - Obrzed Krwi 303. William Saroyan - Tracy i jego tygrys 304. Arthur Bloch - Prawa Murphy'ego 305. Harry Harrison - Stalowy Szczur Spiewa Blesa 306. M. Heindel - Astrologia 307. Harry Harrison - Na zachod od Edenu 308. Krystyna Siesicka - Zapalka na zakrecie 309. Stephen King - Zielona Mila 310. Glen Cook - Biala Roza 311. Harry Harrison - Zima w edenie 312. Neil Gaiman - Dym i lustra 313. Kazimierz Sejda - CK Dezerterzy 314. David Brin - Listonosz 315. Harry Harrison - Powrot do Edenu 316. Clive Cussler - Podniesc Tytanica 317. Krystyna Siesicka - Pejzaz Sentymentalny 318. Arnold Mindell - Praca nad samym soba 319. Albert Speer - Wspomnienia 320. M.Dyakowski - Dyaryusz wiedenskiej okazyji 321. Maciej Zerdzinski - Opuscic Los Raques 322. Fenix 0'90 323. Robert A. Heinlein - Daleki Patrol 324. J.J.Sempe, R. Goscinny - Joachim ma klopoty 325. J.J.Sempe, R. Goscinny - Rekreacje Mikolajka 326. Marcin Wolski - Tragedia Nimfy 8 327. John Gray - Mezczyzni sa z Marsa a kobiety z Wenus 328. Ignacy Radziejowski - Pamietnik powstancca 1831 roku 329. Stanislaw Lem - Fiasko 330. Tomasz Olszakowski - Pan Samochodzik i Arka Noego 331. Sharon Shinn - Zona Zminennoksztaltnego 332. Feliks W Kres - Krol Bezmiarow 333. Maria Niklewiczowa - Bajarka opowiada 334. Stanislaw Lem - Pokoj na Ziemi 335. Stanislaw Lem - Eden 336. Stanislaw Lem - Katar 337. Robert Harris - Vaterland 338. Raymond E. Feist - Ksiaze Krwi 339. Arthur C. Clarke - Rama II 340. Anne McCaffrey - Krysztalowa Wiez 341. Anne McCaffrey - Sen jak smierc 342. Krystyna Siesicka - Zapach Rumianku 343. Neil Gaiman - Nigdziebadz 344. Alvin i Heidi Toffler - Budowa Nowej Cywilizacji 345. J.R.R. Tolkien - Drzewo i Lisc oraz Mythopoeia 346. Martin Gray - Wszystkim, ktorych kochalem 347. A.A. Milne - Chatka Puchatka 348. Tom Clancy - Oblezenie 349. Herodian - Historia Cesarstwa Rzymskiego 350. Connie Willis - Przewodnik Stada 351. Robert A. Heinlein - Drzwi do lata 352. Stanislaw Lem - Doskonala Proznia 353. Jack L. Chalker - Charon 354. Demond Bagley - List Vivero 355. Alistair MacLean - HMS Ulisses 356. Feliks W. Kres - Pieklo i szpada 357. Ken Kesey - Lot nad kukulczym gniazdem 358. H.P. Lovecraft - Cos na progu 359. Marek Holynski - E-mailem z Doliny Krzemowej 360. Witold Jablonski - Dzieci Nocy 361. Graham Masterton - Czternascie obliczy strachu 362. Herodot - Dzieje 363. Jozef Pilsudski - Moje pierwsze boje 364. Robert Spector - Amazon.com 365. Robert Ludlum - Krucjata Bourne'a 366. Tadeusz Markowski - Umrzec, aby nie zginac 367. Joanna Chmielewska - Wszystko czerwone 368. Tony Buzan - Podrecznik szybkiego czytania 369. Stanislaw Lem - Glos Pana 370. William Gibson - Neuromancer 371. Pawel Jasienica - Rozwazania o wojnie domowej 372. Alfred Szklarski - Tomek u zrodel Amazonki 373. Alfred Szklarski - Tomek wsrod lowcow glow 374. Philip K. Dick - Paszcza Wieloryba 375. Lloyd Biggle, Jr - Pomnik 376. G. G. Marquez - Sto lat samotnosci 377. Herrmann Hors - Jan Pawel II zlapany za slowo 378. Anne McCaffrey - Pokolenie wojownikow 379. John Grisham - Raport Pelikana 380. Robert E. Howard - Conan Najemnik 381. A. i B. Strugaccy - Pora deszczow [ Zawsze aktualna liste zeskanowanych przez nas ksiazek znajdziesz pod ] [ adresem http://www.s-d.releases.prv.pl ] úúÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍÍúú [ K O N T A K T ] WWW : www.scan-dal.prv.pl FORUM : www.bwforum.prv.pl e-mail : ScanHQ@wp.pl